CZĘŚĆ 4
— Niczego nie podpisywałam — powiedziała Margaret.
Ale odpowiedziała zbyt szybko.
Była trzynasta czterdzieści, kiedy wróciliśmy do hospicjum. Na korytarzu paliły się zimne lampy, a wózek z pościelą stał pod ścianą jak porzucony bagaż. Pielęgniarka czekała przy pokoju Jeffreya z telefonem w dłoni.
— Kierownictwo kliniki przesłało nam kopię dyspozycji — powiedziała. — Ktoś anulował przyjęcie i przelał pieniądze na rachunek zabezpieczony nazwiskiem Margaret.
Peter odwrócił się do matki.
— Powiedziałaś, że nie dotykałaś pieniędzy ojca.
— Nie dotykałam ich.
— Więc kto to zrobił?
Margaret patrzyła na mnie, jakby liczyła, że to ja ją uratuję. Nie umiałam. Całe życie czekałam na jedną prawdę, a kiedy wreszcie przyszła, nie mogłam znowu odwrócić wzroku.
— Poproś o nazwisko osoby, która wysłała dyspozycję — powiedziałam do pielęgniarki.
Kobieta spojrzała na ekran.
— Jest podpis elektroniczny. Margaret Hale.
Peter cofnął się o krok.
— Mamo.
Margaret oparła się o laskę.
— Nie chciałam, żeby przenosili go do kliniki.
— Dlaczego?
— Bo tam miał zostać sam. A ja… — urwała. — Nie mogłam patrzeć, jak umiera z myślą, że Anna przyszła po jego pieniądze.
Roześmiałam się krótko, bez radości.
— Nie przyszłam po pieniądze. Przyjechałam, bo twój syn powiedział, że Jeffrey umiera.
— Wiem.
— Nie, Margaret. Ty niczego nie wiesz o tym, po co przyjechałam.
Drzwi pokoju otworzyły się. Jeffrey leżał nieruchomo, ale słyszał wszystko.
— Margaret — powiedział.
Jej ramiona opadły.
— Jestem.
— Oddaj Annie kartę.
Peter spojrzał na nią ostro.
— Jaką kartę?
Margaret wyjęła z torebki małą plastikową kartę bankową. Zrobiła to powoli, jak ktoś, kto wie, że każdy ruch jest już dowodem.
— Jeffrey chciał, żeby Anna dostała konto dopiero po jego śmierci. Uważałam, że to niesprawiedliwe.
— Przelałaś pieniądze na swoje nazwisko — powiedział Peter.
— Tylko na kilka dni.
— Żeby zatrzymać jego leczenie?
Margaret zamknęła oczy.
— Żeby zmusić go do pozostania tutaj. Chciałam mieć czas.
— Na co?
Jej głos załamał się przy ostatnim słowie.
— Na przeprosiny.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Nawet zegar nad recepcją wydawał się odległy.
Jeffrey wyciągnął rękę.
— Podejdź.
Margaret uklękła przy łóżku. Jej broszka zahaczyła o koc.
— Nie potrafię tego naprawić — powiedziała.
— Nie.
— Wiem, co zrobiłam.
— Nie wiesz wszystkiego. Zabrałaś Annie czterdzieści jeden lat. Mnie też. Peterowi odebrałaś ojca, którego mógł znać bez kłamstw.
— Przepraszam.
To słowo nie rozproszyło bólu. Nie mogło. Ale Margaret nie wypowiedziała go jak prośby o ulgę. Powiedziała je, patrząc na syna.
— Powiedz mu prawdę — odparł Jeffrey.
Margaret zdjęła z szyi cienki łańcuszek. Na końcu wisiał mały klucz.
— W moim domu jest szafa w piwnicy. Za rzędem słoików z farbą znajduje się metalowa kaseta. Są w niej wszystkie listy, które Jeffrey pisał do Anny. Nie wyrzuciłam żadnego.
Peter patrzył na nią, jakby właśnie zobaczył matkę po raz pierwszy.
— Przez czterdzieści lat trzymałaś je w piwnicy?
— Czytałam je, kiedy chciałam przypomnieć sobie, że on nie odejdzie.
— Odszedł — powiedział Peter. — Tylko nie z domu.
Margaret zakryła twarz dłonią.
Podpisała zgodę na natychmiastowe przywrócenie środków klinice. Bank zablokował przelew, bo Peter zgłosił już niezgodność podpisu. Nie było sceny pełnej krzyków ani triumfu. Była sterta formularzy, zimna kawa i ręka Margaret drżąca nad papierem.
Po godzinie przyjęcie Jeffreya zostało przywrócone. Lekarz powiedział, że transport odbędzie się rano, ale jego stan może nie pozwolić na czekanie.
— Nie chcę jechać do żadnej kliniki — powiedział Jeffrey.
— Musisz — odparł Peter.
— Nie. Chcę zostać tutaj.
Spojrzał na mnie.
