CZĘŚĆ 4
Telefon Juliana dzwonił dalej, a syrena za domem stawała się coraz głośniejsza.
Na ekranie widniało nazwisko jego prawnika, Pawła Radeckiego.
Julian odebrał.
— Mówiłem ci, żebyś nie wracał do domu — powiedział Paweł bez powitania. — Policja już jedzie?
Julian spojrzał na mnie.
— Marek ma nagranie.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Jakie nagranie?
— Z Tomaszem.
— W takim razie nie dotykaj nikogo i odłóż nóż.
— Powiedziałeś, że wszystko usunąłeś!
— Powiedziałem, że usunąłem to, o czym wiedziałem.
Julian zacisnął palce na telefonie.
— Paweł, wyciągnij mnie stąd.
— Nie będę twoim pełnomocnikiem, jeśli naprawdę ukryłeś ciało i przetrzymywałeś kobietę oraz dziecko. Od tej chwili radź sobie sam.
Połączenie się urwało.
Julian patrzył na ekran, jakby właśnie przestał rozumieć własne życie.
Wtedy policjanci wyważyli drzwi wejściowe. Jeden z nich zszedł po schodach z bronią uniesioną na wysokość piersi.
— Odłóż nóż! Ręce tak, żebyśmy je widzieli!
Julian nie ruszał się.
— To nieporozumienie — powiedział.
— Słyszeliśmy wszystko — odparłem.
— Nie słyszeliście niczego.
Policjant podszedł bliżej.
— Odłóż nóż.
Julian upuścił go na beton. Kajdanki zapięły się na jego nadgarstkach, zanim zdążył spojrzeć na Elenę.
Otworzyłem komórkę i wyciągnąłem byłą żonę. Była blada, miała rozcięcie nad brwią i tak długo nie stała na własnych nogach, że musiałem ją podtrzymać.
Maya rzuciła się jej na szyję.
— Mamo, myślałam, że już cię nie zobaczę.
— Jestem tutaj — wyszeptała Elena. — Już jestem.
W domu policja zabezpieczyła nagranie, a technicy zeszli do piwnicy. Później odnaleziono w garażu samochód Tomasza. W bagażniku były jego dokumenty, zakrwawiony klucz francuski i rachunki potwierdzające przelewy z firmy.
Czarne worki z basenu zawierały telefony, dyski, księgi rachunkowe i ubranie Tomasza. Julian wrzucił je do wody, bo wierzył, że wilgoć zniszczy dowody.
Nie zniszczyła.
Najgorszy moment przyszedł dwa dni później, w pokoju przesłuchań. Prokurator odtworzył nagranie przy Julianie, jego adwokacie z urzędu i mnie.
Z głośnika dobiegł głos Juliana:
— Teraz nikt nie znajdzie ani ciebie, ani dokumentów.
Julian poderwał głowę.
— To nie mój głos.
Prokurator zatrzymał nagranie.
— To pan mówił.
— Ktoś to zmontował.
— Na dyktafonie znalezionym w schowku za piwnicą. Z pana odciskami.
Odtworzono dalszy fragment. Słychać było jego oddech, przesuwanie ciężaru i charakterystyczne stukanie metalowego zegarka o blat.
Julian dotknął własnego nadgarstka.
Zrozumiał.
Nie słuchał cudzego oskarżenia. Słuchał siebie.
Po rozprawie nie patrzyłem, jak wyprowadzają go z budynku. Nie chciałem, żeby jego upadek stał się moim codziennym zajęciem. Chciałem tylko, żeby Maya przestała budzić się z krzykiem.
Tego samego wieczoru wróciliśmy do domu Eleny po jej rzeczy. Pokój córki był prawie pusty. Na podłodze leżała jedna książka, a na biurku stała szklanka z zaschniętą wodą.
Na parapecie znalazłem czerwoną spinkę w kształcie biedronki.
Myślałem, że zgubiłem ją przy basenie.
Maya podniosła ją ostrożnie.
— To była moja ostatnia szczęśliwa rzecz — powiedziała.
— Nadal nią jest.
— Już nie wierzę w szczęście.
— Nie musisz. Teraz masz nas.
Przez kilka tygodni mieszkałyśmy? Nie. Mieszkaliśmy u mnie w niewielkim mieszkaniu nad piekarnią. O szóstej rano budził nas zapach chleba. Maya zaczęła chodzić do nowej szkoły, a ja pracowałem z domu, żeby odbierać ją każdego dnia osobiście.
Pierwszego poniedziałku narysowała obrazek. Był na nim dom z żółtymi oknami, trzy postacie i basen zamieniony w ogród pełen kwiatów.
— To nasz nowy ogród — wyjaśniła.
— A gdzie jest klatka?
Maya długo trzymała kredkę nad kartką.
— Nie ma jej. Tata ją przeciął.
Elena zamieszkała w małym mieszkaniu po drugiej stronie miasta. Przez pierwsze dni dzwoniła do mnie tylko w sprawie Mayi. Potem pewnego wieczoru powiedziała:
— Przepraszam, że tak długo udawałam, że wszystko kontroluję.
— Ja też udawałem, że niczego nie widzę. Bałem się kolejnej awantury bardziej niż tego, że Maya naprawdę cierpi.
— Nie powinieneś był się bać.
— Wiem.
Nie wróciliśmy do siebie. Nie potrzebowaliśmy tego, żeby nauczyć się być rodziną.
Proces trwał kilka miesięcy. Julian został skazany za zabójstwo Tomasza, pozbawienie wolności Eleny i znęcanie się nad Mayą. Firma upadła, a pieniądze odzyskane z jego rachunków przeznaczono na odszkodowanie dla rodziny Tomasza.
Pewnego listopadowego poranka spadł pierwszy śnieg. Maya stała przy oknie w czerwonym swetrze i przyklejała biedronkę do plecaka.
— Tato, dziś nie zgubię jej — powiedziała.
— Jeśli spadnie, znajdziemy ją razem.
Telefon zadzwonił, kiedy zakładałem buty. Numer był nieznany, ale wiedziałem, kto dzwoni.
Odebrałem.
— Marek — powiedział Julian. — Chcę porozmawiać z Mayą. Tylko pięć minut.
Spojrzałem na córkę. Rysowała na stole, spokojna i skupiona.
— Nie.
— Jestem jej ojczymem.
— Byłeś człowiekiem, któremu zaufała. To zaufanie skończyło się w dniu, w którym zamknąłeś ją w klatce.
— Możesz mi pomóc.
— Nie będę już ratował cię przed konsekwencjami twoich decyzji.
Rozłączyłem się.
Maya podniosła wzrok.
— Kto dzwonił?
— Nikt, o kim musisz pamiętać.
Założyła plecak. Czerwona biedronka odbiła w szybie mały, nierówny błysk.
Wyszliśmy na śnieg.
Tym razem drzwi zamknęły się za nami od środka.
Przegapiłeś początek?













