CZĘŚĆ 4 — Odmówiłam ślubu przy trzystu świecach, a ojciec wyrzucił mnie w deszcz — wtedy nieznajomy książę nagle zbladł

CZĘŚĆ 4

Chyba że ktoś znalazł sposób, by go stamtąd zabrać.

Adrian nie zapytał o nic. Wybiegł z klasztoru, a ja za nim. Matka ruszyła naszym śladem, trzymając pod peleryną dokumenty. Konie czekały osiodłane, para unosiła się nad ich nozdrzami.

— Jeśli Marlo ma Tomasza, może zmusić go do kłamstwa — powiedziałam.

— Nie tylko do kłamstwa.

Adrian wskoczył na siodło.

— Może sprawić, że chłopiec nie zdąży powiedzieć niczego.

Droga do Veyr była rozmokła, lecz książę nie zwalniał. Kamienie pryskały spod kopyt, a gałęzie smagały mnie po twarzy. Trzymałam się grzywy konia i myślałam o Tomaszu: o jego pękniętym paznokciu, rozciętej wardze i spojrzeniu, w którym strach mieszał się z uporem.

Nie zamierzałam pozwolić, by zapłacił za moje „nie”.

Kiedy dotarliśmy do zamku, główna brama była otwarta. Na dziedzińcu leżała przewrócona latarnia, a przy studni stał Eliasz z zakrwawionym rękawem.

— Gdzie Tomasz? — krzyknął Adrian.

— W starej oranżerii. Zabrało go dwóch ludzi. Nie zdążyłem ich zatrzymać.

Adrian zsiadł z konia.

— Ilu?

— Trzech. Jeden czekał przy powozie.

— A ty?

— Jestem stary, nie martwy.

Eliasz wskazał ślady w błocie. Prowadziły za mur, ku oranżerii, której szyby od lat były popękane i matowe od wilgoci.

Adrian wyciągnął miecz.

— Zostańcie tutaj.

— Nie — powiedziałam.

— Pani Ara.

— Tomasz ryzykował życie, żeby powiedzieć prawdę o mojej rodzinie. Nie będę czekała bezczynnie za murem.

Przez sekundę patrzył na mnie z gniewem. Potem podał mi ciężki mosiężny świecznik.

— Proszę trzymać go oburącz.

Weszliśmy do oranżerii. W środku pachniało mokrą ziemią i rozbitymi liśćmi. Tomasz siedział przywiązany do żelaznego stołu. Nad nim stał człowiek w liberii Ashfordów.

— Jeszcze krok, a chłopak straci palec — ostrzegł.

Jego nóż dotykał dłoni Tomasza.

— Puść go — powiedział Adrian.

— Lord Marlo zapłaci więcej niż pańska litość.

— To nie litość.

Książę zrobił krok.

— To rachunek.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.

— Nie jest pan w stanie udowodnić, że go tu przywiozłem. Nie ma świadków.

— Jest jeden — odpowiedziałam.

Wskazałam na Eliasza, który stał za drzwiami z metalowym prętem w dłoni.

— I drugi — dodał Adrian.

Moja matka weszła do środka.

Porywacz drgnął.

— Pani hrabino?

— Pamiętam cię, Bartholomeuszu — powiedziała. — To ty pilnowałeś kancelarii w noc, kiedy mój mąż podpisał umowę. To ty zabrałeś Tomasza z pałacu.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mąż przyprowadził kochankę do mojej rezydencji, lecz gdy zobaczył mnie przy bramie, jego twarz nagle straciła kolor

Mężczyzna odsunął nóż od dłoni chłopca.

— Pani niczego nie pamięta.

— Pamiętam także, że mój mąż obiecał ci dwieście koron za jego milczenie.

Bartholomeusz spojrzał na nią, potem na Adriana. W tej chwili Tomasz kopnął nogę stołu. Żelazo zgrzytnęło po kamiennej posadzce. Adrian rzucił się naprzód, a ja uderzyłam świecznikiem w nadgarstek porywacza.

Nóż spadł.

