CZĘŚĆ 4
Siergiej wyniósł mój dowód osobisty podczas pakowania torby.
Nie zauważyłam tego, bo patrzyłam na jego twarz, szukając choć odrobiny wstydu.
Teraz liczyła się każda minuta.
Zadzwoniłam na policję, a potem do Leny.
— Nie wychodź z mieszkania — powiedziała. — Zamknij drzwi i niczego nie dotykaj.
— On ma mój dokument.
— I prawdopodobnie użył go do wniosku. Przyjadę do ciebie.
O dwudziestej trzeciej czterdzieści rozległo się pukanie.
Nie otworzyłam.
— Karina, to ja — powiedział Siergiej. — Chcę porozmawiać.
Stałam w przedpokoju, trzymając telefon przy uchu. Na podłodze leżał mój mosiężny brelok. Upuściłam go wcześniej, kiedy policjant zapisał moje zgłoszenie.
— Zostawiłeś coś? — zapytałam przez zamknięte drzwi.
— Dowód. Przyszedłem go oddać.
— Połóż go na wycieraczce.
— Otwórz, proszę.
— Nie.
Przez chwilę milczał.
— Karina, przesadzasz. To był tylko wniosek. Mama chciała sprawdzić, czy możemy dostać kredyt.
— Na moje nazwisko?
— Nie wiedziałem, że bank potraktuje to tak poważnie.
— A nagranie? Też nie wiedziałeś, że potraktuję je poważnie?
Za drzwiami zapadła cisza.
— Mama mówiła rzeczy w złości.
— A ty odpowiadałeś jej spokojnie. Słychać to wyraźnie.
Kiedy przyjechała Lena, Siergiej nadal stał na klatce. Policjanci zabrali dowód, zrobili zdjęcia koperty i zapisali numery telefonu, z których wysyłano wiadomości do banku.
Inga Pietrowna próbowała przejąć rozmowę przez telefon.
— To rodzinne nieporozumienie! — krzyczała. — Moja synowa chce zniszczyć małżeństwo!
Policjant spojrzał na mnie.
— Czy chce pani złożyć zawiadomienie dotyczące próby wyłudzenia?
Przełknęłam ślinę.
— Tak.
Siergiej spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Naprawdę zgłosisz własnego męża?
— Zgłoszę człowieka, który użył mojego dokumentu bez zgody.
— Przecież chciałem pomóc mamie.
— Właśnie to powiedziałeś.
Policjant odtworzył nagranie z laptopa. Słowa Siergieja zabrzmiały w małym przedpokoju głośniej niż wcześniej.
„A jeśli się zorientuje?”
Usłyszał własny głos z drugiego końca pokoju.
Jego twarz stężała.
— Nie pamiętam, żebym to powiedział.
— Ale to ty powiedziałeś — odpowiedziałam.
— Byłem zdenerwowany.
— Byłeś świadomy.
Lena stanęła obok mnie.
— Siergiej, wróć do matki. Ona czeka na kogoś, kogo może kontrolować.
Siergiej spuścił wzrok.
— Karina, daj mi jeszcze jedną szansę.
— Szansę dostałeś za każdym razem, kiedy mówiłeś, że ona tylko się troszczy.
Następnego ranka pojechałam do kancelarii notarialnej. Prawnik sprawdził dokumenty babci i potwierdził, że mieszkanie było moją wyłączną własnością. Przygotował także pismo do banku oraz wniosek o zabezpieczenie przed jakimikolwiek czynnościami dotyczącymi lokalu.
W południe zadzwonił do mnie doradca, który przyszedł z Ingą.
— Pani Karino, muszę wyjaśnić jedną rzecz. Pański mąż powiedział, że ma pani zgodę na wykorzystanie dokumentu.
— Nie miał.
— Wiem. Dlatego przekazałem policji kopię korespondencji.
Po raz pierwszy ktoś obcy powiedział jasno, że to nie ja przesadzam.
