CZĘŚĆ 4
…Richard nie czekał, aż drzwi samochodu się otworzą.
— Elena, zabierz dziewczynki do kuchni — powiedział. — Nie wychodźcie stamtąd, dopóki ci nie powiem.
— Richard, co się dzieje?
— Nie wiem. Ale tym razem nikt nie będzie podejmował decyzji za nas.
Wyszedł do holu. Na schodach leżały kawałki szkła z rozbitego kieliszka Victorii. Jeden odłamek odbijał światło tak ostro, że musiał zmrużyć oczy.
Przy drzwiach czekał jego dyrektor finansowy, Martin Hale, z czarną teczką pod pachą.
— Zarząd zwołał nadzwyczajne posiedzenie — powiedział. — Pani Pierce próbowała przenieść część udziałów do spółki zarejestrowanej na Cyprze.
— Bez mojego podpisu?
— Z podpisem uzyskanym podstępem. Mieliśmy wysłać dokumenty jutro rano, po ślubie.
Victoria pojawiła się za Richardem.
— Martin, odejdź. To sprawy rodzinne.
— Nie, pani Pierce. To sprawy karne i finansowe.
Jej twarz stężała.
— Richard, nie możesz pozwolić, żeby obcy ludzie niszczyli nasze życie.
— Sama je zniszczyłaś.
— Zrobiłam wszystko dla ciebie.
— Ukryłaś przede mną dzieci.
— Bo ta kobieta chciała cię uwiązać!
Elena wyszła z kuchni. Zara trzymała ją za spódnicę, a Zoe ściskała w dłoni nadgryzione jabłko.
— Nie mów o mnie tak przy nich — powiedziała Elena.
Victoria roześmiała się nerwowo.
— Przy nich? Przez sześć lat nie miałaś pieniędzy na jedzenie, a teraz udajesz świętą?
Richard poczuł, jak gniew próbuje przejąć nad nim kontrolę.
— Wystarczy.
— Nie, Richard! Ty nic nie rozumiesz. To ja byłam przy tobie, kiedy wszyscy chcieli twoich pieniędzy.
— A ty chciałaś czegoś innego?
Nie odpowiedziała.
Martin otworzył teczkę. W środku znajdowały się wydruki wiadomości, nagrania rozmów i potwierdzenia przelewów.
— Mamy również zapis rozmowy z dnia, kiedy Elena została zwolniona — powiedział.
Victoria natychmiast pobladła.
— To niemożliwe.
— System nagrywania w gabinecie był wtedy włączony — odparł Martin.
Richard poprosił, by odtworzono nagranie.
Z małego głośnika popłynął jego własny głos sprzed sześciu lat.
— Elena, nie mogę teraz zajmować się dzieckiem.
Potem zabrzmiał głos Victorii.
— Jeśli naprawdę jesteś w ciąży, odejdź stąd, zanim Richard się dowie. Dopilnuję, żebyś nie dostała ani grosza.
Na końcu rozległ się trzask drzwi.
Richard stał nieruchomo.
Słyszał własne słowa, lecz brzmiały jak wypowiedziane przez obcego człowieka. Przypomniał sobie tamten dzień. Pamiętał pośpiech, irytację, własne przekonanie, że wszystko kontroluje.
Nie pamiętał twarzy Eleny.
Teraz zobaczył ją wyraźnie.
— Ja naprawdę to powiedziałem? — zapytał.
— Tak — odpowiedziała Elena.
— Myślałem, że chronię firmę.
— Chroniłeś swój spokój.
To zabolało bardziej niż oskarżenie.
Prawnik Victorii zadzwonił kwadrans później. Odmówił dalszego reprezentowania jej, gdy dowiedział się o fałszywych dokumentach i przelewach z fundacji.
— Nie możesz mnie zostawić! — krzyczała Victoria do telefonu.
Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem połączenie się urwało.
Następnego dnia Richard odwołał ślub.
Nie było konferencji prasowej ani wielkich oświadczeń. Było tylko krótkie pismo do zarządu i jeszcze krótsza wiadomość do Victorii: „Nie wracaj do tego domu”.
Została zatrzymana kilka dni później w hotelu, kiedy próbowała opuścić kraj. Śledztwo wykazało, że przez lata przelewała pieniądze z fundacji na własne konta, a następnie kupowała nieruchomości zapisane na podstawione osoby.
Richard nie pojawił się na żadnej rozprawie poza tą, na której musiał zeznawać.
Nie cieszył się, gdy usłyszał wyrok.
Czuł tylko zmęczenie.
