CZĘŚĆ 4
…telefon zamilkł dopiero po kilku sygnałach, ale w kancelarii nadal panowała cisza.
Piotr patrzył na ekran, jakby liczył, że obcy numer zniknie, jeśli wystarczająco długo będzie na niego patrzył.
— Powiedz, że to pomyłka — zażądała Karolina.
— To ty powiedziałaś im, że możesz sprzedać dom?
— Nie sprzedać. Tylko znaleźć inwestora.
— Na cudzy dom?
— Przestań tak mówić!
Pani Zofia spokojnie wyjęła telefon z głośnikiem.
— Czy nagrała pani tę rozmowę? — zapytałem.
— Tak. I mam jeszcze wiadomości oraz kopie przelewów.
Karolina rzuciła się do drzwi.
— Nigdzie nie idziesz — powiedział Piotr.
Odwróciła się powoli.
— Ty mi rozkazujesz?
— Pierwszy raz od dawna.
Jej twarz wykrzywiła się z wściekłości.
— Gdyby nie ja, nadal byłbyś nikim. To ja znalazłam wykonawcę. To ja urządziłam ten dom. To ja zrobiłam z niego coś, co można wynajmować.
— To nie znaczy, że mogłaś go sprzedać.
— Mogłam, bo Marek nawet nie zauważyłby, gdyby zniknął.
Usłyszałem te słowa wyraźnie.
Nie dlatego, że były najgorsze.
Dlatego, że nagle zabrzmiały tak, jakby mówiła je ktoś stojący obok mnie.
Pani Zofia podniosła palec i ponownie włączyła nagranie z domu.
Głos Karoliny wypełnił pomieszczenie.
— Marek nawet nie zauważyłby, gdyby zniknął.
Tym razem usłyszał go także Piotr.
Usiadł ciężko na krześle.
— To naprawdę powiedziałaś.
— Byłam zła.
— Nie. Byłaś pewna, że możesz wszystko zabrać.
— Nie przesadzaj.
— Wyrzuciłaś go z jego domu.
— Bo przeszkadzał.
Piotr zakrył twarz obiema dłońmi.
Pani Zofia zadzwoniła do wykonawcy remontu. Wyjaśniła, że nieruchomość nie jest na sprzedaż, a dokumenty przedstawione przez Karolinę nie dają jej żadnego prawa do rozporządzania domem. Potem skontaktowała się z rodzinami, które wpłaciły zaliczki.
Każdy telefon trwał kilka minut.
Każdy kończył się tak samo.
Zwroty pieniędzy miały zostać wykonane z rachunku Karoliny i Piotra, a nie z mojego.
— Nie mamy tyle — wyszeptał Piotr.
— Macie samochód i mieszkanie — odpowiedziała pani Zofia. — Jeśli będzie trzeba, sprzedacie rzeczy, które kupiliście za te pieniądze.
Karolina zerwała się z krzesła.
— Nie pozwolę, żebyście zrujnowali moje życie!
— To nie my je zrujnowaliśmy — powiedziałem. — My tylko przestaliśmy je za ciebie osłaniać.
W drodze powrotnej nad jezioro Piotr jechał za mną. Padał deszcz, a wycieraczki przesuwały się po szybie z równym, smutnym rytmem.
Przy domu czekał już mężczyzna w jasnym płaszczu. Obok niego stała kobieta z aparatem fotograficznym.
— To państwo od zakupu? — zapytałem.
— Mieliśmy podpisać umowę — odparł mężczyzna. — Pani Karolina powiedziała, że właścicielami są obaj bracia.
— Nie jest.
Podałem mu odpis aktu własności.
Przeczytał go dwa razy, potem odsunął się od ogrodzenia.
— Chcę zwrotu zaliczki.
— Otrzyma ją pan.
— A jeśli nie?
— Będzie pan miał dokumenty, nagrania i numer prawniczki.
Mężczyzna skinął głową, lecz jego twarz pozostała twarda.
Karolina stała na ganku. Wciąż miała na sobie mój granatowy szlafrok.
— Oddaj mi klucze — powiedziała.
— Już ci je oddałem. Piotrowi. A Piotr oddał je mnie.
— To nie może tak wyglądać.
— Właśnie tak wygląda, kiedy ktoś korzysta z cudzej własności bez zgody.
— Jesteśmy rodziną.
— Dlatego tak długo wierzyłem, że nie muszę sprawdzać, co robicie.
Zadzwoniłem po ślusarza. Przyjechał następnego ranka, w poniedziałek, z metalową skrzynką i pękiem nowych zamków. Karolina nie chciała odejść.
