CZĘŚĆ 4
Nie był Reeną.
Przez kilka sekund słyszałem wyłącznie jednostajny dźwięk aparatury przy łóżku Lily.
— Kto? — zapytałem.
Detektyw Wysocka nie odpowiedziała od razu. Wyjęła z teczki odtwarzacz i położyła go na metalowym stoliku.
— Nagranie jest niepełne, ale wystarczające, by zatrzymać Reenę i jej wspólnika.
— Gdzie ona jest?
— Policja namierzyła jej samochód przy dworcu. Została zatrzymana, zanim wsiadła do pociągu.
Poczułem ulgę, lecz trwała tylko chwilę.
— A wspólnik?
— W drodze do pana.
Drzwi sali otworzyły się gwałtownie. Dwóch funkcjonariuszy wprowadziło mężczyznę w granatowym płaszczu. Znałem go.
Marek Voss był właścicielem apteki na końcu naszej ulicy. Przez lata podawał mi rękę na jarmarkach, pytał o dzieci Aarona i udawał, że niczego nie wie.
— To niemożliwe — powiedziałem.
Marek spojrzał na mnie z pogardą.
— Twój brat był słaby. Reena chciała tylko przejąć kontrolę.
— A ty pomogłeś jej go zabić?
— Nie używaj takich słów.
— Jakich mam użyć?
Detektyw Wysocka wskazała krzesło.
— Proszę usiąść. Chcę, żeby pan usłyszał to, co usłyszeliśmy.
Nacisnęła przycisk.
Najpierw rozległ się szum lodówki. Potem głos Aarona, zmęczony i zachrypnięty.
— Reena, gdzie są dzieci?
— Tam, gdzie powinny być. I ty też powinieneś przestać udawać bohatera.
— Jutro jadę do Piotra.
— Nie pojedziesz.
W tle coś upadło. Aaron zaklął.
— Podpisałaś dokument. Piotr zostanie ich opiekunem.
— Ten dokument nic nie znaczy.
— Znaczy wszystko.
Potem rozległ się głos Marka.
— Daj mu tabletkę i przestań się z nim kłócić.
Poczułem, jak żołądek zaciska mi się w twardy węzeł.
Aaron mówił coraz ciszej.
— Piotr wie, że coś jest nie tak.
— Piotr jest tchórzem — odparła Reena. — Powiedział ci, żebyś nie dramatyzował. Jutro nie będzie już miał komu pomagać.
Odtwarzacz zatrzymał się.
Marek pobladł.
— To nie jest całe nagranie — wyszeptał.
— Wystarczy — powiedziała Wysocka.
Po raz pierwszy usłyszałem własne słowa z tamtej rozmowy. Mój głos, zmęczony i zirytowany, zabrzmiał obco.
„Aaron, przestań dramatyzować. Nie mogę za każdym razem ratować cię przed twoimi decyzjami.”
Zamknąłem oczy.
To zdanie bolało bardziej niż oskarżenia Reeny, bo powiedziałem je ja.
Nie zabiłem brata. Ale przez lata pozwoliłem, żeby jego strach stał się dla mnie niewygodnym hałasem.
A jednak Aaron próbował mnie ostrzec.
Na nagraniu rozległ się jeszcze jeden dźwięk: trzy krótkie uderzenia w lodówkę. Wysocka zatrzymała odtwarzacz.
— Karta pamięci była schowana w gumowej uszczelce — wyjaśniła. — Aaron wiedział, że Reena przeszuka jego rzeczy, ale nie sprawdzi urządzeń.
Później policja znalazła w domu skrzynię z dokumentami, ślady kajdanek przy rurze i zamknięty pokój z materacem, pustym wiadrem oraz dziecięcym rysunkiem schowanym pod podłogą.
Reena została oskarżona o zabójstwo Aarona, znęcanie się nad dziećmi i pozbawienie ich wolności. Marek przyznał się do dostarczania leków oraz fałszowania recept.
Ale tego dnia nie myślałem o nich.
Myślałem o tym, że Drew doczołgał się do mojego domu, bo przez trzy lata byłem zbyt posłuszny cudzym wymówkom.
Kilka godzin później przeniesiono dzieci do tymczasowego pokoju ochronnego. Drew miał operację, a Lily dostała kroplówkę. Kiedy zasypiała, trzymała mnie za palec.