Najtrudniejsza była jednak nie rozprawa, lecz pusty pokój po Victorii.
Na toaletce została jedna fotografia z ich zaręczyn. Richard podniósł ją, a potem odłożył twarzą do dołu.
W szufladzie znalazł także swoją granatową jedwabną poszetkę z małą srebrną igłą w kształcie liścia. Nosił ją podczas pierwszej sesji zdjęciowej i później zawsze wkładał do kieszeni, kiedy chciał wyglądać jak człowiek, który nad wszystkim panuje.
Tego dnia poszetka leżała obok dziecięcej gumki do włosów, tej samej żółtej, która wrzynała się Zoe w nadgarstek.
Richard zabrał ją z trawnika i trzymał w dłoni przez długą chwilę.
Nie potrafił cofnąć sześciu lat.
Mógł jednak przestać udawać, że nic się nie stało.
Przeniósł Elenę i dziewczynki do domu gościnnego na tyłach posiadłości, zanim wynajął dla nich mieszkanie w spokojnej dzielnicy. Nie chciał, żeby czuły się jak lokatorki we własnym życiu.
— Nie musisz kupować nam pałacu — powiedziała Elena któregoś wieczoru.
— Wiem.
— Musisz nauczyć się być ojcem.
— Wiem.
— To może potrwać.
— Poczekam.
Pierwsze tygodnie były niezręczne.
Zoe nie ufała mu i za każdym razem pytała, czy następnego dnia też przyjdzie.
Zoey chowała jedzenie w kieszeniach.
Zara zasypiała tylko wtedy, gdy Elena siedziała obok łóżka.
Richard nie próbował ich zmuszać do czułości. Po prostu był.
Rano odprowadzał je do szkoły. Po południu pomagał w lekcjach. Wieczorem uczył się zaplatać warkoczyki, choć pierwsze kończyły się krzywo i rozpadały po pięciu minutach.
— Ten wygląda jak przestraszony pająk — stwierdziła Zoe.
— To mój najlepszy pająk.
Po raz pierwszy roześmiała się przy nim bez wahania.
Minęły trzy miesiące.
Richard sprzedał dom z idealnym trawnikiem, a część pieniędzy przekazał fundacji prowadzonej już przez Elenę. Nie chciała, aby nazywała się jego imieniem.
— Nie budujemy pomnika — powiedziała. — Budujemy miejsce, w którym dzieci nie będą musiały prosić o kromkę chleba.
W jej fundacji codziennie wydawano posiłki samotnym matkom. Richard pracował w swojej firmie, ale przestał pojawiać się na okładkach magazynów.
Wolał wracać do mieszkania, gdzie na stole leżały kredki, mokre ręczniki i kartka z trzema nierównymi postaciami trzymającymi się za ręce.
Na rysunku był także czwarty człowiek.
Miał ogromne zielone oczy i włosy stojące na wszystkie strony.
— To ty — wyjaśniła Zara.
— Dlaczego mam takie włosy?
— Bo nie umiesz zaplatać warkoczy.
Pewnego listopadowego popołudnia spadł pierwszy śnieg. Dziewczynki wybiegły na balkon w skarpetkach, a Elena krzyczała, żeby natychmiast wróciły po buty.
Richard stał w kuchni i przypinał do lodówki ich nowy rysunek. Wtedy dostał wiadomość od Victorii.
„Minęło wystarczająco dużo czasu. Wiem, że jesteś zły, ale możemy zacząć od nowa. Powiedz tylko, gdzie mogę się z tobą spotkać”.
Richard przeczytał ją dwa razy.
Przez chwilę poczuł dawny odruch: wyjaśnić, uspokoić, uratować.
Potem spojrzał na trzy dziewczynki lepiące śnieżną kulę i na Elenę, która śmiała się, próbując złapać Zoe za kaptur.
Odpisał tylko:
„Nie wracaj. Moje życie zaczęło się wtedy, gdy przestałem cię ratować przed konsekwencjami twoich decyzji”.
Usunął wiadomość z telefonu.
Wieczorem znalazł na parapecie mały, żółty przedmiot.
Gumkę do włosów Zoe.
Przywiązał ją do srebrnej igły w kształcie liścia, którą wcześniej nosił w poszetce. Nie wyrzucił ani jednego, ani drugiego.
Zawiesił je przy drzwiach wejściowych, żeby codziennie pamiętać, kim był i kogo miał szczęście jeszcze odnaleźć.
Za oknem śnieg przykrywał trawnik.
Tym razem żadna z jego córek nie musiała jeść trawy.
Przegapiłeś początek?













