CZĘŚĆ 4
Na dole rozległo się przesuwanie krzeseł.
Olivia nie przyszła sama.
Damian zgasił światło w mieszkaniu i wskazał mi schody prowadzące na zaplecze.
— Zabierz Emmę.
— Nie będziesz mi rozkazywał.
— Tym razem proszę.
To jedno słowo zatrzymało mnie skuteczniej niż jego rozkazy.
Wziąłem pana Guzika z kanapy i podałam go śpiącej córce. Emma otworzyła oczy.
— Mamo, co się dzieje?
— Musimy zejść na chwilę do piwnicy.
— Czy ten smutny pan idzie z nami?
Damian uklęknął przed nią. W półmroku jego twarz wyglądała starzej niż godzinę wcześniej.
— Tak, jeśli mi pozwolisz.
Emma spojrzała na mnie.
— Może iść.
Zeszliśmy na dół.
W kawiarni Olivia mówiła coś do mężczyzny, który miał na sobie jasny płaszcz i rękawiczki z czarnej skóry. Poznałam go ze zdjęcia. Adrian Cole. Człowiek, który przez lata siedział obok Damiana przy każdym ważnym stole.
Victor został na schodach i wybrał numer policji.
Damian wyjął broń, ale położył ją na półce.
— Nie chcę, żeby Emma to widziała.
— Nagle zacząłeś myśleć o tym, co widzi dziecko?
Przyjął cios bez słowa.
Olivia podniosła głos.
— Wiem, że jesteście na górze. Damian zawsze wybierał ten sam sposób ucieczki.
— Nie uciekam — odkrzyknął.
— Ty nigdy nie uciekałeś. Zostawiałeś innych, żeby uciekali za ciebie.
Adrian wszedł za ladę i otworzył kasę. Wyjął z niej kopertę z dokumentami.
— Oddaj teczkę, Claire — powiedział. — Wtedy nikt nie ucierpi.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy ojciec Emmy dowie się, jak wygląda utrata drugiego dziecka.
Damian ruszył w jego stronę, ale Olivia wyciągnęła telefon.
— Jeden krok i wyślę nagranie wszystkim gazetom w Chicago. Wszyscy usłyszą, jak twój wspólnik planował zabójstwo ludzi, a ty dowiesz się, że twoja córka została zabrana przez człowieka, który zna twoje wszystkie słabości.
— Nie ma żadnego drugiego dziecka — powiedział Damian.
— Oczywiście, że nie ma. To tylko słowo, które miało cię przestraszyć.
Wtedy zrozumiałam, że Olivia blefuje.
Nie miała pełnej kontroli. Gdyby ją miała, nie przyszłaby osobiście.
Wyjęłam telefon z kieszeni i pokazałam Victorowi ekran. Wcześniej, gdy odtwarzał nagranie, włączyłam automatyczne przesyłanie pliku do prawniczki z Portland, która pomagała mi przy adopcji i sprawach Emmy.
Plik został wysłany.
Adrian zauważył mój ruch.
— Co zrobiłaś?
— Wysłałam nagranie komuś, kto nie boi się twoich ludzi.
Olivia zbladła.
Damian spojrzał na nią.
— Powiedz jej, Adrian.
— Zamknij się.
— Powiedz jej, że to ty wysłałeś zdjęcia Claire. Powiedz, że to ty zleciłeś śledzenie dziecka.
— Nie masz dowodów.
— Mam cztery lata rachunków, nagrań i wiadomości. I ludzi, którzy chcą żyć wystarczająco długo, żeby zeznawać.
Na ulicy zahamował radiowóz.
Olivia cofnęła się od lady.
— Damian, ja cię kochałam.
— Nie — odpowiedział. — Kochałaś miejsce, które chciałaś zająć.
Adrian rzucił się do tylnych drzwi. Victor podstawił mu nogę, a policjanci dopadli go na mokrym chodniku.
Olivia nie próbowała uciekać.
Patrzyła tylko na mnie.
— On cię zniszczy — powiedziała. — Tacy mężczyźni zawsze niszczą wszystko, czego dotkną.
— Dlatego już go nie dotykam.
Policjantka założyła jej kajdanki.
Damian stał nieruchomo, gdy funkcjonariusze zabrali Adriana i Olivię. W szybie kawiarni odbijała się jego twarz, blada i pusta.
Przez chwilę nikt się nie odzywał.
Potem zadzwonił jego telefon.
— To mój prawnik — powiedział.
Odebrał.
— Słucham.
Słuchał kilka sekund, a potem usiadł na krześle.
— Nie. Nie możesz zrezygnować teraz.
Przerwa.
— Powiedziałeś, że będziesz mnie reprezentował.
Prawnik odpowiedział coś, czego nie słyszałam.
Damian powoli odsunął telefon od ucha.
