CZĘŚĆ 4 — Żona właściciela wyśmiała moją starą torbę przed sześćdziesięcioma gośćmi, lecz gdy zobaczyła męża idącego w moją stronę, pobladła

CZĘŚĆ 4

Arkadiusz przycisnął telefon do ucha.

— Kto wynosi pudła?

Słuchał przez chwilę. Jego twarz stawała się coraz bardziej napięta.

— Proszę nikogo nie zatrzymywać siłą. Zamknąć bramę i wezwać ochronę. Jadę.

Rozłączył się.

Violetta zrobiła krok w jego stronę.

— Arkadiusz, posłuchaj mnie.

— Nie teraz.

— To nie wygląda tak, jak myślisz.

— Właśnie wygląda dokładnie tak, jak wynika z dokumentów.

— Chciałam tylko zabezpieczyć przyszłość.

— Cudzymi pieniędzmi i cudzymi projektami?

Nikt przy stole się nie poruszył. Świece drżały od przeciągu, a ich płomienie odbijały się w srebrnym nożyku do kopert, który Violetta wciąż trzymała w dłoni.

Klara podeszła do mnie.

— Pani Marto, musimy jechać do magazynu.

— Dlaczego ja?

— Bo na pudłach są numery pani wzorów. Jeśli ktoś je wywiezie, nie będziemy wiedzieć, co dokładnie skopiowano.

Spojrzałam na Arkadiusza.

— Czy to część umowy?

— Nie — odpowiedział. — To część odpowiedzialności, którą powinienem był wziąć na siebie dawno temu.

Violetta zaśmiała się krótko, nerwowo.

— Nie udawaj teraz bohatera. Wiedziałeś, że coś jest nie tak.

Arkadiusz pobladł.

— Co masz na myśli?

— Wiedziałeś, że dostawy są tańsze. Wiedziałeś, że Marta nie chce podpisać umowy. Uznałeś, że jakoś ją przekonasz, kiedy wszystko będzie już gotowe.

Spojrzałam na niego.

— To prawda?

Przez moment nie odpowiadał.

— Wiedziałem o różnicy w cenach — powiedział w końcu. — Nie wiedziałem, że za nią stoją podrobione dokumenty i pani brat.

— Ale nie pytałeś — powiedziałam.

— Bałem się, że jeśli zacznę drążyć, stracę całą sieć.

— Więc pozwoliłeś, żeby tracili klienci.

Te słowa uderzyły go mocniej niż krzyk. Opuścił wzrok na torbę leżącą obok mnie.

— To dlatego tak bardzo chciałem tej umowy — powiedział. — Nie tylko dla marki. Chciałem, żeby ktoś wreszcie pilnował jakości, zanim wszystko się rozpadnie.

— A ja nie jestem plastrem na cudze zaniedbania.

— Wiem.

Wyszliśmy z restauracji pół godziny później. Na nabrzeżu padała drobna mżawka. Samochód Arkadiusza ruszył pierwszy, a ja pojechałam z Klarą. Przez całą drogę trzymałam torbę na kolanach. Mosiężny naparstek przesuwał się w środku przy każdym zakręcie, wydając cichy, metaliczny stuk.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mąż wyrzucił mnie w nocnej ulewie, a trzy dni później przy bankowym okienku jego uśmiech nagle zniknął

Magazyn znajdował się za portem, między halą z częściami samochodowymi a chłodnią. Gdy weszliśmy do środka, zobaczyłam rząd kartonów ustawionych pod ścianą. Na każdym zapisano ołówkiem numery moich projektów.

Przy bramie stał młody mężczyzna z kluczami w dłoni. Rozpoznałam go.

— Olek?

Był kiedyś krojczym w mojej pracowni. Zwolniłam go dwa lata wcześniej, kiedy wyniósł skórę bez pozwolenia.

— Nie chciałem tego robić — powiedział.

— To dlaczego tu jesteś?

— Bo Violetta obiecała mi własny warsztat. Miałem tylko zabrać dokumenty i spalić próbki.

Arkadiusz ruszył ku niemu, ale zatrzymałam go gestem.

— Gdzie są pozostałe papiery?

Olek wskazał metalową szafkę.

— Tam. Ale nie wszystko jest winą Violetty.

— Czyją jeszcze?

— Jej brata. To on wymyślił całą podmianę. Violetta podpisała pierwsze zlecenia, ale potem chciała się wycofać. Powiedziała, że jeśli go wyda, opublikuje zdjęcia z waszej pracowni i zniszczy pani reputację.

Arkadiusz spojrzał na żonę.

— To prawda?

Violetta zacisnęła usta.

— Nie chciałam, żebyś wiedział, że straciłam kontrolę.

— Straciłaś nie tylko kontrolę.

— Wiem.

To było jedyne słowo, którego nie próbowała ozdobić wymówką.

W szafce znaleźliśmy umowy, rachunki i ręcznie prowadzone zestawienie. Przy każdym przelewie widniała data, kwota oraz inicjały Violetty. Na samym dole leżał list do jej brata.

Nie był długi.

„Po tej premierze kończymy. Oddaj wzory Marcie. Nie chcę więcej produktów z tej skóry”.

Podpis Violetty był prawdziwy.

Arkadiusz przeczytał list dwa razy.

— Napisałaś to trzy tygodnie temu.

— Tak.

— I mimo to pozwoliłaś, żeby transport wyjechał.

— Nie umiałam się z tego wyplątać.

