CZĘŚĆ 4
Wiadomość zniknęła z ekranu, zanim zdążyłam ją przeczytać drugi raz.
— Kto to napisał? — spytałam.
Sara spojrzała na Emila.
— Nie wiem.
— Ja wiem — wyszeptał piekarz. — To może być tylko jedna osoba.
Z oranżerii dobiegł trzask kolejnej szyby. Nad dachem unosił się czarny dym, a białe storczyki za szklanymi ścianami wyglądały jak śnieg przed burzą.
Dawid ruszył w stronę bramy.
— Zatrzymaj się! — krzyknęłam.
Odwrócił głowę.
— Maju, za pięć minut będziesz błagała mnie o pomoc.
— Nie. Za pięć minut wszyscy będą wiedzieli, kim jesteś.
— Nie masz dowodów.
Sara uniosła mokrą kartkę.
— Mam jego podpis.
Emil, wciąż leżący na podłodze furgonetki, dodał:
— A ja mam księgę.
Dawid obejrzał się na płonący gabinet. Wtedy pojęłam, że pożar nie był wypadkiem. Nie próbował zniszczyć wyłącznie umowy. Chciał spalić całą historię: dokumenty, księgi, receptury i wszystko, co mogło połączyć go z zamówieniem trucizny.
Z przeciwnej strony dziedzińca nadbiegła kobieta w granatowym płaszczu. Znałam ją od dzieciństwa. Lidia Wrona była główną księgową fundacji i przyjaciółką mojej matki. W dłoni trzymała pęk kluczy, a na twarzy miała sadzę.
— To ja wysłałam wiadomość — powiedziała. — Laboratorium jeszcze się nie pali. Dawid podpalił gabinet, ale nie zdążył wejść do głównego budynku.
Dawid pobladł.
— Lidio, wracaj do środka.
— Przez osiem lat wracałam, kiedy mi kazałeś. Podpisywałam przelewy, które przedstawiałeś jako inwestycje. Dzisiaj zobaczyłam rachunek na zakup substancji i zrozumiałam, do czego byłeś zdolny.
Podała mi grubą kopertę owiniętą folią.
— To są kopie wszystkich przelewów. I pełnomocnictwo, które przyniósł mi wczoraj. Miałam je wprowadzić do rejestru po ceremonii.
Dawid ruszył ku niej, lecz Sara zastąpiła mu drogę.
— Dotknij jej, a będziesz miał jeszcze jeden świadek przeciwko sobie.
— Wy wszystkie jesteście szalone — warknął.
— Nie — odpowiedziałam. — Po prostu przestałyśmy wykonywać twoje polecenia.
Przyjechała straż pożarna, a chwilę później ratownicy. Emil został wyniesiony na noszach. Zanim zamknięto drzwi karetki, chwycił mnie za rękę.
— Maju, krem nie był jedyną rzeczą, którą podmienił. W twoim kieliszku też coś było.
Spojrzałam na stół ustawiony przed oranżerią. Srebrne kieliszki nadal czekały na toast. Jeden z nich miał przy podstawie małą czarną plamę.
Dawid zobaczył, dokąd patrzę, i nagle rzucił się do ucieczki.
Nie pobiegłam za nim. Pobiegła Lidia.
Znała teren lepiej niż ktokolwiek. Przecięła mu drogę przy szklarni z orchideami, zamknęła metalową bramę i wyrwała mu z kieszeni kluczyki do samochodu.
— Koniec drogi, Dawidzie — powiedziała.
— Myślisz, że fundacja ocaleje bez mojego kapitału?
— Nie potrzebuje twojego kapitału — odparła. — Potrzebuje ludzi, którzy nie sprzedają jej właścicielki za trzydzieści tysięcy złotych.
Wtedy przyjechała policja. Nie było krzyków ani widowiskowych kajdanek. Były pytania, zabezpieczone dokumenty i funkcjonariusz, który dokładnie obejrzał kartkę spod buta Dawida. Później potwierdzono, że w torcie i kieliszku znajdowała się ta sama niebezpieczna substancja. Na jego rachunku znaleziono przelew dla człowieka, który kupił ją pod fałszywym nazwiskiem.
Dawid próbował jeszcze przekonywać, że działał z miłości.