— Powiedział, że nie będzie bronił człowieka, który przez cztery lata ukrywał dowody i pozwolił, żeby jego rodzina była śledzona.
Nie czułam satysfakcji.
Tylko zmęczenie.
Następnego dnia Damian pojechał ze mną na komisariat. Zeznawał przez sześć godzin. Podpisał dokumenty, przekazał hasła do kont, wskazał magazyny i ludzi, o których istnieniu nie chciałam wiedzieć.
O siedemnastej poprosił, żebym została w pokoju przesłuchań.
— Chcę, żebyś to usłyszała — powiedział.
Policjant odtworzył nagranie z tamtej nocy sprzed czterech lat.
Najpierw mój własny głos. Drżący. Złamany.
— Jestem w ciąży, Damian.
Potem jego spokojne słowa.
— Nie kontaktuj się ze mną nigdy więcej.
Usłyszałam je po raz pierwszy od czterech lat.
Damian siedział obok, z rękami splecionymi na stole.
Kiedy nagranie się skończyło, długo patrzył w podłogę.
— Słyszę teraz, jakim byłem człowiekiem — powiedział.
— Ja słyszałam to wtedy.
Nie odpowiedział.
Wieczorem wróciliśmy do mieszkania nad kawiarnią.
Pokazałam mu mały pokój Emmy. Na ścianie wisiały rysunki, pod łóżkiem leżały kalosze, a na półce stał karton z pierwszymi rzeczami, które zrobiła własnymi rękami.
Damian wszedł i zobaczył puste miejsce na poduszce.
— Gdzie jest pan Guzik? — zapytał.
— Emma zabrała go do siebie.
Na biurku leżała fotografia. Emma miała na niej trzy lata i trzymała królika z przyszytym czerwonym uchem.
Damian wziął zdjęcie.
— Mogę je zachować?
— Nie.
Odłożył je natychmiast.
— Rozumiem.
To był pierwszy raz, kiedy naprawdę zrozumiał.
Dwa miesiące później przeniosłam się z Emmą do małego mieszkania w Portland. Zatrudniłam pomocnicę do kawiarni i zaczęłam prowadzić kursy pieczenia dla kobiet, które chciały zacząć od nowa.
Emma chodziła do przedszkola przy ulicy obsadzonej klonami.
Każdego ranka pakowałam jej jabłko, kanapkę z serem i pana Guzika do różowego plecaka.
Pewnego listopadowego popołudnia zapytała:
— Czy ten pan z szarymi oczami jest moim tatą?
Odłożyłam nóż.
— Tak.
— Czy zrobił coś złego?
— Zrobił kilka rzeczy, za które musiał ponieść konsekwencje.
— Czy dlatego nie mieszka z nami?
— Dlatego, że dorośli czasem nie potrafią być rodziną, nawet kiedy bardzo tego chcą.
Emma pomyślała.
— A może kiedyś nauczy się być?
— Może.
— Ty mu pomożesz?
Spojrzałam na śnieg za oknem.
— Nie. Ale mogę nie przeszkadzać mu w nauce.
Damian odwiedzał Emmę raz w tygodniu, zawsze w obecności psychologa. Nie kupował jej drogich prezentów. Przynosił książki, rysował z nią statki i cierpliwie odpowiadał na pytania o swoje oczy.
Pewnego dnia Emma zapytała go, dlaczego nie przyszedł wcześniej.
Damian długo milczał.
— Bo byłem tchórzem — powiedział.
Emma zmarszczyła nos.
— Tchórze mogą się zmienić?
— Nie wiem. Próbuję się dowiedzieć.
Po trzech miesiącach dostałam od niego wiadomość.
„Chcę wynająć mieszkanie blisko was. Nie po to, żeby wrócić do twojego życia. Chcę być blisko Emmy, jeśli kiedyś pozwolisz”.
Przeczytałam ją dwa razy.
Nie odpisałam od razu.
Potem napisałam:
„Możesz być blisko niej. Nie wracaj do mnie”.
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Rozumiem”.
Tym razem mu uwierzyłam.
W pierwszą sobotę grudnia spadł pierwszy śnieg. Emma wybiegła przed kawiarnię w żółtym płaszczu i postawiła pana Guzika na parapecie, żeby też mógł patrzeć.
Jego czerwone, krzywo przyszyte ucho odbijało się w szybie.
Damian stał po drugiej stronie ulicy. Nie podszedł. Tylko podniósł dłoń, a Emma mu pomachała.
Zamknęłam drzwi kawiarni, przekręciłam klucz i położyłam go na ladzie.
Tym razem to ja decydowałam, kogo wpuszczę do środka.
A pan Guzik patrzył na padający śnieg.
Dom nie był już miejscem, z którego uciekłam.
Był miejscem, które sama zbudowałam.
Przegapiłeś początek?