— W tym pokoju zobaczyłem Annę. Wystarczy mi.
— Nie wystarczy — odpowiedziałam.
Uniósł brwi.
— Nadal wydajesz mi rozkazy?
— Tylko kiedy masz głupi pomysł.
Uśmiechnął się słabo.
— W takim razie zostań do rana.
— Zostanę.
Peter usiadł przy jego łóżku. Margaret stanęła przy ścianie, trzymając łańcuszek z kluczem. Przez lata była kobietą, która pilnowała zamkniętej szafy. Teraz położyła klucz na stoliku, obok plastikowego kubka.
O siedemnastej przyjechała Ruth z metalową kasetą. Musiała ją wyjąć z piwnicy Margaret, zanim ta zdążyła zmienić zdanie. W środku znajdowało się trzydzieści siedem listów, cztery niewysłane bilety kolejowe i koperta z moim dawnym adresem.
Na jednym z biletów widniała data 18 sierpnia 1986 roku. Dzień po tym, jak dostałam fałszywy list.
— Miałeś przyjechać — powiedziałam.
— Miałem.
— Dlaczego nie przyjechałeś bez względu na wszystko?
Jeffrey długo milczał. Tym razem nie dlatego, że nie znalazł słów. Po prostu każde z nich miało swoją cenę.
— Bo byłem młody i uwierzyłem, że miłość polega na tym, żeby nikogo nie skrzywdzić. Nie rozumiałem, że czasem brak decyzji rani wszystkich.
— A ja pomyślałam, że nic dla ciebie nie znaczyłam.
— Znaczyłaś za dużo. To było moje tchórzostwo, nie twoja wina.
Oparłam dłoń na jego dłoni. Skóra była cienka i chłodna.
— Nie mogę oddać ci tych czterdziestu jeden lat.
— Nie proszę o to.
— Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć.
— Nie proś siebie o wybaczenie dzisiaj.
Peter siedział z drugiej strony łóżka. Wyjął z kieszeni mały miedziany żeton telefoniczny.
Zobaczyłam go i aż zabrakło mi tchu.
— Miałem drugi — powiedział Jeffrey. — Przechowywałem go przy zegarku. Peter znalazł go w szufladzie.
Na jego powierzchni widniały litery J i A, wyryte nieporadnie końcówką klucza.
— Myślałam, że mój był jedyny.
— Chciałem, żebyś miała połowę obietnicy. Drugą zachowałem dla siebie.
Podał mi swój żeton. Położyłam go obok mojego. Dwa kawałki miedzi nie pasowały do siebie idealnie, ale razem tworzyły cały napis.
Margaret podeszła do łóżka.
— Peter — powiedziała — jutro pojadę z tobą do banku i oddam wszystko, czego nie zablokowano. Potem pokażę ci każdy dokument.
— Nie wiem, czy chcę to oglądać.
— Masz prawo nie chcieć. Ale nie będę już wybierać za ciebie.
Peter spojrzał na nią długo.
— Zaczniesz od listu, który napisałaś za niego.
Margaret skinęła głową.
— Tak.
Jeffrey zasnął około drugiej w nocy. Jego oddech stał się płytki. Peter wyszedł po herbatę, Margaret siedziała na korytarzu. Zostałam sama przy łóżku.
Telefon przy ścianie zadzwonił.
Ten sam dźwięk, który usłyszałam w dniu sześćdziesiątych urodzin.
Podniosłam słuchawkę.
— Halo?
Po drugiej stronie odezwał się Peter z automatu na końcu korytarza.
— Mamo nie wie, czy powinna wrócić do pokoju.
Spojrzałam na Jeffreya. Jego palce poruszyły się na kocu.
— Powiedz jej, żeby weszła.
— Jesteś pewna?
— Nie. Ale Jeffrey chciał, żeby prawda była w jednym miejscu.
Odłożyłam słuchawkę i dotknęłam miedzianego żetonu. Kiedy Margaret weszła, położyłam go na dłoni Jeffreya, a jego drugi żeton wsunęłam między nasze palce.
Otworzył oczy.
— Zdążyłaś — wyszeptał.
— Tym razem tak.
Margaret usiadła po drugiej stronie łóżka. Peter stanął za nią, trzymając kasetę z listami. Nikt nie próbował udawać, że czterdziestu jeden lat nie było. Nie dało się ich wymazać podpisem, przelewem ani przeprosinami.
Ale Jeffrey oddychał spokojniej.
Nad ranem poprosił, żebym przeczytała mu pierwszy list, którego nigdy nie dostałam. Złamałam kopertę, rozprostowałam papier i zaczęłam czytać na głos.
A kiedy doszłam do zdania o naszej obietnicy pod starą trybuną, Jeffrey zacisnął palce na dwóch miedzianych żetonach i powiedział:
— Tym razem nie odkładaj słuchawki.
Przegapiłeś początek?













