CZĘŚĆ 4
…i który od rana próbował dodzwonić się do Hryhorija.
Telefon w kieszeni bogacza zawibrował po raz trzeci.
Hryhorij spojrzał na ekran, ale nie odebrał.
— Odbierz — powiedziała Maryna. — Może to ostatnia osoba, która chce ci jeszcze pomóc.
— Milcz.
Połączenie przerwało się. Zaraz potem przyszła wiadomość. Hryhorij przeczytał ją i zacisnął szczękę.
— Co napisał? — zapytał jeden z wynajętych mężczyzn.
— Nic, co powinno cię obchodzić.
— Skoro nic, to dlaczego tak pan drży? — spytała Wira.
W oddali syrena była coraz głośniejsza.
Pełnomocnik wyjął z teczki kolejny dokument.
— Panie Hryhoriju, zanim przyjedzie policja, radzę nie ruszać się z miejsca. Pański wspólnik właśnie złożył zeznania.
Hryhorij roześmiał się krótko, nerwowo.
— Wszyscy są przeciwko mnie? Po tylu latach?
— Nie — odpowiedziała Olena. — Po tylu latach wszyscy zaczęli mówić prawdę.
Samochód policyjny zatrzymał się przed bramą. Wysiadła z niego kobieta w granatowej kurtce i mężczyzna z aparatem fotograficznym. Nie biegli. Nie musieli.
Hryhorij próbował przejść obok nich.
— Mam prawo iść do domu.
— Oczywiście — powiedziała policjantka. — Najpierw jednak porozmawiamy o dokumentach, które pan dziś przedstawił.
— To sprawa cywilna.
— Już nie.
Jego twarz straciła kolor.
Jeden z ludzi Hryhorija podniósł ręce.
— Ja chcę tylko powiedzieć, że nie wiedziałem o fałszerstwie.
— Powie pan wszystko w protokole — odparła policjantka.
Hryhorij spojrzał na mnie.
— Jakubie, powiedz im, że to nieporozumienie.
Nie odpowiedziałem.
— Znasz mnie od czterdziestu lat.
— Znam — powiedziałem. — Dlatego wiem, że to nie było nieporozumienie.
Policjantka zaprosiła go do samochodu. Wtedy Hryhorij po raz pierwszy naprawdę stracił kontrolę.
— To one cię do tego namówiły! — krzyknął. — Przez dwadzieścia lat nawet nie zadzwoniły, a teraz udają córki!
Wira drgnęła, jakby te słowa uderzyły ją w twarz.
Maryna stanęła przed nią.
— Nie musimy udawać niczego.
Olena włączyła kasetę jeszcze raz.
Tym razem wysłuchałam jej razem z Hryhorijem, siedząc na drewnianej ławce pod jabłonią. Z głośnika płynął mój dawny, zmęczony głos.
— Panie Hryhoriju, ja naprawdę nie rozumiem tej umowy.
— Nie musisz rozumieć. Podpisz.
— A jeśli coś się stanie z domem?
— Wtedy będziesz miał pretensje tylko do siebie.
Hryhorij słuchał własnych słów z twarzą zwróconą ku ziemi.
Kiedy nagranie się skończyło, przez chwilę nikt się nie odezwał.
— To nie brzmi jak ja — wyszeptał.
— Brzmi dokładnie jak ty — powiedziałem.
Właśnie wtedy zrozumiał, że nie przegrał z moimi córkami. Przegrał z własnym głosem.
Policja zabrała jego dokumenty, telefon i klucze do biura. Dom pozostał mój, a działka, którą kiedyś zastawiłem, została zwrócona po unieważnieniu umowy.
Proces trwał kilka miesięcy. Hryhorij przyznał się do fałszowania podpisów, gdy jego wspólnik przekazał śledczym księgi rachunkowe. Urzędnik, który poświadczał dokumenty, również stanął przed sądem. Nie cieszyłem się z ich kary.
Czułem tylko ulgę.
