Znalazłam Martę Wysocką drżącą za zamkniętymi drzwiami gabinetu, a następnego ranka jej własna rodzina zaczęła odbierać jej głos.
Był wtorkowy wieczór, kilka minut po dwudziestej drugiej, kiedy wracałam korytarzem do archiwum po zostawiony notes. W całym biurowcu paliła się tylko jedna lampa nad recepcją. Jej światło padało na szarą wykładzinę i oderwany guzik z granatową nitką, który leżał przy drzwiach gabinetu Marty.
Zapukałam.
— Pani Marto? To ja, Lena.
Nie odpowiedziała. Usłyszałam tylko ciche uderzenie szkła o blat. Nacisnęłam klamkę, lecz drzwi były zamknięte od środka.
— Proszę otworzyć. Wszystko w porządku?
Dopiero po chwili dobiegł mnie jej szept:
— Nie ufaj nikomu, kto jutro przyjdzie pierwszy.
Serce podeszło mi do gardła. Marta była kobietą, która potrafiła zatrzymać zebranie jednym spojrzeniem. Nigdy nie widziałam jej przestraszonej. Znalazłam zapasowy klucz w szufladzie recepcji i wsunęłam go do zamka.
Stała przy oknie, bosa, z rozciętą dłonią. Na podłodze leżała przewrócona filiżanka, a obok niej mała brązowa buteleczka bez etykiety. Jej biała bluzka miała przy kołnierzu ciemną plamę, jakby ktoś chwycił ją mokrą ręką.
— Kto panią zaatakował? — zapytałam.
— Nikt nie musiał mnie dotknąć — odparła. — Chcą, żebym jutro wyglądała jak ktoś, kto nie potrafi decydować.
— Kto?
Marta spojrzała na mnie, lecz przez moment miałam wrażenie, że patrzy gdzieś dalej, poza szybę i rozświetlone miasto.
— Mój brat Roman. Moja siostra Eliza. I lekarz, któremu płacą za podpisy.
Wtedy zauważyłam zielony kamień w jej pierścieniu. Kamień był pęknięty przez środek. Marta zdjęła pierścień i zacisnęła go w dłoni.
— Jutro o ósmej trzydzieści odbędzie się posiedzenie rady — powiedziała. — Przygotowali dokument, według którego jestem niezdolna do kierowania przedsiębiorstwem.
— Ale przecież to pani je zbudowała.
— Właśnie dlatego chcą mnie usunąć, zanim odkryję, co zrobili z pieniędzmi fundacji.
Z szafy wyjęła szarą, zapieczętowaną kopertę. Nie podała mi jej. Położyła ją na biurku, jakby bała się, że papier może wybuchnąć.
— Jeśli jutro wejdzie tu Roman, nie pozwól mu jej zabrać.
— Co jest w środku?
Marta otworzyła usta, ale nagle zachwiała się i oparła o krawędź biurka. Podbiegłam do niej. Jej skóra była zimna jak marmur.
— Wezwę pogotowie.
— Nie. Jeszcze nie. Posłuchaj mnie, Leno. Jeśli zacznę mówić rzeczy, które nie mają sensu, nagraj wszystko.
W nocy prawie nie spałam. O siódmej piętnaście wróciłam do biura. Przed wejściem stał samochód Romana, a w holu czekał siwiejący lekarz z czarną walizką. Eliza trzymała pod pachą niebieską teczkę.
Roman uśmiechnął się do mnie.
— Pani Maj, od dziś lepiej będzie, jeśli przestanie pani udawać, że to pani firma.
Marta siedziała przy stole konferencyjnym, blada i nieruchoma. Na jej dłoni nie było zielonego pierścienia.
Przewodniczący rady zamknął drzwi, lekarz położył walizkę na stole, a Roman wyciągnął rękę w stronę szarej koperty…