— Chciałem uratować fundację — powiedział, kiedy wyprowadzano go z dziedzińca.
— Nie — odpowiedziałam. — Chciałeś, żeby nosiła moje imię, ale wykonywała twoje rozkazy.
Nie spojrzał na mnie.
O północy Lidia otworzyła sejf w laboratorium. Oryginał umowy wciąż tam był. Dawid spalił kopię, którą sam przygotował, a nie dokument podpisany przeze mnie przy notariuszu. Co więcej, pod umową znajdowała się kartka z odręczną notatką mojej matki: „Pełnomocnictwo wygasa w dniu, w którym zarządca skrzywdzi któregokolwiek z członków rodziny”.
Dawid nie znał tego warunku.
Moja matka znała ludzi lepiej niż ja.
Sara siedziała na schodach laboratorium z rozciętą rękawiczką na kolanach. Usiadłam obok niej.
— Przepraszam — powiedziałam.
— Za co?
— Za to, że nazwałam twoją ostrożność zazdrością.
Sara popatrzyła na moje poplamione lukrem dłonie.
— A ja przepraszam, że próbowałam cię chronić, zamiast powiedzieć wszystko od razu.
— Dlaczego nie powiedziałaś?
— Bo znalazłam tylko fragmenty. A on miał odpowiedź na każde pytanie. Dopiero kiedy zobaczyłam fiolkę w jego kieszeni, wiedziałam, że nie chodzi o pieniądze.
Przez chwilę obie milczałyśmy. Za plecami syczał wąż strażacki, a z oranżerii dochodził zapach spalonego papieru.
— Co zrobisz z fundacją? — spytała.
Spojrzałam na Lidię, która przeglądała księgi razem z ratownikiem i strażakiem.
— Zostawię ją tobie — powiedziałam.
Sara poderwała głowę.
— Mnie?
— Tobie. Ty zauważyłaś, że coś jest nie tak. Ja tylko mam nazwisko w dokumentach.
— Nie chcę twojego życia jako nagrody za to, że cię wyciągnęłam z wesela.
— To nie nagroda. To pierwsza decyzja, której nikt za mnie nie podejmie.
Nad ranem weszłyśmy do kuchni. Tort leżał na podłodze, krem mieszał się z potłuczonymi talerzami, a siedem złotych pięter przypominało ruinę wieży. Emil, już opatrzony, siedział przy stole i spisywał wszystko, co pamiętał.
Podał mi czysty kawałek papieru.
— Co mam wpisać na nowe zamówienie? — zapytał.
Spojrzałam na Sarę.
— Nie będzie nowego wesela — powiedziałam.
— Wiem. Ale fundacja organizuje jutro kolację dla dzieci z kliniki. Trzeba czymś nakarmić gości.
Uśmiechnęłam się mimo zmęczenia.
— Upiecz siedem małych tortów. Bez kremu migdałowego.
Emil skinął głową.
— A na górze?
Sara zdjęła z rozbitego wózka figurkę dwóch łabędzi. Jeden miał odłamane skrzydło.
— Żadnych łabędzi — powiedziała. — Postaw tam storczyk.
Lidia przyniosła z laboratorium pierwszą doniczkę ocalałą z pożaru. W jej środku tkwiła pojedyncza biała gałązka, nadpalona z jednej strony, lecz wciąż kwitnąca.
Przeniosłam ją na stół, obok kartki z podpisem Dawida i miedzianego kluczyka znalezionego w furgonetce.
Sara dotknęła mojego ramienia.
— Pamiętasz, co powiedziałam ci przy torcie?
— Że mam go przewrócić.
— Nie. Powiedziałam: „Jeśli chcesz przeżyć noc, przestań wierzyć temu, kto trzyma nóż”.
Spojrzałam na srebrne ostrze leżące w zlewie. Na jego powierzchni odbijała się biała gałązka storczyka.
— To dobrze — odparłam. — Bo od dziś nóż zostaje w kuchni.
A Emil, zapisując pierwsze zamówienie nowej fundacji, dopisał na samym dole: „Siedem małych tortów. Jeden prawdziwy storczyk. Żadnych sekretów w kremie”.
Przegapiłeś początek?













