CZĘŚĆ 4
Nie pamiętam, kto pierwszy się poruszył.
Pamiętam tylko, że Zofia zaczęła płakać, a Marta zakryła uszy dłońmi.
— Nie przy nich — powiedziałem.
Ołena natychmiast uklękła przy dziewczynkach.
— Chodźcie ze mną. Zrobimy kakao.
— Tato też przyjdzie? — spytała Marta.
Spojrzałem na nią.
— Przyjdę.
Tym razem nie złożyłem obietnicy bez pokrycia.
Natalia rzuciła się do telefonu.
— Radecki nie może zeznawać. Muszę z nim porozmawiać.
— Nie będziesz z nikim rozmawiać — powiedział mecenas.
— Płacę ci od lat!
— Już nie jesteś moją klientką.
Te słowa zatrzymały ją skuteczniej niż krzyk.
Mecenas Lewicki wyjął telefon i zadzwonił do prokuratora. Kierowca stanął przy drzwiach. Ołena zabrała dziewczynki na górę, lecz zanim wyszła, odwróciła się do mnie.
— Niech pan nie próbuje teraz wszystkiego naprawić w jeden wieczór.
— A co mam zrobić?
— Najpierw zostać.
Po godzinie przed domem zatrzymały się dwa samochody.
Natalia zaczęła biegać po gabinecie. Dzwoniła do znajomych, ochroniarzy i ludzi, którzy jeszcze rano odbierali od niej telefony.
Jeden po drugim przestawali odpowiadać.
— Oni wszyscy są tchórzami — syknęła.
— Nie — powiedziałem. — Po prostu przestali wierzyć, że wyciągnę ich z każdego kłopotu.
— Ty też mnie potrzebujesz.
— Potrzebowałem wersji ciebie, którą sama wymyśliłaś.
— Bez mnie wszystko stracisz.
— Możliwe.
Popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
— I tak po prostu się poddasz?
— Nie. Po prostu przestanę ratować ciebie przed konsekwencjami twoich decyzji.
Kiedy funkcjonariusze weszli do gabinetu, Natalia jeszcze próbowała odzyskać kontrolę.
— Andrzej, powiedz im, że to nieporozumienie.
Nie odpowiedziałem.
— Powiedz, że mnie kochasz.
To zdanie zabrzmiało tak, jakby cytowała cudzą rolę.
Funkcjonariusz poprosił ją o telefon i dokumenty. Natalia spojrzała na mnie po raz ostatni.
— Jeśli mnie zabierzecie, on ujawni wszystko.
— Niech ujawni — powiedziałem.
Po jej wyjściu dom zrobił się nagle ogromny.
Za duży.
Za cichy.
Wtedy mecenas odtworzył nagranie jeszcze raz, tym razem bez Natalii. Usiedliśmy w gabinecie przy zgaszonym świetle.
Usłyszałem swój głos.
— Zrobię, co zechcesz. Tylko nie mów nikomu o funduszu.
Brzmiałem jak obcy człowiek.
Nie jak ojciec.
Jak mężczyzna, który uważał, że pieniądze potrafią przykryć każdą dziurę.
Potem usłyszałem Natalię.
— Kiedy podpisze, dziewczynki trafią do ośrodka. A potem wszystko będzie nasze.
Wyłączyłem nagranie.
— To powiedziałam ja — wyszeptała Natalia wcześniej.
Teraz nie było jej w pokoju, lecz jej słowa zostały ze mną.
Następnego ranka poszedłem do pokoju córek. Na łóżkach leżały równo ułożone koce, a między nimi stał Zajączek z jednym uchem przygniecionym przez poduszkę.
Szafa Natalii była pusta.
Zabrała ubrania, kosmetyki i wszystkie zdjęcia, na których próbowała wyglądać jak część naszej rodziny.
Zostawiła tylko jedną fotografię.
Stała na niej obok Mariny podczas przyjęcia zaręczynowego. Marina patrzyła w obiektyw spokojnie, Natalia uśmiechała się szeroko, a ja stałem między nimi, przekonany, że potrafię rozpoznać ludzi.
Odwróciłem zdjęcie.
Na odwrocie Marina napisała ołówkiem: „Nie myl ciszy ze spokojem”.
Włożyłem fotografię do szuflady.
Nie wyrzuciłem jej.
Nie chciałem żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło.