Następnego ranka zadzwonił mój prawnik.
— Dokument opieki jest ważny — powiedział. — Możemy wystąpić o natychmiastowe powierzenie panu dzieci.
— Nie chcę zabierać ich z kolejnego miejsca siłą.
— Piotrze, one same wybrały pana.
Spojrzałem na Drew. Chłopiec spał, obejmując plastikową figurkę dinozaura.
— W takim razie zrobię wszystko, żeby już nigdy nie musiały uciekać.
Proces trwał kilka miesięcy. Sąd odebrał Reenie prawa do dzieci, a Marek otrzymał wieloletnią karę za udział w zabójstwie i fałszowanie leków. Nie czułem triumfu, kiedy usłyszałem wyrok.
Czułem zmęczenie.
Czułem też, że po raz pierwszy od śmierci Aarona mogę oddychać.
Po wyjściu ze szpitala dzieci zamieszkały ze mną. Przerobiłem gabinet na pokój Drew, a swoją sypialnię oddałem Lily. Przez pierwsze tygodnie budziła się co noc i sprawdzała, czy drzwi nie są zamknięte od zewnątrz.
Nigdy ich nie zamykałem.
Nawet łazienkę zostawiałem uchyloną.
Drew długo nie chciał chodzić o kulach bez patrzenia za siebie. Rehabilitant nauczył go stawiać krok po kroku. Pewnego listopadowego popołudnia przeszedł sam od kanapy do okna.
— Widziałeś? — zapytał.
— Widziałem.
— Tata też by widział?
Przykucnąłem przed nim.
— Tak. I byłby z ciebie bardzo dumny.
— A z ciebie?
To pytanie zabolało.
— Nie wiem.
Drew pomyślał chwilę.
— Ja wiem. Tata chciał, żebyśmy byli u ciebie.
Pierwszy raz od wielu miesięcy rozpłakałem się przy dziecku.
Wiosną znalazłem pracę jako kierownik małego warsztatu przy rzece. Rano parzyłem za mocną kawę, Lily rysowała słońca na papierowych serwetkach, a Drew odmierzał czas do szkoły, ustawiając buty równo przy drzwiach.
Zostawiłem dzieciom swobodę, której wcześniej nie znały.
Mogły pytać.
Mogły odmawiać.
Mogły robić bałagan.
Ich nowy dom nie był idealny. W kuchni przeciekał kran, ogrzewanie stukało nocą, a na korytarzu skrzypiała jedna deska. Ale żadne z nich nie bało się już kroków za drzwiami.
Pewnego wieczoru dostałem wiadomość od Reeny. Pisała z aresztu.
„Piotrze, dzieci potrzebują matki. Możemy zacząć od nowa. Powiedz w sądzie, że wszystko źle zrozumiałeś.”
Przeczytałem ją dwa razy.
Potem odpisałem tylko jedno zdanie.
„Nie będę już chronił cię przed konsekwencjami twoich wyborów.”
Usunąłem wiadomość i odłożyłem telefon.
Na półce przy drzwiach wisiały moje klucze. Przy nich kołysał się mały mosiężny gwizdek z wygrawerowaną gwiazdą.
Lily wyciągnęła rękę.
— Mogę go kiedyś użyć?
— Możesz.
— A jeśli się zgubię?
Przykucnąłem i zapiąłem gwizdek na jej kurtce.
— Wtedy zagwiżdżesz, a ja przyjdę.
Drew stał obok i patrzył na nas przez chwilę.
— Nawet jeśli będziesz daleko?
— Nawet wtedy.
Za oknem zaczął padać pierwszy śnieg. Białe płatki osiadały na parapecie, na którym trzy lata wcześniej leżały nieotwarte kartki urodzinowe dla dzieci Aarona.
Tym razem Lily narysowała na szybie gwiazdę.
Małą, krzywą i jasną.
A gwizdek po raz pierwszy nie przypominał mi o tym, kogo straciłem.
Przypominał mi, że wreszcie ktoś woła — i że ja odpowiadam.
— Wujku Piotrze! — zawołał Drew z kuchni.
— Już idę.
I poszedłem.
Przegapiłeś początek?













