CZĘŚĆ 4
Trzask dochodził z sali archiwalnej.
Pobiegłam tam pierwsza.
Szyba w oknie była rozbita, śnieg wirował nad podłogą, a kartonowe pudło leżało przewrócone. Karty rozsypały się pod kaloryferem jak suche liście.
Sokołow stał przy metalowej szafie.
W jednej ręce trzymał broszkę Tatiany, w drugiej małą butelkę z bezbarwnym płynem.
— Jeszcze krok i wszystko spłonie — powiedział.
Za mną zatrzymał się Andropow.
— Odłóż to.
— Pan mi rozkazuje?
— Tak.
— Przez dziewiętnaście lat wykonywałem pańskie rozkazy. Wysyłałem ludzi, usuwałem nazwiska, pilnowałem, żeby ta kobieta nie wydostała się z kliniki. A teraz chce pan udawać, że nic o tym nie wiedział?
Andropow spojrzał na rozrzucone karty.
— Nie kazałem ci jej krzywdzić.
— Kazał pan sprawić, żeby nikt jej nie uwierzył. To wystarczyło.
Wtedy do sali weszła Tatiana. Miała na sobie narzucony szlafrok, a bose stopy zostawiały na śniegu mokre ślady. Rogow próbował ją zatrzymać, ale odsunęła jego rękę.
— Oddaj mi mak — powiedziała.
Sokołow roześmiał się nerwowo.
— To przez tę głupią broszkę wszystko się zaczęło?
— Nie. Przez to, że pamiętałam.
— Pamięć nie jest dowodem.
— Dlatego zrobiłam z niej dowód.
Tatiana wskazała broszkę. Na odwrocie, pod zapięciem, znajdowały się maleńkie nacięcia. Każde oznaczało jedno dziecko. Przy siedemnastym nacięciu widniała litera M.
— Miklós — powiedziała. — Zostawiłam ją sobie, kiedy schodziłam do piwnicy. Chciałam pamiętać, ilu ich było, gdyby nikt nie przeżył.
Telefon na korytarzu nadal był podniesiony. Farkas słyszał wszystko.
— Tatiano — odezwał się w słuchawce — pamiętam pani czerwony mak. Miała go pani przypiętego do płaszcza.
Jej twarz zmieniła się nagle. Przez chwilę nie była kobietą z oddziału zamkniętego, lecz młodą żoną stojącą w ostrzeliwanej ambasadzie.
— Myślałam, że umarłeś.
— Ja myślałem, że panią zabili.
Sokołow cofnął się do szafy.
— Nikt stąd nie wyjdzie z tymi papierami.
Andropow zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał. Podszedł do metalowej misy stojącej przy ścianie i wrzucił do niej swoją kartę służbową.
— Anno, zabierz dokumenty.
— Co pan robi?
— Kończę to, co zacząłem.
Sokołow podniósł butelkę.
— Jeśli je zabierze, straci pan wszystko.
— Już straciłem.
Rogow spojrzał na niego z przerażeniem.
— Towarzyszu przewodniczący, nie może pan składać takich oświadczeń bez zgody władz.
— Nie mówię do władz. Mówię do żony.
Andropow odwrócił się do Tatiany.
— Widziałem raport. Wiedziałem, że dzieci było więcej. Podpisałem zmianę, bo powiedziano mi, że inaczej ambasada stanie się dowodem przeciwko wszystkim. Potem powiedziałem sobie, że robię to dla państwa. A później zacząłem ukrywać prawdę, żeby nie przyznać, że chroniłem własną karierę.
Tatiana długo milczała.
— A kiedy przestałeś mnie odwiedzać?
— Kiedy lekarze powiedzieli, że pytasz o nazwiska.
— To nie była odpowiedź.
Andropow spuścił wzrok.
— Bałem się, że spojrzysz na mnie i zobaczysz człowieka, którym byłem.
— Widziałam go od dawna.
Sokołow nagle odkręcił butelkę.
Rzuciłam się na jego rękę. Płyn wylał się na podłogę, a zapach rozpuszczalnika uderzył w gardło. Broszka wypadła mu z palców. Andropow chwycił ją, lecz Sokołow uderzył go metalową szafką.
Upadł na kolana.
Tatiana podniosła mak i przycisnęła go do piersi.
— Anno, zabierz kartę z podpisem.
— A pani?
— Ja zostanę.
— Nie sama.
Z korytarza dobiegły ciężkie kroki. Tym razem nie byli to ludzie Sokołowa, lecz dyrektor szpitala i dwóch ochroniarzy. Za nimi szedł Farkas — starszy, siwy mężczyzna w przemoczonym płaszczu. Trzymał skórzaną teczkę przyciśniętą do brzucha.
