CZĘŚĆ 4
— Kobieta z sali numer siedem — powtórzyłem, gdy winda zjeżdżała w dół.
Elena nacisnęła przycisk parteru tak mocno, że pękła jej paznokciowa skórka.
— W klinice nie ma już sali numer siedem. Po remoncie zmienili numerację.
— Ale ktoś znał zdjęcie Rebeki.
— I chce, żebyśmy pojechali tam natychmiast.
— Więc jedziemy.
Na parkingu czekał samochód. Kierowca otworzył drzwi, lecz Elena nie wsiadła.
— Mateo też jedzie — powiedziała.
— Nie.
— Zna system lepiej niż ktokolwiek.
Mateo wyszedł z budynku, a dwaj pracownicy ochrony prowadzili go między sobą. Nie wyglądał już jak człowiek, który kontroluje całe piętro. Miał rozpięty kołnierzyk, spinkę przekrzywioną przy mankiecie i klucz do archiwum zaciśnięty w dłoni.
— Jeśli chcecie wyłączyć wadliwe czujniki, potrzebujecie mnie — powiedział.
— Nie potrzebuję człowieka, który je wadliwie zaprogramował — odparła Elena.
— Jeśli mnie zostawisz, ci ludzie umrą.
Przez moment nikt się nie odezwał.
Wsiadłem do samochodu.
— Niech jedzie. Ale usiądzie obok mnie.
Mateo zajął miejsce na końcu tylnej kanapy. Kierowca ruszył z piskiem opon.
Przez całą drogę Tomás instruował Elenę przez telefon, jak przełączyć centralkę w tryb ręczny. System był zaprojektowany tak, żeby każda awaria wysyłała sygnał do centrali firmy, ale Mateo zablokował zdalne odcięcie dla wszystkich urządzeń oznaczonych jako „nowa seria”.
— Dlaczego to zrobiłeś? — spytałem.
Mateo patrzył na przesuwające się za szybą mury.
— Bo firma miała zbankrutować.
— To nie odpowiedź.
— Była odpowiedź. Dostawcy czekali na pieniądze. Banki groziły przejęciem. Elena chciała wycofać całą serię, a ja wiedziałem, że po takim ruchu tysiące ludzi stracą pracę.
— Więc pozwoliłeś umrzeć mojej żonie?
Mateo przełknął ślinę.
— Nie wiedziałem, że ktoś umrze.
— Wiedziałeś, że czujnik nie działa.
— Wiedziałem, że opóźnia alarm.
— To wystarczyło.
Klinika świętej Marty była otoczona karetkami i samochodami technicznymi. Nad wejściem migała czerwona lampa. W powietrzu czuć było gaz, choć ledwie wyczuwalny, jak słodkawy zapach zepsutych owoców.
W środku pielęgniarki prowadziły pacjentki na zewnątrz. Jedna z nich płakała, trzymając niemowlę owinięte w żółty koc.
— Skrzydło położnicze! — krzyknął technik.
Pobiegliśmy korytarzem. Nad drzwiami migała kontrolka nowego czujnika.
Mateo podszedł do centrali.
— Kod serwisowy — powiedział.
Elena spojrzała na niego.
— Podaj go.
— Jeśli go wpiszecie, system zapisze, że nastąpiła ręczna ingerencja.
— Podaj kod.
Mateo wymienił sześć cyfr. Kontrolka zmieniła kolor, ale alarm nie ucichł.
— To nie działa — powiedziałem.
— Bo urządzenie jest w trybie blokady.
— Sam go zablokowałeś.
Mateo spojrzał na mnie i po raz pierwszy nie próbował zaprzeczać.
— Tak.
Tomás, który przyjechał drugim samochodem, wyrwał z kieszeni śrubokręt.
— Otwórz obudowę.
— Nie wolno jej rozbierać przy aktywnym układzie.
— Cztery lata temu też nie wolno było ci zmieniać danych.
Mateo przycisnął dłonie do obudowy. Palce drżały mu tak mocno, że nie mógł złapać zatrzasku.
— Pomóż mu — powiedziałam Elena.
— Nie pomogę człowiekowi, który—
— Pomóż mu, Danielu.
Zrobiłem to.
Wspólnie otworzyliśmy obudowę. W środku znajdował się dodatkowy przewód, którego nie było w dokumentacji. Mateo odciął go szczypcami. Alarm zawył jeszcze głośniej, a potem rozległ się trzask i całe skrzydło pogrążyło się w ciemności.
Ktoś krzyknął za drzwiami.
Pielęgniarki wyprowadziły ostatnie pacjentki. Jedna z nich zatrzymała się przy mnie.
