CZĘŚĆ 4
Następnego ranka Alejandro zadzwonił do mnie siedemnaście razy.
Nie odebrałam ani razu.
O szóstej czterdzieści telefon zaczął dzwonić ponownie. Tym razem numer należał do jego adwokata.
— Pani Cruz, proponuję spotkanie — powiedział mężczyzna, kiedy w końcu odebrałam. — Możemy rozwiązać sprawę polubownie.
Stałam wtedy w szpitalnej kuchni i mieszałam zimną kawę plastikowym mieszadełkiem.
— Co dokładnie chcecie rozwiązać?
— Nieporozumienie dotyczące praw do projektu.
— Fałszywy podpis to nieporozumienie?
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Pan Torres jest gotów podpisać oświadczenie i zwrócić część dokumentów.
— Część?
— Proszę nie komplikować sytuacji.
— To nie ja ją skomplikowałam.
Rozłączyłam się.
Dziesięć minut później adwokat zadzwonił jeszcze raz. Tym razem odezwał się już tylko automatyczny komunikat poczty głosowej.
Daniel czekał na mnie przy oddziale dziecięcym. W dłoni trzymał papierowy kubek z herbatą, a pod oczami miał cienie po nieprzespanej nocy.
— Prokuratura zabezpieczyła serwery firmy Alejandro — powiedział.
— A nagranie?
— Jest w aktach.
— Co dokładnie powiedział?
Daniel zawahał się.
— Lepiej usłyszysz to sama.
Weszliśmy do małej sali konferencyjnej. Na stole stał laptop. Esteban siedział obok i trzymał dłonie splecione na brzuchu.
— Nie musisz tego słuchać — powiedział Daniel.
— Muszę.
Nagranie zaczęło się od szumu wentylacji.
Potem rozpoznałam głos Alejandro.
— Jeśli nie przyjedzie, wszystko będzie prostsze.
Głos Patricii odpowiedział mu drżąco:
— A jeśli rzeczywiście operuje tę dziewczynkę?
— To jeszcze lepiej. Wszyscy uwierzą, że wybrała szpital. Mariana zawsze wybiera cudze życie.
— A dokumenty?
— Podpisze je później. Będzie załamana i zrobi wszystko, żeby odzyskać spokój.
Nastąpiła krótka cisza.
Wtedy Alejandro roześmiał się cicho.
— Dzisiaj odbiorę jej projekt, mieszkanie i nazwisko. Jutro będzie błagała, żebym pozwolił jej zostać w moim domu.
Nagranie zatrzymało się.
Nie poczułam triumfu.
Poczułam zmęczenie.
Przez dwa lata kochałam człowieka, który potrafił zaplanować moje upokorzenie z dokładnością do godziny.
Alejandro usłyszał te słowa dopiero trzy dni później, w obecności prokuratora. Siedział na metalowym krześle, z twarzą pozbawioną koloru.
— To nie brzmi tak, jak miało brzmieć — powiedział.
— Brzmi dokładnie tak, jak pan mówił — odpowiedział Esteban.
— Byłem zdenerwowany.
— Był pan bardzo precyzyjny.
Patricia płakała w korytarzu. Fernanda podpisała zeznania jako świadek i sama złożyła wniosek o ochronę przed rodziną Torresów.
Kiedy wyszłam z budynku prokuratury, Daniel czekał na chodniku.
— Chcesz, żebym cię odwiózł?
— Nie. Chcę zobaczyć Valentinę.
— Oczywiście.
W szpitalnej sali dziewczynka była blada, ale przytomna. Na stoliku leżały kredki i kartki. Kiedy mnie zobaczyła, uniosła rękę.
— Doktor Mariana, uratowałaś mój księżyc?
— Twój?
— Ten na twojej plakietce.
Dotknęłam małej naklejki, która była już zagięta na pół.
— Chyba tak.
Valentina podała mi rysunek. Przedstawiał ogromny szpital, żółty księżyc i dwie postacie trzymające się za ręce.
