CZĘŚĆ 4
Marta zakończyła rozmowę dopiero wtedy, gdy zapisała adres spotkania na odwrocie rachunku za kawę.
Stary magazyn przy kanale.
Piąta trzydzieści rano.
— Nie jedź tam sam — powiedziała.
— Nie zamierzam.
— Franklin, to może być pułapka.
— Całe moje życie zbudowałem na miejscach, które wyglądały jak pułapki.
Nie uśmiechnęła się.
— A Brandon?
Spojrzałem przez szybę na dom, w którym paliły się jeszcze światła.
— Zostanie tutaj do przyjazdu zarządcy. Nie chcę, żeby zniknął przed podpisaniem dokumentów.
— On może próbować wszystkiego.
— Wiem.
O piątej dziesięć spotkaliśmy się przy magazynie. Powietrze pachniało mokrym betonem i olejem napędowym. Nad kanałem wisiała mgła, a metalowe drzwi budynku były pokryte rdzawymi plamami.
Marta wysiadła z samochodu z teczką pod pachą. Victor przyszedł kilka sekund później, choć prosiłem go, żeby został w hotelu.
— Nie zostawię pana z tym samym człowiekiem, któremu odmawiałem podpisów — powiedział.
— Victor, możesz stracić pracę.
— Już ją straciłem. Teraz próbuję nie stracić twarzy.
Weszliśmy do środka.
Przy długim stole siedziała kobieta po sześćdziesiątce. Miała na sobie wełniany płaszcz i trzymała filiżankę herbaty, której nawet nie tknęła.
— Franklin Reeves — powiedziała. — Nazywam się Eleanor Shaw.
Znałem to nazwisko.
Eleanor była wspólniczką mojej dawnej firmy. Przez trzydzieści lat prowadziła księgowość kontraktów, aż pięć lat wcześniej odeszła bez pożegnania.
— To ty wysłałaś dokument do kupca?
— Tak.
Marta otworzyła teczkę.
— Dokument zawiera fałszywe oświadczenie o prawie do sprzedaży.
— Wiem — odpowiedziała Eleanor. — Sama je podpisałam.
Victor cofnął się o krok.
— Dlaczego?
Eleanor postawiła filiżankę na stole. Porcelana stuknęła o metal.
— Bo Brandon szantażował mnie przez rok.
Patrzyłem na nią bez słowa.
— Pięć lat temu, kiedy kupiłeś posiadłość, Brandon włamał się do archiwum firmy. Znalazł dokument dotyczący mojego syna. Miał problemy finansowe i wykorzystał pieniądze z jednego z projektów. Nie wiedziałam, że sprawa została zauważona.
— Wiedziałem — powiedziałem.
Eleanor podniosła wzrok.
— Co?
— Wiedziałem, że pieniądze zniknęły. Myślałem, że to twój błąd, dlatego odsunąłem cię od firmy. Nie wiedziałem, że Brandon cię naciskał.
— Groził, że wyśle dokumenty do wszystkich. Potem zażądał, żebym wykorzystała stare upoważnienie do wystawienia oświadczenia. Twierdził, że tylko straszy pana, żeby wymusić pieniądze od kupca.
Marta wyjęła kopię pisma.
— To nie wyjaśnia, dlaczego dokument wysłano wczoraj.
Eleanor spojrzała na mnie.
— Bo Brandon dowiedział się, że sprzedaż jest blisko. Zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem. Powiedział, że jeśli nie zablokuję transakcji, opowie wszystkim, że ukradłam pieniądze.
— A ty jednak wysłałaś pismo — powiedziałem.
— Tak. Ale nie po to, żeby go chronić.
Z kieszeni płaszcza wyjęła mały notes w twardej oprawie. Okładka była popękana na środku.
— Zapisywałam każde jego żądanie. Daty, kwoty, nazwiska. Mam też dowód, że podpis pod rzekomym oświadczeniem właściciela nie jest mój. Brandon skopiował go z dokumentów zmarłego wspólnika.
Victor otworzył usta.
— Czyli próbował sfałszować dokument i obciążyć posiadłość.
— Tak — powiedziała Eleanor. — A czterysta osiemdziesiąt tysięcy przelał na konto firmy, której właścicielem jest Amber.
Marta spojrzała na mnie.
To był cios, którego się nie spodziewałem.
— Amber o tym wiedziała? — zapytałem.
Eleanor pokręciła głową.
— Nie wiem. Ale przelewy miały opisy: „konsultacje wnętrzarskie”. Żadnych konsultacji nie było.
Przez chwilę słyszałem wyłącznie kapanie wody z rury pod sufitem.
— Chcę pełnej prawdy — powiedziałem.
— Dostaniesz ją — odpowiedziała Eleanor. — Ale musisz wiedzieć, że Brandon nie działał sam. Ktoś z banku przekazał mu kopię twojego podpisu i termin zamknięcia transakcji.
Marta zacisnęła palce na teczce.
— Masz nazwisko?
Eleanor skinęła głową.
— Tak. To człowiek, którego Franklin zatrudnił osobiście.
Telefon Marty zadzwonił ponownie. Tym razem na wyświetlaczu pojawił się numer zarządcy posiadłości.
Odebrała.
Słuchała przez kilka sekund, po czym podała mi telefon.
— Franklin, Amber zabrała z domu coś, czego nie wolno jej było ruszać.
— Co?
Z drugiej strony dobiegł zduszony głos zarządcy.
— Oryginalny akt założycielski Redwood Capital. A Brandon zamknął się w gabinecie i podpalił dokumenty…