— Masz zamiar zamknąć mnie na zewnątrz?
— Nie. Zamykam dom przed osobami, które nie mają prawa w nim być.
— Piotr, zrób coś!
Mój brat stał przy samochodzie.
— Nie mogę — odpowiedział.
Po raz pierwszy zobaczyłem, że mówi prawdę.
W południe przyjechał funkcjonariusz z wezwaniem dla Karoliny. Nie zakuto jej w kajdanki. Nie było krzyków ani widowiska. Podał jej dokument, poprosił o podpis i cierpliwie czekał, aż przestanie drżeć.
Ona czytała pierwszą stronę, potem drugą.
— To przez ciebie — powiedziała do Piotra.
— Nie. Przez nasze decyzje.
— Powiedz mu, że to nie tak miało być.
Piotr spojrzał na mnie.
— Wiem, że nie naprawię tego jednym przepraszam.
— Nie naprawisz.
— Mogę spłacić wszystko.
— Powinieneś.
— A potem?
Pomyślałem o latach, w których przyjeżdżał tu z dziećmi, o ogniskach, o rozmowach z ojcem na pomoście. Pomyślałem też o jego milczeniu, kiedy Karolina wyrzucała mnie z mojego domu.
— Potem zobaczymy — odpowiedziałem.
Tego wieczoru wszyscy wyjechali.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy dom był naprawdę cichy.
Wszedłem do środka sam. W kuchni zostały okruszki ciasta, na podłodze leżała plastikowa muszla, a na kanapie ktoś zapomniał dziecięcy koc. W jednej z sypialni szafa była otwarta, lecz pusta. Zniknęły ręczniki, poduszki i mój granatowy szlafrok.
Na stole znalazłem tylko fotografię.
Było na niej nasze zdjęcie z dzieciństwa: ja i Piotr siedzący na pomoście, z ojcem stojącym za nami. Rogi fotografii były zagięte, ale na odwrocie widniał jego charakter pisma: „Tu nauczyliście się wracać do brzegu”.
Wsunąłem zdjęcie do szuflady.
Pół roku później mieszkałem już w mieście oddalonym o godzinę drogi od jeziora. Dom wynajmowałem rodzinom, które podpisywały umowy, szanowały ciszę i nie udawały właścicieli. Nie przynosiło to fortuny, ale rachunki były opłacone, a ja znów lubiłem tam jeździć.
W sobotnie poranki naprawiałem płot, podlewałem zioła i robiłem kawę na małej kuchence przy oknie.
Piotr spłacił pierwszą część pieniędzy po sprzedaży samochodu. Drugą przesłał po sprzedaży łodzi. Karolina wyprowadziła się do siostry. Sprawa o fałszywe dokumenty nadal trwała, ale nie śledziłem jej każdego dnia.
Nie chciałem, żeby cudze konsekwencje stały się moim nowym domem.
Pewnego listopadowego popołudnia przyjechał do mnie Piotr. Stał przy furtce z rękami w kieszeniach.
— Mogę wejść? — zapytał.
— Możesz.
Usiedliśmy na werandzie. Jezioro było ciemne, a po wodzie przesuwały się pierwsze płatki śniegu.
— Mój syn pytał, kiedy znów zabierzesz nas nad jezioro — powiedział Piotr.
— A ty co mu odpowiedziałeś?
— Że nie wiem.
— To uczciwa odpowiedź.
— Czy kiedyś nam wybaczysz?
Spojrzałem na jego mokre buty, na ślady błota na deskach i na dłonie, które kiedyś trzymały mój zapasowy klucz.
— Wybaczenie nie oznacza oddania kluczy.
Piotr skinął głową.
— Rozumiem.
Tym razem chyba naprawdę rozumiał.
W grudniu dostałem wiadomość od Karoliny. Napisała, że wszystko się zmieniło, że tęskni za domem i że możemy „zacząć od nowa”. Na końcu dodała, że przecież rodzina powinna sobie pomagać.
Przeczytałem ją przy kuchennym stole.
Potem odpisałem tylko: „Życzę ci spokoju. Nie wracaj tutaj bez zaproszenia”.
Nie czułem triumfu.
Czułem ulgę.
Wieczorem zawiesiłem przy nowych drzwiach małą mosiężną latarnię z wygrawerowaną siódemką. Była porysowana, ale nadal odbijała światło lampy.
Zamknąłem drzwi, sprawdziłem zamek i wyszedłem na ganek.
Za domem jezioro oddychało ciemnością.
Tym razem to ja decydowałem, kto może wrócić do brzegu.
Przegapiłeś początek?