Spojrzał na Tatianę i zatrzymał się.
— To pani — powiedział.
— A ty jesteś Miklós.
Przytaknął. Nie płakał. Po prostu wyjął z teczki połowę kartki i położył ją obok dokumentu Biełowa.
Nazwiska pasowały do siebie.
Siedemnaścioro dzieci.
Przy trzech nazwiskach widniała adnotacja o śmierci. Przy czternastu — pusta rubryka. Farkas opowiedział, że pozostałe dzieci rozdzielono po domach węgierskich rodzin, a jego wysłano do krewnych w Austrii. Przez lata szukał kobiety z czerwonym makiem.
— Dlaczego pan przyjechał dopiero teraz? — spytałam.
— Bo dopiero teraz odważyłem się powiedzieć, że rozpoznałem twarz człowieka wydającego rozkaz. Był na schodach ambasady.
Andropow siedział pod ścianą. Krew spływała mu z rozciętej skroni.
— To byłem ja — powiedział.
W pomieszczeniu nikt się nie poruszył.
— Nie wydałem rozkazu strzelania — dodał. — Ale wydałem rozkaz zamknięcia bramy. Wiedziałem, że za nią są dzieci. Chciałem powstrzymać tłum. Potem usłyszałem strzały i pozwoliłem, żeby raport kłamał.
Farkas podszedł do niego.
— Miałem dziewięć lat. Pamiętam pańskie okulary.
Andropow nie próbował się zasłonić.
— Wiem.
— Dlaczego pan mnie nie uratował?
— Bo bałem się, że jeśli otworzę bramę, zginą wszyscy.
— A kiedy ją zamknął?
Andropow spojrzał na Tatianę.
— Wtedy zginęła część mnie.
Tatiana nie wyciągnęła ręki. Nie pocieszyła go. Podeszła tylko do stołu i położyła broszkę obok siedemnastu nazwisk.
— Chcę, żeby zapisano moje zeznanie — powiedziała.
Dyrektor przełknął ślinę.
— To może mieć poważne konsekwencje.
— Właśnie dlatego je składam.
Andropow podniósł się z trudem.
— Zapiszcie też moje.
— Juriju — ostrzegła.
— Nie proszę cię o przebaczenie. Proszę, żebyś nie musiała już sama pamiętać.
To był jedyny gest, na który mogła się zgodzić.
Przez następne dni zebrano karty, podpisy i zeznania Farkasa. Sokołow został odsunięty od pracy, a sprawa zniknęła z gazet, lecz nie z archiwum. Rogow otrzymał zakaz prowadzenia leczenia Tatiany. Odstawiono część leków, które zamieniały jej wspomnienia w bełkot. Nie wyzdrowiała nagle. Nie odzyskała utraconych lat. Czasami budziła się w nocy i wołała dzieci po imieniu.
Ale odtąd ktoś odpowiadał.
Andropow przychodził do niej co drugi dzień, choć lekarze odradzali mu wizyty. Siadał na krześle, nie dotykał jej i czytał na głos kolejne nazwiska. Nie mówił o zasługach, stanowiskach ani państwie.
Pewnego marcowego poranka Farkas przyniósł Tatianie kopię dokumentu z Budapesztu. Na pierwszej stronie, przy nazwisku Miklós, znajdowała się mała czerwona kreska.
— To pani znak? — zapytał.
— Nie — odpowiedziała Tatiana. — To znak, że wróciłeś.
Farkas wyjął z kieszeni ołowianą figurkę żołnierza, starą i obtłuczoną.
— Trzymałem ją przez całe życie. Dostałem ją od chłopca z piwnicy. Chcę, żeby teraz miała pani coś, co nie przypomina o śmierci.
Tatiana wzięła figurkę i położyła ją obok makowej broszki.
Andropow stał przy ścianie. Nie zbliżył się.
— Możesz wyjść — powiedziała Tatiana.
— Wiem.
— Ale wróć jutro z czystymi kartkami.
— Wrócę.
Patrzyłam, jak siada przy stole i zaczyna przepisywać nazwiska. Jego pismo było równe, urzędowe, przyzwyczajone do rozkazów. Tym razem każda litera kosztowała go więcej niż podpis pod dawnym raportem.
Tatiana dotknęła czerwonego maku.
— Anno, nie pozwól im już zmienić liczby.
— Nie pozwolę.
Farkas nachylił się nad kartką.
— Siedemnaście — powiedział.
A Andropow, z ołówkiem drżącym między palcami, dopisał pod nazwiskami jedno zdanie:
— Wszystkie miały twarz.
Przegapiłeś początek?