Bartholomeusz runął na kolana. Eliasz przeciął więzy Tomasza, a chłopiec natychmiast schował się za moimi plecami.

— Czy on cię skrzywdził? — zapytałam.

— Nie zdążył.

— Dobrze.

— Pani Ara, rada…

— Pojedziemy tam razem.

Adrian spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

— To niebezpieczne.

— Całe moje życie właśnie okazało się niebezpieczne. Przynajmniej tym razem będę wiedziała, po co tam idę.

Wyruszyliśmy do stolicy przed południem. Tomasz jechał z Eliaszem, a moja matka ze mną. Adrian prowadził powóz osobiście. Nie odezwał się przez pierwszą godzinę.

— Chciał pan kiedyś poślubić mnie z powodu tej umowy? — zapytałam.

— Nie.

— Nawet gdyby to uratowało pańskie interesy?

— Nie potrzebuję żony do odzyskania pieniędzy.

— Więc czego pan potrzebuje?

Długo patrzył na drogę.

— Kogoś, kto nie będzie się mnie bał tylko dlatego, że inni tak mówią.

— To nie jest odpowiedź.

— Wiem.

W radzie królewskiej czekał tłum. Hrabia Ashford stał obok Marla w ciemnym kaftanie. Kiedy mnie zobaczył, jego twarz drgnęła, ale nie podszedł.

Marlo uśmiechnął się szeroko.

— Wasza Książęca Mość, przyprowadził pan zbiegłą złodziejkę.

— Przyprowadziłem świadka — odpowiedział Adrian.

— Świadkowie mogą kłamać.

— Dokumenty trudniej zastraszyć.

Na stole położono umowę, listę płatności i zapis długów. Matka podpisała zeznanie, potwierdzając, że widziała podpis hrabiego. Tomasz opowiedział o rozmowie w kancelarii, a Eliasz opisał porwanie.

Marlo próbował przerwać.

— Ten chłopak został kupiony przez księcia!

— Więc dlaczego pański człowiek nosił przy sobie listę zapłaty? — zapytałam.

Wyjęłam z kieszeni kartkę znalezioną przy Bartholomeuszu. Na odwrocie widniała pieczęć Marla.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

Hrabia Ashford opuścił głowę.

— Thomas — powiedział cicho. — Nie musiałeś tego robić.

— Musiałem — odparł mój ojciec, zanim ktokolwiek inny zdążył odpowiedzieć. — Ona zniszczyła wszystko.

Spojrzałam na niego.

— Nie, ojcze. Ja tylko odmówiłam wejścia do ognia, który sam podpaliłeś.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Zapłaciłam za ślub syna, a on kazał mi pilnować dwudziestu sześciu dzieci — po mojej odpowiedzi zbladł

Rada unieważniła umowę, a majątek Ashfordów przeszedł pod zarząd skarbu do czasu spłaty długów. Marlo stracił prawo do kopalni i tytuł, którym tak chętnie zasłaniał własne okrucieństwo. Nie trafił do więzienia tego dnia. Rada uznała, że świadectwa i dokumenty wystarczą, by odebrać mu wpływy, ale zapowiedziano dalsze przesłuchania w sprawie przemocy wobec służby.

Dla niego najgorsze było jednak coś innego.

Ludzie, którzy dawniej kłaniali mu się w salach balowych, odsunęli się, gdy wyszedł z posiedzenia. Nie miał już ani pieniędzy, ani narzeczonej, ani nazwiska, za którym można było się schować.

Mój ojciec próbował podejść do mnie przy schodach.

— Ara, jesteś moją córką.

— Byłam nią także wtedy, gdy wyrzucałeś mnie w deszcz.

— Popełniłem błąd.

— Nie jeden.

Matka stanęła obok nas.

— Jedź z nami — powiedział ojciec. — Możemy zacząć od początku.

Spojrzałam na jej broszę w kształcie kasztanowego liścia. Zdjęła ją z płaszcza i wyciągnęła ku mnie.

— To należało do ciebie — powiedziała.