— To ty i tata — powiedziała. — Bo on też był smutny.
Daniel odwrócił wzrok.
Przez kilka sekund nikt się nie odzywał.
Tydzień później sąd zabezpieczył mój projekt, moje konto i mieszkanie. Alejandro nie mógł zbliżać się do mnie ani kontaktować się ze mną bezpośrednio. Patricia sprzedała dom, żeby pokryć koszty prawników. Fernanda wyprowadziła się z miasta i rozpoczęła terapię.
Nie cieszyłam się z ich strat.
Po prostu przestałam je za nich naprawiać.
Najtrudniejszy okazał się pusty pokój w mieszkaniu.
Na podłodze wciąż stało pudełko z zaproszeniami ślubnymi. Na jednej fotografii Alejandro obejmował mnie przy fontannie, a ja patrzyłam na niego tak, jak patrzy się na przyszłość.
Zdjęcie zostawiłam na półce.
Nie dlatego, że chciałam o nim pamiętać.
Chciałam pamiętać siebie sprzed chwili, w której zrozumiałam, że miłość nie polega na ciągłym udowadnianiu własnej wartości.
Dwa miesiące później rozpoczęłam pracę nad projektem w fundacji Daniela. Mieliśmy małe biuro przy szpitalu, trzy biurka, zepsuty ekspres do kawy i okno wychodzące na boisko szkolne.
Każdego ranka o siódmej dwadzieścia kupowałam bułkę z serem w piekarni na rogu.
W południe sprawdzałam wyniki badań.
Wieczorem wracałam pieszo, nawet kiedy padało.
Daniel nie próbował mnie pospieszać.
Pewnego listopadowego popołudnia siedzieliśmy na ławce przed oddziałem, a Valentina rysowała coś na kolanach.
— Doktor Mariana — powiedziała — czy mogę mówić do ciebie po imieniu?
— Możesz.
— A czy Daniel może zostać twoim mężem?
Zakrzusiłam się herbatą.
Daniel spojrzał na córkę z udawanym oburzeniem.
— Valentina.
— Co? Ty zawsze się na nią patrzysz.
— Patrzę, czy nie jest zmęczona.
— To też jest patrzenie.
Roześmiałam się pierwszy raz od wielu tygodni. Daniel uśmiechnął się dopiero po chwili, jakby bał się, że ten moment może spłoszyć.
Nie obiecywaliśmy sobie przyszłości.
Po prostu zaczęliśmy ją budować.
W grudniu spadł pierwszy śnieg. Miasto było ciche, a dzieci z oddziału przyklejały papierowe gwiazdy do szyb. Valentina przykleiła na moim fartuchu nowy księżyc, tym razem wycięty z żółtego papieru.
— Ten się nie odklei — zapewniła.
— Skąd wiesz?
— Bo przykleiłam go mocniej niż poprzedni.
Tego samego wieczoru dostałam wiadomość od Alejandro.
„Wiem, że wszystko źle zrobiłem. Tęsknię za tobą. Spotkajmy się. Możemy zacząć od nowa”.
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem odpisałam:
„Nie chcę zaczynać od nowa z człowiekiem, którym się stałeś. Życzę ci, żebyś kiedyś zrozumiał, co zrobiłeś. Ale nie będę już częścią twojej historii”.
Zablokowałam numer.
Daniel stał przy oknie i patrzył na światła miasta.
— Wszystko w porządku? — zapytał.
— Tak.
— Na pewno?
— Po raz pierwszy naprawdę.
Wróciłam do biurka i zdjęłam ze starej szpitalnej plakietki pomięty papierowy księżyc. Zamiast wyrzucić go do kosza, włożyłam go do notesu obok rysunku Valentiny.
Ten pierwszy był zgięty, poplamiony i prawie odklejony.
Ale nadal świecił.
A ja wreszcie nie musiałam już nikogo ratować przed jego własnymi wyborami.
Przegapiłeś początek?













