CZĘŚĆ 4 — Wróciłam z sanatorium i zobaczyłam pusty pokój córki, a wtedy moja teściowa przestała się uśmiechać

CZĘŚĆ 4

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

Słyszałam tylko cichy szum telefonu przy uchu i nierówny oddech Alicji.

— Kim pan jest? — zapytałam.

— Nazywam się Jan Borkowski. Katarzyna była moją żoną. Nie mam dużo czasu, ale muszę panią ostrzec. Siergiej nie dowiedział się o testamencie przypadkiem.

Siergiej ruszył w moją stronę.

— Oddaj mi telefon.

Odsunęłam się.

— Nie dotykaj mnie.

— Olga, to rodzinne sprawy.

— Właśnie przestały być tylko rodzinne.

Jan mówił dalej:

— Katarzyna odnalazła Siergieja rok temu. Powiedziała mu, że chce naprawić dawną krzywdę. On zapytał wyłącznie o majątek. Kiedy usłyszał, że wszystko dostanie dopiero po spełnieniu warunków, zaczął kombinować.

— Dlaczego oddała go do adopcji? — zapytałam.

— Nie oddała. Galina zabrała go ze szpitala i sfałszowała dokumenty. Katarzyna przez całe życie wierzyła, że dziecko zmarło.

Galina Nikołajewna zachwiała się.

— Kłamie pan — wyszeptała.

Jan usłyszał ją przez telefon.

— Galina, mam kopię twojego zeznania. I pamiętam pielęgniarkę, której zapłaciłaś.

Siergiej zastygł.

— Mamo?

Galina zakryła usta dłonią.

Marta natychmiast wyjęła telefon.

— Panie Janie, proszę nie przerywać połączenia. Policja jest już w drodze.

Siergiej spojrzał na nią z niedowierzaniem.

— Policja?

— Zawiadomienie zostało złożone dziś rano — odpowiedziała. — O przywłaszczenie środków, fałszowanie dokumentów i próbę bezprawnego zatrzymania dziecka.

— To była moja córka! — krzyknął.

Alicja przytuliła się do mojego boku.

— Nie jestem rzeczą — powiedziała cicho.

Te słowa uciszyły go bardziej niż wszystko inne.

Telefon Siergieja zadzwonił. Spojrzał na ekran.

— To mój prawnik.

Odebrał.

— Mecenasie, musi pan tu przyjechać. Oni próbują mnie oczernić.

Słuchał przez kilka sekund. Jego twarz zmieniała się z gniewnej w pustą.

— Co znaczy, że nie będzie mnie pan reprezentował?

Kolejna pauza.

— Ale zapłaciłem panu!

Rozłączył się.

Marta wyjaśniła spokojnie:

— Pański prawnik otrzymał dokumenty audytu. Odmówił dalszej współpracy, bo dowiedział się, że ukrył pan przed nim część przelewów.

Wtedy do drzwi zapukali policjanci.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Próbowałem połączyć białe niemowlę z gorylami, lecz po piątej odmowie nawet Maria zbladła

Galina usiadła na krześle, trzymając się za pierś. Siergiej nie próbował już mnie zatrzymywać. Stał przy stole, obok czarnej teczki, którą przygotował, żeby odebrać mi Alicję.

Jeden z policjantów włączył nagranie jeszcze raz.

— Jeśli Olga odejdzie, mieszkanie zostanie przy mnie — powiedział głos Siergieja.

Usłyszał samego siebie.

Tym razem nie mógł powiedzieć, że nie pamięta.

— To nie miało tak zabrzmieć — szepnął.

— Zabrzmiało dokładnie tak, jak chciałeś — odpowiedziałam.

— Olga, błagam.

— Przez siedem lat prosiłam cię tylko o jedno: żebyś stanął po mojej stronie.

— Stanąłem.

— Nie. Stałeś obok swojej matki i patrzyłeś, jak mnie niszczy.

Policjant poprosił go, żeby odsunął się od stołu.

Alicja ścisnęła mój palec.

— Mamo, wracamy do domu?

— Tak.

— A moje rzeczy?

— Spakujemy je razem.

Wróciłyśmy do mieszkania późnym wieczorem. W pokoju Alicji zostało tylko puste miejsce po regale i kurz w kształcie małych kółek na podłodze. Na parapecie znalazłam jedną rzecz, której nie zabrali: czerwony brelok w kształcie latarni. Pęknięty na krawędzi.