Po ich odjeździe Maryna weszła do domu i zaczęła zbierać rzeczy, które ludzie Hryhorija rozrzucili po podłodze. Olena postawiła garnek na kuchence. Wira znalazła moje stare krzesło pod płotem i naprawiła jego pękniętą nogę.
Wtedy zobaczyłem pusty pokój na końcu korytarza.
Przez dwadzieścia lat stały tam trzy łóżka. Potem długo był pusty. Na ścianie została tylko prostokątna jaśniejsza plama po fotografii, którą zabrały ze sobą przed wyjazdem.
Wira weszła za mną.
— Tato, przepraszam.
— Za co?
— Że tak długo nie wracałyśmy.
Usiadłem na brzegu starego łóżka.
— Myślałem, że zapomniałyście.
— Nigdy — powiedziała. — Bałyśmy się wrócić z pustymi rękami.
Maryna stanęła w drzwiach.
— Najpierw pracowałyśmy po nocach. Potem założyłyśmy firmę. Kiedy zaczęłyśmy zarabiać, chciałyśmy przyjechać, ale Hryhorij przejął nasze listy i mówił, że nie chcesz nas znać.
Spojrzałem na Olena, która trzymała w dłoni pęk kopert.
— Te listy znaleźliśmy w jego magazynie — powiedziała. — Wszystkie wróciły do nas nieotwarte.
Nie potrafiłem odpowiedzieć.
Przytuliłem je wszystkie naraz, choć moje ramiona nie były już silne. Przez chwilę znów były małymi dziewczynkami, a ja miałem przed sobą całe życie, żeby je ochronić.
Minęły trzy miesiące.
Zima przyszła wcześnie. Dach naprawiliśmy, studnię wyczyściliśmy, a pusty pokój pomalowaliśmy na ciepły kolor miodu. Maryna otworzyła w pobliskim mieście biuro dla rolników, Olena zajęła się fundacją pomagającą dzieciom bez rodziców, a Wira urządziła w moim domu małą pracownię.
Każdego ranka budziłem się przy zapachu kawy, której wcześniej nie mogłem sobie pozwolić kupować. Na stole zawsze leżały trzy kubki, nawet jeśli jedna z nich była w podróży.
Pewnego grudniowego popołudnia Wira przyprowadziła córkę, małą Zosię. Dziewczynka usiadła na podłodze i rysowała kredkami dom z krzywym dachem, trzy wysokie kobiety i mężczyznę w kapeluszu.
— To ty? — zapytałem.
— Tak. A to moje ciocie.
— A dom?
— Dom jest największy, bo wszyscy muszą się zmieścić.
Poczułem pieczenie pod powiekami.
Kilka dni później dostałem wiadomość od Hryhorija. Pisał, że żałuje, że choruje, że wszystko wymknęło mu się spod kontroli. Prosił, abym wycofał zeznania i porozmawiał z córkami.
Przeczytałem ją przy kuchennym stole.
Maryna nic nie powiedziała. Olena odłożyła łyżkę. Wira patrzyła na mnie pytająco.
Odpisałem tylko: „Nie będę już ratował cię przed skutkami twoich decyzji”.
Potem zablokowałem numer.
Nie czułem triumfu.
Czułem ciszę.
Tę dobrą, która przychodzi po latach strachu.
Wiosną wyciągnąłem z szafy mój stary kaszkiet. Podszewka była przetarta, a mosiężna blaszka z trzema inicjałami ledwo się trzymała. Wira przyszyła ją mocniejszą nicią, a Zosia przykleiła obok małą papierową gwiazdkę.
— Teraz już się nie oderwie — oznajmiła.
Włożyłem kaszkiet i wyszedłem przed dom. Na polu kiełkowało zboże, dach lśnił po deszczu, a z kuchni dochodził śmiech moich córek.
Przez dwadzieścia lat czekałem, aż wrócą.
A kiedy wróciły, zrozumiałem, że nigdy naprawdę nie odeszły.
Na mojej głowie błysnęły trzy małe inicjały.
Tym razem nie musiałem już nikogo zatrzymywać.