Nie wzięłam jej.

— Zatrzymaj ją. Nie jako dowód miłości. Jako przypomnienie, że milczenie też ma swoją cenę.

Matka zamknęła dłoń na broszy.

Adrian czekał kilka kroków dalej. Nie ponaglał mnie. Nie wyciągał ręki.

Tomasz podbiegł z małym pakunkiem.

— Pani Ara, znalazłem to w kieszeni Bartholomeusza.

Była to moja srebrna spinka do włosów, ta z ułamanym zębem. Musiał ją wyjąć z torby podczas porwania. Wzięłam ją i przypięłam do kołnierza.

— Myślisz, że dobrze wygląda? — spytałam.

Tomasz uśmiechnął się nieśmiało.

— Wygląda jak rzecz, której nie da się już pani odebrać.

Adrian odwrócił się do niego.

— Od dziś będziesz uczył się w Veyr.

Chłopiec zamarł.

— A moja matka?

— Zamieszka z tobą przy wschodnim skrzydle. Eliasz już wysłał po nią ludzi.

Tomasz rzucił mu się na szyję. Adrian zesztywniał, lecz po chwili położył dłoń na jego ramieniu.

Patrzyłam na nich i rozumiałam, że książę nie był człowiekiem bez serca. Był człowiekiem, który zbyt długo pozwalał, by inni bali się jego serca.

W drodze powrotnej do Veyr zatrzymaliśmy się przy miejskim placu. Stał tam chłopiec z pałacu Ashfordów, ten sam, którego Marlo uderzył za rozlane wino. Trzymał w dłoni pusty kielich.

— Pani Ara — powiedział. — Czy to prawda, że powiedziała pani „nie”?

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Na pogrzebie własnego syna usłyszałam jego głos w telefonie, a kiedy spojrzałam na wdowę, jej uśmiech nagle zniknął

— Tak.

— Nawet kiedy wszyscy patrzyli?

— Właśnie wtedy.

Chłopiec spojrzał na księcia.

— A on naprawdę zabiera ludzi, którzy nie mają dokąd pójść?

Adrian popatrzył na mnie.

— Nie zabieram — powiedział. — Otwieram miejsce przy stole.

Tomasz uniósł pusty kielich.

— To dobrze. Bo ja nie chcę już służyć przy stole, przy którym rozbija się ludzi.

Książę wyjął mu kielich z dłoni i postawił go na kamiennej fontannie.

— W Veyr stoły służą do jedzenia — oznajmił. — Nie do klękania.

Wieczorem, kiedy wróciliśmy do zamku, Eliasz czekał przy wejściu z plikiem nowych rachunków i długą listą nazwisk służby, którą należało sprowadzić z pałacu Ashfordów. Praca dopiero się zaczynała.

Usiadłam przy stole i wzięłam pierwszy dokument.

Adrian postawił przede mną pióro.

— Nie musi pani tego robić.

— Wiem.

— Dlaczego więc pani zostaje?

Spojrzałam na listę. Przy każdym nazwisku dopisałam jedno słowo: „chronić”.

— Bo ktoś musi sprawdzić, czy za tymi drzwiami nie ukrywa się kolejny Tomasz.

Adrian milczał, a potem przesunął ku mnie mapę swoich ziem.

— W takim razie proszę zaznaczyć, gdzie zaczniemy.

Zanurzyłam pióro w atramencie. Na mapie, między kopalnią a pałacem Ashfordów, narysowałam pierwszą linię.

Tym razem nie prowadziła do ołtarza.

Prowadziła do miejsca, w którym pusty kielich został na kamiennej fontannie, a dwunastoletni chłopiec po raz pierwszy usłyszał słowa księcia:

— W Veyr stoły służą do jedzenia.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Odmówiłam ślubu przy trzystu świecach, a ojciec wyrzucił mnie w deszcz — wtedy nieznajomy książę nagle zbladł
Na urodzinowej kolacji moja matka podała córce tylko zimny chleb, a gdy zaprotestowałam, jej uśmiech nagle zniknął