Alicja podniosła go ostrożnie.

— Myślałam, że go zgubiłaś.

— Ja też.

— Naprawimy go?

— Nie od razu.

Usiadłyśmy na podłodze. Po raz pierwszy od wielu miesięcy w domu nie musiałam nasłuchiwać, czy ktoś przekręca klucz w zamku.

Tydzień później Siergiej próbował odzyskać kontrolę. Dzwonił do mojej siostry, wysyłał wiadomości, przysłał nawet bukiet białych tulipanów z kartką: „Porozmawiajmy jak dorośli”.

Nie odpowiedziałam.

Jego adwokat wysłał pismo, w którym proponował ugodę. Siergiej miał zrzec się roszczeń do mieszkania, jeśli wycofam zawiadomienie.

Marta przeczytała dokument i spojrzała na mnie.

— Chce pani coś odpisać?

— Tak.

Napisałam jedno zdanie: „Nie wycofam prawdy tylko dlatego, że stała się dla pana niewygodna”.

Potem zablokowałam numer.

Minęły trzy miesiące.

Znalazłam pracę w małej księgarni przy ulicy Lipowej. Każdego ranka otwierałam okiennice, podlewałam paproć przy kasie i układałam książki według kolorów, bo tak lubiła Alicja.

Ona zaczęła chodzić do nowej szkoły. W poniedziałki odrabiała lekcje przy kuchennym stole, w środy miała taniec, a w piątki kupowałyśmy drożdżówki z serem w piekarni obok przystanku.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  W dniu ślubu znalazłam zamiast sukni kostium klauna, a gdy ekran rozbłysnął, moja teściowa nagle pobladła

Nie wszystko było łatwe.

Pewnego wieczoru zapytała:

— Czy tata naprawdę chciał, żebym mieszkała u babci?

Odłożyłam nóż, którym kroiłam jabłko.

— Twój tata podjął decyzje, których nie powinien był podejmować.

— To przeze mnie?

— Nigdy. Dorośli czasem robią złe rzeczy, bo boją się stracić pieniądze albo władzę. To nie jest wina dziecka.

— A ty się bałaś?

— Bardzo.

— A teraz?

Spojrzałam przez okno. Na parapecie leżał naprawiony brelok. Nie skleiłam go. Zostawiłam pęknięcie, bo przypominało mi, że coś może zostać uszkodzone i nadal wskazywać drogę.

— Teraz też czasami się boję — powiedziałam. — Ale już nie jestem sama.

Alicja przytuliła się do mnie.

Pierwszy śnieg spadł w listopadzie. Cienkie płatki topiły się na szybie księgarni, a ja zamykałam kasę, kiedy telefon zawibrował.

Wiadomość była od Siergieja.

„Mam prawo zobaczyć córkę. Jeśli się zgodzisz, zacznę wszystko od nowa. Wiem już, co straciłem”.

Przeczytałam ją dwa razy.

Nie poczułam triumfu.

Tylko zmęczenie.

Odpisałam: „Alicja będzie się z tobą spotykać wyłącznie wtedy, gdy zdecyduje o tym sąd i gdy będzie przy niej psycholog. Ja nie wrócę do tego małżeństwa”.

Po chwili pojawiły się trzy kropki. Zniknęły. Pojawiły się znowu.

Nie czekałam na odpowiedź.

Wyłączyłam telefon i wróciłam do domu.

Alicja spała na kanapie z książką otwartą na kolanach. Na stole czekał jej rysunek: trzy postacie pod żółtą latarnią, a nad nimi ogromne, jasne niebo.

— To my? — zapytałam rano.

— Tak. Latarnia pokazuje, gdzie jest dom.

Przypięłam rysunek do lodówki i zawiesiłam czerwony brelok przy kluczach.

Nie po to, żeby pamiętać o Siergieju.

Po to, żeby pamiętać o sobie.

Tym razem to ja trzymałam klucze.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Wróciłam z sanatorium i zobaczyłam pusty pokój córki, a wtedy moja teściowa przestała się uśmiechać
Mąż wyrzucił mnie z gospodarstwa z jednym walizkowym bagażem, lecz gdy zobaczył, co trzymam pod kuchenną podłogą, zbladł