CZĘŚĆ 4
— Jakie klucze? — zapytałam do telefonu.
Doktor Wrona westchnął po drugiej stronie.
— W dokumentach zgłoszeniowych pański partner podał, że ma dostęp do domu pani matki. Twierdził, że może tam przechowywać rzeczy i odbierać korespondencję.
Mama pobladła.
Artek oparł dłoń o ścianę. Pod palcami zarysował mu się odprysk farby.
— To nieprawda — powiedział.
— Czy dał pan komuś klucze do mojego domu? — spytała mama.
— Nie.
— Artek.
Przełknął ślinę.
— Dałem jeden klucz człowiekowi, który miał odebrać dokumenty.
Mama cofnęła się o krok, jakby ją uderzył.
— Komu?
— Nie wiem, jak się nazywał.
Doktor Wrona wciąż czekał na odpowiedź.
— Pani Leno, proszę przyjechać jutro bez niego, jeśli nie może pani zagwarantować bezpieczeństwa.
— Przyjadę — odpowiedziałam. — Ale najpierw muszę zabezpieczyć mamę.
Rozłączyłam się i przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Artek wyjął z kieszeni kluczyk na czerwonej tasiemce. Położył go na stole, między pustą filiżanką a kopią podrobionej umowy.
— To klucz do skrytki. Klucz do domu twojej mamy był osobno.
— Gdzie jest?
— U Damiana.
— Tego od długów?
Skinął głową.
— Powiedział, że jeśli nie oddam pieniędzy do piątku, przyjedzie po rzeczy. Nie chciałem, żeby coś wam zrobił.
— A mimo to podałeś mu adres.
— Myślałem, że sprzedam mieszkanie przed piątkiem.
Mama usiadła ciężko na krześle. Drewniane oparcie jęknęło.
— Ty nie chciałeś mnie poślubić — powiedziała cicho. — Ale chciałeś mieć dostęp do wszystkiego, co należało do mojej córki.
Artek spojrzał na nią z bólem.
— Nie jestem potworem.
— Potwory nie zawsze wyglądają jak potwory — odpowiedziała.
Następnego ranka pojechałam do kliniki sama. Budynek stał przy ulicy Lipowej, trzy numery od mojego mieszkania. Na schodach pachniało środkiem do dezynfekcji, a przy recepcji wisiał zegar, który spieszył się o siedem minut.
Doktor Wrona miał siwe skronie i dłonie poplamione atramentem.
— Artek zapisał się tu dwa razy — powiedział. — Za pierwszym razem uciekł po rozmowie wstępnej. Za drugim wpisał panią jako osobę, która zapłaci za terapię.
— Nie zapłacę za jego leczenie.
— Nie proszę pani o pieniądze. Proszę o decyzję, czy chce pani potwierdzić, że jeśli podejmie terapię, nie będzie mógł kontaktować się z panią przez pierwsze trzydzieści dni.
Spojrzałam na formularz.
— Chcę.
— Nawet jeśli będzie błagał?
— Zwłaszcza wtedy.
Przed południem zadzwonił Walenty. Powiedział, że kupujący wycofał się, kiedy dowiedział się o fałszerstwie, ale Damian pojawił się przed kamienicą.
Pobiegłam tam z mamą. Przy bramie stał mężczyzna w czarnej czapce. W ręce obracał pęk kluczy.
— Pani Lena? — zapytał. — Artek powiedział, że może pani oddać pieniądze albo rzeczy z mieszkania.
— Artek nie miał prawa niczego panu obiecywać.
— Mam podpisane potwierdzenie.
Wyjął kartkę. Zobaczyłam na niej moje imię i numer dowodu.
Tym razem nie poczułam strachu. Poczułam coś bardziej ostrego.
— Ta kartka jest kolejnym fałszerstwem. A pan właśnie przyznał, że próbuje wejść do mojego mieszkania bez zgody.
Damian zaklął i ruszył w stronę bramy.
Walenty zrobił krok przed nim.
— Proszę się zatrzymać. Rozmawiamy przy świadkach.
Damian spojrzał na niego, potem na mamę i odszedł, rzucając klucze na chodnik.
Jeden z nich należał do domu mamy.
Podniosła go drżącymi palcami.
— Mogłam przez niego stracić wszystko — powiedziała.
— Nie — odpowiedziałam. — Straciłbyś tylko to, co było moje.
Wieczorem wróciłam do mieszkania przy Lipowej. Artek siedział na podłodze obok kanapy. Na stole leżała jego torba, a obok niej kartka z adresem kliniki.
— Oddałem ci klucze — powiedział.
— Nie mnie. Zostawiłeś je tam, gdzie powinny trafić.
— Chcę podpisać oświadczenie, że próbowałem sprzedać mieszkanie bez twojej zgody.
— Podpiszesz. Przy Marcie i Walentym.
— A potem?
— Potem zabierzesz swoje rzeczy i pojedziesz do kliniki.
Uniósł wzrok.
— Myślisz, że po tym wszystkim możesz mi rozkazywać?
— Nie. Właśnie dlatego nie rozkazuję. Stawiam warunek: żadnego kontaktu ze mną ani z mamą, dopóki nie ukończysz terapii. Jeśli złamiesz ten warunek, dokumenty trafią tam, gdzie powinny.
Artek spojrzał na granatową teczkę. Tym razem nie próbował jej dotknąć.
— A jeśli naprawdę się zmienię?
— To nie będziesz musiał mnie o tym przekonywać. Pokażesz to komuś, kto nie jest ci winien wspólnego życia.
Marta przyszła godzinę później. Artek podpisał oświadczenie drżącą ręką. Przy ostatniej literze atrament rozlał się na papierze.
Kiedy wychodził, zatrzymał się przy kuchni.
— Pamiętasz, jak mówiłaś, że wystarczy ci małe mieszkanie, jeśli będziemy razem?
— Pamiętam.
— A teraz?
Spojrzałam na ścianę, na której wciąż wisiało zdjęcie mojego ojca z kluczami od tego lokalu w dłoni.
— Teraz wiem, że „razem” nie może oznaczać, że jedna osoba płaci za cudze decyzje.
Nie odpowiedział. Wziął torbę i wyszedł z Martą.
Kilka dni później pojechałam z mamą do kliniki, żeby przekazać dokumenty, które Artek podpisał. Nie weszłam do środka. Przez szybę widziałam go przy recepcji. Miał na sobie jedną z koszul, które przez lata prasowałam, ale kołnierzyk był zmięty, a jeden mankiet wystawał spod rękawa.
Doktor Wrona odebrał ode mnie teczkę.
— Czy chce pani zostawić mu wiadomość?
Przez chwilę patrzyłam na kartkę z jego nazwiskiem.
— Tak.
Napisałam tylko jedno zdanie i złożyłam papier na pół.
Doktor przeczytał je przy recepcji, a potem podał kartkę Arkowi.
Artek rozwinął ją powoli. Przeczytał. Spojrzał w stronę szyby, za którą stałam z mamą.
Nie pomachałam.
Na kartce widniało: „Własnym podpisem zacznij naprawiać to, co cudzym próbowałeś zniszczyć”.
Artek przycisnął papier do piersi, a czerwony kluczyk do bankowej skrytki zabrzęczał w kieszeni jego spodni.
Tym razem nie należał już do żadnego mieszkania.
Przegapiłeś początek?













