CZĘŚĆ 4
Nazywała się Marta O’Rourke i tej nocy sprzątała korytarz przy prywatnych windach Harbor Crown.
Adrian znalazł ją o dwunastej piętnaście, siedzącą na składanym krześle obok wózka z ręcznikami. Miała siedemdziesiąt jeden lat, włosy spięte metalową klamrą i dłonie popękane od detergentów.
Kiedy usłyszała nazwisko mojej matki, odłożyła ścierkę.
— Helena Bellamy? — zapytała.
— Tak — odpowiedział Adrian. — Junona jest jej córką.
Marta popatrzyła na moją suknię, potem na rozbity kawałek szkła przyklejony do jej rąbka.
— Wiedziałam, że kiedyś przyjdziesz — powiedziała.
— Skąd?
— Twoja matka prosiła, żebym przechowała pewną rzecz, gdyby Vale’owie spróbowali odebrać wam sklep.
Wyjęła z kieszeni fartucha mały mosiężny klucz z wybitym numerem trzydzieści osiem.
— Robert podpisał zrzeczenie w pokoju 382. Helena nie ufała kancelarii Vale’ów. Poprosiła mnie, żebym była świadkiem i zabrała kopię do sejfu hotelowego.
— Dlaczego przez tyle lat pani milczała?
Marta ścisnęła klucz.
— Bo Robert zapłacił za moje leczenie, kiedy mój mąż umierał. Helena kazała mi jednak powiedzieć prawdę, gdyby jej córka została skrzywdzona.
Adrian spojrzał na zegar.
— Sejf z pokoju 382 nadal istnieje. Pokój jest dziś pusty.
Nie miałam czasu na strach. Pobiegliśmy schodami, bo Adrian nie chciał używać wind, które mogły być obserwowane przez ludzi deweloperów. Marta szła za nami, ciężko oddychając, ale ani razu nie poprosiła, żebyśmy zwolnili.
W pokoju 382 kurz pokrywał parapet, a na łóżku leżała folia ochronna. Za obrazem przedstawiającym latarnię morską znaleźliśmy mały sejf.
Klucz zadrżał w dłoni Marty.
W środku czekała koperta z pieczęcią hotelu, księga meldunkowa i druga kopia zrzeczenia. Oprócz podpisu Roberta znajdował się tam podpis Marty oraz odręczna notatka Heleny: „Moja córka ma odziedziczyć cały budynek. Nie pozwólcie, by ktoś wmówił jej, że jest inaczej”.
Przyłożyłam palce do kartki.
Moja matka przygotowała się na dzień, którego sama nie dożyła.
O piątej rano przed Bellamy Blooms zatrzymały się trzy ciężarówki. Mężczyźni w pomarańczowych kamizelkach wysiedli z nich z planami budowy pod pachami. Razem z Adrianem, Martą i Evelyn stałam na chodniku. Nad wejściem kołysał się dzwonek, który matka kupiła na targu w Salem.
Najpierw pojawił się Graham.
Miał rozcięty łuk brwiowy i tę samą marynarkę, w której zostawił mnie przy ślubnym łuku. Wyglądał na człowieka, który całą noc uciekał przed czymś większym od siebie.
— Junono, musimy porozmawiać — powiedział.
— Rozmawialiśmy. Powiedziałeś, że mnie kochasz.
— To prawda.
— A potem próbowałeś sprzedać mój budynek.
— Chciałem spłacić długi.
— Swoje.
Zacisnął szczękę.
— Gdybyś podpisała dokumenty, wszystko byłoby legalne.
— Dlatego zabrałeś mnie do ołtarza, zanim mogłam je przeczytać?
Graham spojrzał na Evelyn.
— Mamo, powiedz jej, że nie miałem wyboru.
Evelyn podeszła do mnie, ale nie do niego.
— Miałeś wybór — powiedziała. — Tylko za każdym razem wybierałeś pieniądze.
Twarz Grahama zmieniła się, jakby ktoś nagle zdjął z niej ostatnią warstwę uprzejmości.
— Nie rozumiesz, co się stanie, jeśli nie dostanę tego budynku. Ludzie, którym jestem winien pieniądze, zniszczą mnie.
— A ty chciałeś, żeby zniszczyli mnie za ciebie? — zapytałam.
Nie odpowiedział.
Adrian podszedł do brygadzisty.
— Proszę pokazać pełnomocnictwo.
