
CZĘŚĆ 4
…Nie zdążyłam przeczytać wiadomości do końca, bo Gleb wyrwał mi telefon z dłoni.
Pani Zofia natychmiast stanęła między nami.
— Proszę oddać telefon — powiedziała.
— To prywatna własność mojej żony.
— Właśnie dlatego nie ma pan prawa go zabierać.
Gleb oddał urządzenie, ale jego twarz była już zupełnie inna. Nie było na niej gniewu ani pewności siebie. Był strach człowieka, który przez lata uważał, że może przesuwać innych jak pionki, a nagle odkrył, że sam znalazł się na planszy.
Inspektor wyjął z teczki kolejne kartki.
— Panie Władysławie, pojedzie pan z nami, żeby złożyć wyjaśnienia.
— Nie możecie mnie zabrać z rodzinnego przyjęcia.
— Możemy.
Inna rzuciła się do męża.
— Powiedz im, że to nieporozumienie!
— Inno, odsuń się — powiedziała policjantka.
— Ty nic nie rozumiesz! On prowadzi firmę od dwudziestu lat!
— A mój brat przez dwadzieścia lat płacił za jego firmę własnym zdrowiem — odezwała się Raja.
Były to pierwsze słowa, jakie powiedziała tego wieczoru bez przepraszania za ich wypowiedzenie.
Władysław spojrzał na nią z niedowierzaniem.
— Ty też przeciwko mnie?
Raja wyprostowała plecy.
— Nie przeciwko tobie. Wreszcie po swojej stronie.
Nikolaj objął ją ramieniem. Jego laska stuknęła o podłogę, kiedy policjanci przeprowadzili Władysława przez korytarz.
Gleb został.
Przez chwilę staliśmy naprzeciwko siebie w kuchni pachnącej zimnym mięsem i rozlanym winem.
— Nie wiedziałem, że posunął się tak daleko — powiedział.
— Wiedziałeś o pieniądzach.
— Myślałem, że później wszystko wyrównamy.
— Kiedy?
Nie odpowiedział.
— Po rozwodzie? Po śmierci Nikolaja? Kiedy Raja przestanie pytać?
— Heleno, nie mów tak.
— To ty podpisałeś dokument, w którym mój brat rzekomo potwierdził odbiór całej kwoty.
— Władysław powiedział, że jeśli odmówię, stracę pracę.
— I dlatego pozwoliłeś, żeby stracił rehabilitację?
Gleb usiadł. Z kieszeni wysunęły mu się kluczyki do samochodu i upadły na płytki.
— Bałem się — szepnął.
— Ja też się bałam. Tylko nie użyłam strachu jako wymówki.
Pani Zofia przekazała mi dokumenty.
— Musimy jechać do firmy — powiedziała. — Zarząd czeka.
Gleb podniósł głowę.
— Nie idź tam.
— Dlaczego?
— Bo jeśli pokażesz wszystko, skończę tak samo jak Władysław.
— Nie wiem, co zrobi zarząd. Wiem tylko, że nie będę już chronić cię przed konsekwencjami twoich podpisów.
O dwudziestej trzeciej trzydzieści siedziałam w sali konferencyjnej firmy. Za oknem padał drobny śnieg, a na stole stał dzbanek z zimną kawą. Dyrektor położył przede mną wydruk rozmowy z komunikatora.
— To wiadomość od pana Gleb — powiedział. — Napisał do Władysława: „Raja niczego się nie domyśli, Helena też nie. Podpiszę, co trzeba”.
Czytałam te słowa kilka razy.
Najgorsze nie było to, że kłamał.
Najgorsze było to, że użył mojego imienia jak gwarancji własnej bezkarności.
Następnego dnia o ósmej rano Gleb zadzwonił do mnie z korytarza firmy. Stał za szklaną ścianą, kilka metrów ode mnie, ale wyglądał jak ktoś bardzo odległy.
— Porozmawiajmy — poprosił.
— Rozmawiamy od trzydziestu lat. Teraz słuchamy dokumentów.
Zofia włączyła nagranie.
Z głośnika dobiegł głos Władysława:
— Gleb wszystko podpisze. Przecież jest rodziną.
Potem rozległ się śmiech mojego męża.
Nie pamiętałam tego śmiechu, choć słyszałam go tysiące razy przy śniadaniu, w samochodzie i przy świątecznym stole.
Teraz brzmiał jak cudzy.
Gleb zamknął oczy.
— Wyłączcie to — powiedział.
— To pan powiedział te słowa — odparła Zofia.
— Wiem.
Po raz pierwszy usłyszał siebie naprawdę.