— Pan tu był cztery lata temu — powiedziała.
Miała siwe włosy i pieprzyk pod lewym okiem.
— Nie pamiętam pani.
— Nazywam się Lucía Bernal. Pracowałam tej nocy na sali numer siedem.
Elena podeszła bliżej.
— Co pani widziała?
Lucía dotknęła identyfikatora przy piersi. Plastikowa zawieszka była pęknięta na rogu.
— Pani żona przyniosła mi kartkę. Powiedziała, że w mieszkaniu alarm nie zadziałał i że urządzenie pochodzi z firmy Villarreal Dom. Chciała, żebym zachowała kartkę, gdyby jej się pogorszyło.
Serce uderzyło mi w gardło.
— Co było na tej kartce?
— Numer partii oraz nazwisko Mateo Rivasa. Rebeca powiedziała, że znalazła je w wiadomości od technika, który ostrzegał ją przed tymi czujnikami.
Mateo oparł się o ścianę.
— To niemożliwe.
— Możliwe — odpowiedziała Lucía. — Zachowałam kartkę. Przez cztery lata miałam ją wszytą w podszewkę fartucha.
Wyjęła z kieszeni małą, przezroczystą torebkę. W środku leżał złożony papier z rozmazanym tuszem. Na dole widniał numer serii oraz podpis Rebeki.
„Jeśli coś mi się stanie, sprawdźcie, kto odebrał czujniki”.
Nie potrafiłem dotknąć dokumentu.
Wiedziałem, że Rebeca próbowała walczyć do samego końca. A ja przez cztery lata myślałem, że po prostu nie zdążyła niczego zrobić.
Elena wzięła kartkę i przeczytała ją powoli.
— Mateo, ona zostawiła dowód w szpitalu.
— Nie zabiłem jej — powiedział.
— Nie musiałeś jej dotknąć.
— Chciałem uratować firmę.
— Uratować firmę? — powtórzyłem. — Przez cztery lata płaciłem za to, że ty ratowałeś wyniki kwartalne.
Mateo spojrzał na mnie.
— Mogłem zatrzymać dostawę, ale wtedy Elena straciłaby wszystko. Dom, nazwisko, firmę. Myślisz, że chciałem zostać potworem?
— Nie wiem, czego chciałeś. Wiem, co zrobiłeś.
Elena wyjęła telefon.
— Posiedzenie zarządu zaczyna się za dwadzieścia minut. Pojedziemy tam.
— Po co? — zapytałem.
— Żeby zakończyć to publicznie.
— I oddać firmę ludziom, którzy ją zniszczyli?
— Nie. Żeby nikt już nie mógł powiedzieć, że nie wiedział.
W siedzibie Villarreal Dom członkowie zarządu czekali przy długim stole. Na ekranie wisiała prezentacja nowej serii czujników. Mateo wszedł pierwszy, a za nim ja, Elena, Tomás i Lucía.
Przewodniczący zarządu, Arturo Beltrán, uniósł brwi.
— Co to ma znaczyć?
Elena położyła na stole oryginalną listę testów.
— Koniec sprzedaży nowej serii.
— Nie możesz zatrzymać transportów bez zgody zarządu.
— Mogę. Jako właścicielka. I właśnie to robię.
Arturo spojrzał na Mateo.
— Czy to prawda?
Mateo otworzył usta, lecz Lucía położyła przed nim kartkę Rebeki.
— To również prawda.
Arturo przeczytał dokument. Jego twarz stężała.
— To nie jest dowód techniczny.
— Nie — powiedziałem. — To ostatnia rzecz, którą moja żona próbowała zostawić żywym.
Elena włączyła ekran. Zamiast prezentacji pojawiły się dokumenty: zatajone wyniki testów, lista przelewów dla firmy pośredniczącej i kopie poleceń podpisanych przez Mateo.
— Pieniądze z tej firmy trafiały do prywatnej spółki Mateo — powiedziała. — To nie była tylko próba ratowania przedsiębiorstwa. Kupował sobie udziały, licząc, że po kryzysie przejmie kontrolę.
Mateo opadł na krzesło.
To był zwrot, którego się nie spodziewałem. Przez cały czas myślałem, że jego chciwość była tarczą dla firmy. Okazało się, że firma była dla niego tarczą.
— Elena — powiedział cicho — chciałem, żebyś podpisała sprzedaż udziałów.
— A potem miałabym zostać twarzą przedsiębiorstwa, które zabija ludzi?
— Chciałem cię ochronić.
— Nie. Chciałeś, żebym podpisała twoje zwycięstwo.
Odwróciła się do zarządu.