Mężczyzna wyjął dokument. Widniał na nim mój podrobiony podpis.
Marta stanęła między nami i wyjęła z torby kopię zrzeczenia Roberta.
— Ten budynek nie ma drugiego właściciela — powiedziała. — Byłam przy podpisaniu dokumentu. Potwierdzam to pod przysięgą i własnym nazwiskiem.
Brygadzista zbladł.
— My mamy zgodę Vale’a.
— Vale nie posiada tu żadnych praw — odparł Adrian. — A jeśli zaczniecie niszczyć mienie, każdy krok zostanie rozliczony z waszą firmą.
Mężczyźni spojrzeli po sobie. Po chwili wsiedli do ciężarówek. Graham został na chodniku.
— Junono, możesz mi pomóc — powiedział.
— Wiem.
— Mam na myśli, że możesz uratować mnie. Jeśli przekażesz im działkę, dostanę pieniądze, a potem wynagrodzę ci to.
Poczułam coś, czego nie spodziewałam się po takiej nocy. Nie triumf. Żal.
— Nadal myślisz, że to rozmowa o cenie.
— O czym więc?
— O tym, że przez pięć miesięcy patrzyłeś mi w oczy i czekałeś, aż zaufanie zrobi za ciebie całą pracę.
Evelyn wyjęła z torebki kopertę.
— To twoje dokumenty bankowe — powiedziała do syna. — Znalazłam je w samochodzie. Oddaję je Junonie. Nie będę już spłacać twoich kłamstw.
Graham patrzył na kopertę, jakby była czymś cięższym niż cegła.
Adrian poinformował mnie, że jego prawnicy przygotują zabezpieczenie budynku i zgłoszą fałszerstwo oraz próbę wyłudzenia. Nie chciałam, żeby mój dzień kończył się kolejnym szeregiem obcych ludzi, pieczątek i drzwi zamykanych za plecami innych. Ale wiedziałam też, że dokumenty muszą zostać użyte, inaczej Graham kiedyś spróbuje ponownie.
Największym zaskoczeniem było to, co powiedział Adrian.
— Nie chcę kupić Bellamy Blooms — oznajmił.
— Przecież twoja firma potrzebuje tej działki.
— Potrzebuje współpracy z właścicielką, nie jej słabości. Zaproponuję ci uczciwy udział w projekcie, jeśli kiedykolwiek zechcesz rozmawiać. Nie dzisiaj.
— Dlaczego mi pomagasz?
Spojrzał na kopię podpisu mojej matki.
— Bo mój ojciec kiedyś próbował zrobić z ludzi liczby. Nie chcę powtarzać jego błędów.
Marta wróciła do hotelu przed świtem. Zatrzymałam ją przy wejściu do kwiaciarni.
— Proszę przyjąć ode mnie bukiet — powiedziałam.
— Nie dla mnie.
— Dla pani.
Zrobiłam go z białych róż, eukaliptusa i słodkiego groszku. Tych samych kwiatów, które rozdałam starszym kobietom na weselu. Marta dotknęła wstążki.
— Helena wiązała je zawsze podwójnym supełkiem — powiedziała.
— Wiem. Nauczyła mnie.
Graham odszedł z Evelyn. Nie poszłam za nimi. Nie chciałam widzieć, co zostanie z człowieka, którego kochałam, kiedy nie będzie już mógł zasłonić się moim zaufaniem.
Nie odbyłam tamtego ślubu. Nie odzyskałam pieniędzy za suknię ani gości, którzy śmiali się pod łukiem. Ale odzyskałam akt własności, list matki i prawdę o budynku, którego broniła dla mnie do ostatniego dnia.
Wieczorem usiadłam przy biurku i otworzyłam księgę meldunkową z pokoju 382. Przy nazwisku Roberta Vale’a widniała data, podpis Marty i krótka adnotacja: „Świadek obecny”.
Obok dopisałam własnym piórem nazwisko Heleny Bellamy.
Pod nim napisałam swoje.
A potem zadzwonił dzwonek nad drzwiami. Do środka weszła pani Kelly, trzymając zwiędłą, ale wciąż białą różę z mojego porannego bukietu.
— Junono — powiedziała — czy mogłabyś zrobić jeszcze sześć takich wiązanek?
Spojrzałam na łodygę, którą związałam podwójnym supełkiem.
— Oczywiście — odpowiedziałam. — Tym razem wiem już, dla kogo są.
Przegapiłeś początek?