Tego samego tygodnia zarząd odsunął go od obowiązków, a prokuratura wszczęła postępowanie w sprawie fałszowania dokumentów i przywłaszczenia pieniędzy. Władysław nie trafił od razu do więzienia, ale musiał oddać paszport i codziennie stawiać się na komisariacie. Inna wyprowadziła się do siostry, zabierając tylko dwie walizki i pudełko z biżuterią.
Nie cieszyłam się z tego.
Po prostu przestałam ich ratować.
Gleb wrócił do naszego mieszkania po swoje rzeczy trzy dni później. Nie wszedł do sypialni. Stał w drzwiach garderoby i patrzył na puste półki.
— Zostawiłaś moje zdjęcie? — zapytał.
Na komodzie leżała fotografia z naszej trzydziestej rocznicy ślubu. Miałam na niej jasną sukienkę, a Gleb trzymał mnie za ramię. Oboje się uśmiechaliśmy.
— Nie — odpowiedziałam. — Zabrałam swoje.
Wziął fotografię, ale po chwili odłożył ją ekranem do dołu.
Wtedy zobaczyłam na podłodze mały ślad po jego szafce. Prostokąt jaśniejszego drewna, którego przez lata nie było widać.
Puste miejsce wyglądało uczciwiej niż całe nasze małżeństwo.
— Mogę jeszcze wszystko wyjaśnić — powiedział.
— Już wyjaśniłeś.
— A jeśli zmienię się dla ciebie?
— Zmień się dla siebie. Ja nie będę już twoim powodem ani usprawiedliwieniem.
Odwrócił się do drzwi.
— Naprawdę wyrzucisz trzydzieści lat?
— Nie wyrzucam. Przestaję udawać, że wszystkie były dobre.
Wyszedł bez pożegnania.
Tydzień później Raja zaprosiła mnie do biblioteki. Była sobota, przed południem, i w czytelni pachniało kurzem, papierem oraz mokrymi płaszczami. Na parapecie stała doniczka z miętą, którą podlewała każdego ranka.
— Dostałam od dyrektora dodatkowe godziny — powiedziała. — Chcą, żebym prowadziła zajęcia dla dzieci.
— Będziesz świetna.
— Zawsze bałam się, że ktoś powie, iż się do tego nie nadaję.
— A teraz?
Raja uśmiechnęła się nieśmiało.
— Teraz pomyślę, że może po prostu nie zna mojego życia.
Nikolaj rozpoczął rehabilitację opłaconą z odzyskanych pieniędzy. Pierwszego dnia przeszedł przez korytarz o własnych siłach, trzymając się poręczy. Raja płakała, a ja udawałam, że poprawiam szalik, żeby nikt nie zobaczył moich łez.
Minęły cztery miesiące.
Wprowadziłam się do małego mieszkania w Toruniu. Znalazłam pracę w biurze kontroli finansowej przy fundacji pomagającej osobom poszkodowanym w wypadkach. Każdego ranka kupowałam chleb w piekarni przy rogu, a po pracy chodziłam nad rzekę, nawet kiedy padał deszcz.
Nie musiałam już pytać, czy komuś nie przeszkadza moja cisza.
Cisza należała do mnie.
W niedzielę odwiedziła mnie Raja z Nikolajem. Przynieśli ciasto z jabłkami, trochę zbyt blade na brzegach, ale pachnące cynamonem.
— Tym razem nikt nie wyrzuci go do kosza — powiedziała Raja.
— Jeśli spróbuje, zje cały kawałek razem z talerzem — odparł Nikolaj.
Śmialiśmy się długo.
W kwietniu przyszła wiadomość od Gleba. Nie zadzwonił. Napisał tylko: „Znalazłem nasze stare listy. Chciałbym porozmawiać bez krzyku. Proszę”.
Patrzyłam na ekran, dopóki litery nie zaczęły się rozmywać.
Odpisałam: „Możemy porozmawiać, kiedy przestaniesz prosić mnie o powrót i zaczniesz mówić prawdę. Ale ja nie wrócę”.
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Rozumiem”.
Nie wiedziałam, czy naprawdę rozumie.
Tym razem nie czułam jednak potrzeby, żeby mu to tłumaczyć.
Wieczorem otworzyłam książkę, którą czytałam przed laty. Między stronami znalazłam metalową zakładkę w kształcie klucza. Pęknięte oczko nadal cicho brzęczało przy dotknięciu.
Położyłam ją na parapecie obok doniczki z miętą.
Za oknem topniał ostatni śnieg.
Klucz już niczego nie otwierał.
Ale po raz pierwszy nie musiał.