— Dzisiaj oddaję wszystkie wadliwe urządzenia do bezpłatnej wymiany. Pieniądze przeznaczone na kampanię reklamową przekazuję rodzinom poszkodowanych oraz klinikom, które używały tej serii. Firma przestaje produkować czujniki, dopóki niezależni technicy nie zatwierdzą każdego modelu.
Arturo poderwał się.
— To zniszczy wartość przedsiębiorstwa.
— Być może.
— A twoje udziały?
Elena spojrzała na mnie, potem na Lucíę i Tomása.
— Moje udziały nie są warte więcej niż życie osoby, której można było pomóc.
Pieniądze dla mnie nie były już nagrodą za siedem dni. Elena wypłaciła cały milion zgodnie z umową, ale kazała dołączyć osobny dokument: połowa miała trafić do funduszu dla rodzin poszkodowanych przez wadliwe urządzenia, a druga połowa do programu szkolenia techników, którego kierownikiem został Tomás.
Ja przyjąłem tylko tyle, ile było potrzebne, by spłacić długi Rebeki, kupić małe mieszkanie i opłacić leczenie matki. Resztę oddałem na program.
— Nie musisz tego robić — powiedziała Elena.
— Rebeca nie dostała wyboru.
Elena skinęła głową.
Mateo nie został zabrany przez żadnych urzędników. Elena zabrała mu wszystkie udziały i kazała podpisać zobowiązanie do zwrotu pieniędzy, które przelał przez pośredników. Stracił stanowisko, samochód i dom kupiony za te środki. Najgorsze było jednak to, że każdy pracownik, któremu kiedyś mówił o ratowaniu firmy, zobaczył dokumenty z jego podpisem.
Przy wyjściu zatrzymał mnie.
— Daniel.
Odwróciłem się.
— Co?
— Czy gdyby Rebeca przeżyła, wybaczyłbyś mi?
Spojrzałem na jego dłonie. Na prawym kciuku wciąż miał ślad po srebrnej spince.
— Nie wiem, czy wybaczyłaby ci Rebeca. Ja nie mam prawa mówić w jej imieniu.
— A ty?
— Ja zapamiętam wszystko dokładnie.
Lucía przekazała mi kopię kartki Rebeki. Oryginał zatrzymała dla funduszu, ale dla mnie przepisała jej ostatnie zdanie na nowej kartce.
Wyszedłem z nią na korytarz i długo nie potrafiłem jej złożyć.
Pod wieczór wróciliśmy do kliniki. Wymieniono wszystkie czujniki z wadliwej partii. Nowe urządzenie zamontowano przy wejściu do dawnej sali numer siedem, która po remoncie nosiła nazwę sali Rebeki Salazar.
Nie prosiłem o tę nazwę.
To pielęgniarki wybrały ją same.
Tomás przyniósł tabliczkę i podał mi śrubokręt.
— Przykręcisz ją? — zapytał.
Metal był chłodny, a jedna krawędź tabliczki lekko zarysowana. Wkręciłem ostatnią śrubę, po czym cofnąłem się o krok.
Elena stała obok Lucíi. Nie miała już czarnego płaszcza. Zawiesiła go na krześle, jakby po raz pierwszy od lat pozwoliła sobie zostać bez osłony.
— Daniel — powiedziała — jutro przyjedzie tu komisja techniczna. Chcą, żebyś opowiedział o całej historii.
— Opowiem.
— Nawet o tym, że spałeś pod apteką?
— Zwłaszcza o tym. Ludzie muszą wiedzieć, ile kosztuje cudze milczenie.
Wtedy z sali dobiegł pojedynczy, spokojny sygnał nowego czujnika.
Nie był alarmem.
Był potwierdzeniem, że urządzenie działa.
Dotknąłem kieszeni, w której trzymałem żółtą klamrę Rebeki. Przez cztery lata nosiłem ją jak ciężar, którego nie umiałem nazwać. Teraz położyłem ją na tabliczce pod jej imieniem.
Lucía spojrzała na mnie.
— To należało do niej?
— Tak.
— Zostawisz?
— Ona zawsze chciała, żeby ktoś wreszcie zauważył.
Nad nami zapaliła się mała zielona kontrolka. Światło odbiło się w żółtej klamrze i przemknęło po literach nazwiska Rebeki.
Z głośnika popłynął spokojny komunikat systemu:
— Wykryto bezpieczne powietrze.
A ja położyłem dłoń na zimnej tabliczce i odpowiedziałem jej szeptem:
— Wiem, kochanie. Tym razem ktoś cię usłyszał.
Przegapiłeś początek?