— Umiałaś. Tylko bałaś się przyznać, że zaczęło się od ciebie.

Violetta usiadła na skrzyni. Cekin na jej rękawie zahaczył o wystający gwóźdź i oderwał się z cichym trzaskiem.

— Chciałam, żebyś przestał patrzeć na mnie jak na ozdobę przy swoim nazwisku — powiedziała. — Całe życie byłam „żoną Arkadiusza Wysockiego”. Kiedy znalazłam ludzi, którzy obiecali mi własną firmę, uwierzyłam, że wreszcie będę kimś.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Po nieudanej egzekucji Christy Pike prezydent odpowiedział na pytanie reportera, a stojący obok doradca nagle pobladł

— Mogłaś stworzyć coś uczciwie — odpowiedziałam.

— Nie umiałam.

— A potem próbowałaś upokorzyć mnie za torbę, którą sama chciałaś kopiować.

Violetta spojrzała na moją brązową torbę.

— Nie wiedziałam, że to pani pierwsza praca.

— To niczego nie zmienia.

— Wiem.

Następnego ranka Arkadiusz zebrał zarząd „Delty”. Nie odbyło się to w sądzie ani przed kamerami. W małej sali nad magazynem położono na stole wszystkie dokumenty, a Elżbieta odczytała zestawienie przelewów. Olek podpisał oświadczenie, że brał udział w wywożeniu wzorów. Brat Violetty został odsunięty od dostaw, a wszystkie produkty z podejrzanej partii wycofano ze sklepów.

Arkadiusz odebrał Violettcie pełnomocnictwa do zakupów i finansów. Nie wyrzucił jej z domu. Nie dlatego, że jej wybaczył, lecz dlatego, że między nimi istniało jeszcze wiele spraw, których nie dało się rozwiązać jednym rozkazem.

— Chcę odpracować to, co zrobiłam — powiedziała Violetta, gdy zostaliśmy sami przy stole.

— Nie w mojej firmie — odpowiedziałam.

— Wiem.

— W magazynie są setki wadliwych toreb. Możesz pomóc przy reklamacjach. Każdy klient ma dostać zwrot albo prawdziwy produkt. Bez podpisywania za mnie. Bez używania mojego nazwiska.

— Zgodzisz się, żebym pracowała przy tym osobiście?

— Jeśli wytrzymasz, kiedy ludzie będą krzyczeć.

Violetta spojrzała na swoje dłonie. Paznokcie miała perfekcyjne, ale pod jednym z nich tkwił czarny ślad po kartonach.

— Wytrzymam.

Arkadiusz położył przede mną nową umowę. Tym razem zawierała osobny zapis o prawach do wzorów, jawnych dostawcach i kontroli jakości prowadzonej przez niezależny zespół. Dołączenie do sieci nie oznaczało, że moja pracownia stanie się jej własnością.

— Nie podpiszę tego dzisiaj — powiedziałam.

— Rozumiem.

— Najpierw chcę porozmawiać z pracownikami. To oni będą wykonywać zamówienia.

— Oczywiście.

— I chcę, żeby na każdej torbie znalazło się prawdziwe nazwisko osoby, która ją uszyła.

Arkadiusz skinął głową.

— Tak będzie.

Po południu wróciłam do pracowni. Na stole krojczym czekał prototyp nowej torby, ten sam, który Violetta próbowała wyśmiać w restauracji. Wzięłam go do ręki i rozpięłam kieszeń.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Posadzili mnie z synem przy osobnym stole bez kolacji, a kiedy zamówiłam mu stek, uśmiech siostry nagle zniknął

Mosiężny naparstek wypadł na skórę.

Zadźwięczał krótko, czysto, jak sygnał rozpoczęcia pracy.

Wtedy do pracowni weszła Violetta. Nie miała już cekinowej sukni. Założyła prosty fartuch i trzymała w dłoniach pierwszą reklamację klientki.

— Pani Marto — powiedziała. — Ta kobieta chce wiedzieć, kto uszył torbę, która rozpadła się po tygodniu.

Wzięłam dokument.

Na dole widniał numer partii, który prowadził prosto do naszego starego magazynu.

— Powiedz jej prawdę — odparłam.

Violetta spojrzała na mnie, potem na kartkę.

— Że to nie była pani praca?

— Że ktoś podpisał się za mnie. I że teraz oddamy jej pieniądze.

Violetta podeszła do stołu, gdzie leżał mosiężny naparstek. Dotknęła go ostrożnie, jakby bała się, że nawet on odmówi jej prawa do bliskości.

— Mogę zacząć od tej reklamacji?

— Możesz.

Usiadła przy telefonie i wybrała numer klientki. Ja wróciłam do krojenia skóry.

Po chwili usłyszałam jej głos:

— Dzień dobry. Nazywam się Violetta Wysocka. Dzwonię w sprawie torby, za którą odpowiadałam, choć nie powinnam była mieć z nią nic wspólnego…

Ostrze noża przecięło skórę dokładnie po wyznaczonej linii, a mosiężny naparstek zabrzęczał obok pierwszego prawdziwego projektu nowej marki.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Żona właściciela wyśmiała moją starą torbę przed sześćdziesięcioma gośćmi, lecz gdy zobaczyła męża idącego w moją stronę, pobladła
CZĘŚĆ 4 — Przyprowadziłam zagubioną dziewczynkę do rezydencji pełnej uzbrojonych ludzi, a gdy ojciec otworzył walizkę, jego uśmiech zniknął