Sprawa ciągnęła się kilka tygodni. Bank wycofał wniosek. Policja wszczęła postępowanie w sprawie wykorzystania mojego dokumentu i próby uzyskania pożyczki. Inga Pietrowna nadal dzwoniła, ale po kilku dniach przestałam odbierać.
Siergiej pisał częściej.
„Mama popełniła błąd”.
„Ja też”.
„Możemy zacząć od nowa”.
Nie odpowiadałam.
Pewnego wieczoru przyszedł z adwokatem. Stałam w kuchni, gdy usłyszałam pukanie.
— Nie możesz mnie tak po prostu wyrzucić — powiedział zza drzwi.
— To nie ja cię wyrzuciłam. Ty sam wyszedłeś.
— Jestem twoim mężem.
— I dlatego porozmawiamy przez prawników.
Jego adwokat westchnął.
— Panie Siergieju, pańska żona ma pełne prawo odmówić rozmowy. Proszę nie pogarszać sytuacji.
Siergiej odwrócił się do niego.
— Pan też jest przeciwko mnie?
— Jestem przeciwko temu, żeby udawał pan, że nie rozumie konsekwencji własnych działań.
Wtedy Siergiej po raz pierwszy naprawdę się przestraszył.
Rozwód sfinalizowano po kilku miesiącach. Mieszkanie pozostało moje. Zgłoszenie dotyczące kredytu zakończyło się dla Siergieja obowiązkiem naprawienia szkody i ograniczeniem kontaktu ze mną. Inga Pietrowna musiała spłacić część długów w inny sposób. Nie cieszyłam się z tego.
Po prostu przestałam ją ratować.
Najtrudniejszy moment przyszedł później, kiedy pakowałam rzeczy Siergieja do kartonu. W sypialni zostało puste miejsce po jego książkach, a na parapecie leżało zdjęcie ze ślubu. Wzięłam je do ręki.
Na fotografii uśmiechaliśmy się oboje. Nie wiedziałam jeszcze, że za kilka tygodni ten uśmiech będzie dla mnie wspomnieniem kogoś obcego.
Lena pomogła mi wynieść karton.
— Chcesz wyrzucić zdjęcie? — zapytała.
— Nie. Schowam je.
— Po co?
— Żeby pamiętać, że kiedyś naprawdę wierzyłam, że będzie dobrze. To też była część mojego życia.
Minęły cztery miesiące.
Znalazłam pracę w małej pracowni projektowej niedaleko parku. Rano piłam kawę z kubka po babci, po pracy kupowałam świeży chleb i wracałam do mieszkania, które znowu zaczęło brzmieć jak moje.
Przestawiłam stół pod okno.
Wymieniłam krzywą zasłonę.
Na lodówce zawiesiłam rysunek siostrzenicy Leny. Narysowała mój dom z wielkim żółtym słońcem nad dachem.
— Tu nie ma żadnych ludzi — zauważyłam.
— Są — odpowiedziała. — Tylko w środku. Tam, gdzie jest bezpiecznie.
W grudniu spadł pierwszy śnieg. Stałam przy oknie i patrzyłam, jak płatki osiadają na parapecie, kiedy telefon zawibrował.
Wiadomość od Siergieja brzmiała: „Jestem w mieście. Mogę wejść tylko na chwilę? Chcę zobaczyć nasze mieszkanie”.
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem odpisałam: „To już nie jest nasze mieszkanie. Nie przychodź”.
Nie czekałam na odpowiedź.
Odłożyłam telefon i otworzyłam szufladę komody. W środku leżał mosiężny brelok w kształcie małego klucza, ten sam, który ściskałam w dłoni tamtego wieczoru.
Przypięłam go do nowych kluczy.
Za oknem śnieg przykrywał ślady na chodniku.
Tym razem naprawdę byłam u siebie.
I przekręciłam klucz od środka.
Przegapiłeś początek?