Przez następne tygodnie przesłuchiwano mnie w sprawie Radeckiego. Okazało się, że wyprowadzał pieniądze z kilku spółek, a Natalia dostarczała mu podpisane dokumenty. Nie wiedziałem o wszystkim, lecz wiedziałem wystarczająco dużo, by zrozumieć, że moja obojętność pomagała im działać.
Zeznałem.
Oddałem księgi rachunkowe.
Rozwiązałem ochronę, którą wykorzystywałem do zastraszania ludzi, i zwolniłem dwóch pracowników powiązanych z Radeckim.
Nie zrobiłem tego, żeby wyglądać lepiej.
Zrobiłem to, bo po raz pierwszy nie chciałem, by moje córki dorastały w domu, w którym prawda zależy od nazwiska.
Trzy miesiące później mieszkaliśmy już w mniejszym domu na obrzeżach miasta.
Nie było marmurowego holu ani bramy z kamerami. Był za to ogród, w którym Marta posadziła trzy nagietki, a Zofia codziennie sprawdzała, czy nie zmarzły.
Rano odwoziłem je do szkoły.
Po południu pracowałem w małej firmie budowlanej, którą zostawiłem sobie po podziale majątku. Zaczynałem od zwykłych spotkań, rachunków i telefonów. Czasem brakowało mi dawnego wpływu.
Nigdy nie brakowało mi dawnego strachu.
Ołena nie była już moją pracownicą.
Została opiekunką dziewczynek i wspólniczką w niewielkim domu, który wynajęliśmy dla niej blisko nas. Każdego wieczoru piła z nami herbatę, ale zawsze pukała przed wejściem.
— Nie musi pani pukać — powiedziałem kiedyś.
— Przyzwyczajenie — odpowiedziała.
— To teraz pani dom.
Uśmiechnęła się.
— W takim razie będę pukać tylko z uprzejmości.
Pewnego wieczoru Zofia siedziała przy kuchennym stole i rysowała rodzinę. Byliśmy na obrazku wszyscy: ona, Marta, Ołena i ja.
Narysowała też Marinę jako małą gwiazdę nad dachem.
— Mama patrzy? — zapytałem.
— Tak.
— A na co?
Zofia zamyśliła się.
— Na to, czy tym razem naprawdę jesteś w domu.
Nie umiałem odpowiedzieć.
Przytuliłem ją.
Jej włosy pachniały szamponem o zapachu jabłek, a policzek był ciepły od kaloryfera.
— Jestem — powiedziałem.
— Dzisiaj?
— Dzisiaj i jutro.
— Jutro sprawdzę.
— Masz prawo.
Pierwszy śnieg spadł w grudniu.
Marta przykleiła do okna papierową gwiazdę. Zofia ustawiła Zajączka po lewej stronie łóżka, dokładnie tak, jak nauczyła ją Ołena.
Wtedy dostałem wiadomość od Natalii.
„Nie chcę już niczego. Chcę tylko porozmawiać. Mogę wyjaśnić wszystko. Przyjedź sam.”
Przez chwilę patrzyłem na ekran.
Dawniej pojechałbym natychmiast. Potrzebowałbym odpowiedzi, wyjaśnień i kolejnej obietnicy, że tym razem wszystko będzie inaczej.
Teraz poszedłem do kuchni.
Ołena nalewała dziewczynkom mleko.
— Natalia napisała — powiedziałem.
— Co pan zrobi?
— Nic.
— Jest pan pewien?
— Po raz pierwszy.
Odpisałem tylko: „Nie przyjadę. Wszystko, co miałem usłyszeć, już usłyszałem”.
Potem usunąłem wiadomość.
Nie z gniewu.
Z ciszy.
Przed snem znalazłem na parapecie mój stary skórzany portfel. W środku leżał mały mosiężny gwizdek w kształcie ptaka. Ołena musiała odłożyć go tam po praniu fartucha.
Wziąłem go do ręki.
Pęknięcie na skrzydle nadal było widoczne, lecz przedmiot wciąż działał. Lekko dmuchnąłem.
Cichy dźwięk popłynął przez dom.
Z góry odpowiedziała Marta:
— Tato, jesteś?
Spojrzałem na schody.
— Jestem.
Tym razem światło w korytarzu nie zgasło.
Przegapiłeś początek?













