CZĘŚĆ 4
Roman odsunął mnie za siebie, lecz James już naciskał przycisk alarmu przy drzwiach.
Rozległ się ostry sygnał.
Mężczyzna z bronią zaklął.
— Klucz! — wrzasnął.
Roman trzymał go między dwoma palcami.
— Podejdź i weź.
— Nie próbuj sztuczek.
— To ty przyszedłeś do szpitala z pistoletem. Sztuczki są po twojej stronie.
Korytarzem dobiegli ochroniarze. Napastnik odwrócił głowę zaledwie na sekundę. To wystarczyło. Roman uderzył go w nadgarstek, James kopnął broń pod automat z wodą, a dwóch ochroniarzy powaliło mężczyznę na podłogę.
Price stał nieruchomo, z twarzą białą jak papier.
— Nie rozumiecie, co robicie — powiedział.
— Rozumiemy aż za dobrze — odparł James.
Policja przyjechała po jedenastu minutach. Tym razem nikt nie próbował przyspieszać sprawy pieniędzmi ani znajomościami. James zadzwonił do prokuratury stanowej, a kopię nagrania wysłał na trzy niezależne adresy.
Roman wykonał tylko jeden telefon.
— Potrzebuję prawnika, który nie pracował dla mojego ojca — powiedział. — I potrzebuję go tutaj natychmiast.
Prawniczka przyjechała przed północą. Nazywała się Marta Lewandowska i miała krótkie siwe włosy oraz teczkę z wytartym rogiem.
Przejrzała kopertę, nagranie i dokumenty.
— Nie mogę was reprezentować, jeśli będziecie próbować ukryć cokolwiek przed prokuraturą.
— Nie będziemy — powiedział Roman.
— Pan również jest na tym nagraniu pośrednio związany z rodziną DeLuca. To może być dla pana niebezpieczne.
— Wiem.
— A jeśli ktoś z pańskich ludzi maczał w tym palce?
Roman spojrzał na mnie.
— Wtedy odpowie.
— Nawet jeśli to pański brat?
Jego szczęka napięła się.
— Zwłaszcza wtedy.
O trzeciej nad ranem Sofia odzyskała przytomność. Wszedłem… Roman wszedł do jej sali, a ja zostałam przy drzwiach. Miała bladą twarz i plaster na skroni, lecz poruszyła prawą dłonią.
— Lena — wyszeptała.
Roman odwrócił się do mnie.
— Wiedziałaś, że to ja? — zapytała Sofia.
— Nie. Dopiero teraz.
— Próbowałam cię znaleźć. Twój ojciec zostawił list. Price go przejął, zanim trafił do ciebie.
— Co było w liście?
Sofia wskazała szafkę.
Roman wyjął z niej małe pudełko po herbacie. W środku znajdował się list i zdjęcie z kawiarni przy nabrzeżu. Na zdjęciu miałam włosy związane czerwoną apaszką w żółte kropki. Roman stał obok mnie i udawał, że nie patrzy.
Rozwinęłam kartkę.
Ojciec pisał, że nie ukradł leków. Odkrył, iż transporty miejskie przewoziły substancje do prywatnych klinik burmistrza. Price fałszował dokumenty, a Antoni DeLuca finansował całą operację. Ojciec odmówił podpisania kolejnego transportu, więc zrobiono z niego przestępcę.
Na końcu listu widniało jedno zdanie: „Jeśli ktoś cię ocali, nie pozwól mu ocalić się kosztem prawdy”.
Sofia zaczęła płakać.
— Twój ojciec chciał, żebyś wiedziała, że cię nie zawiódł.
Przycisnęłam kartkę do piersi. Przez siedem lat byłam przekonana, że umarł, wierząc w kłamstwo o własnej córce. Teraz pierwszy raz dostałam od niego coś więcej niż pustą kopertę z więzienia.
Roman usiadł przy łóżku siostry.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? — zapytał.
Sofia odwróciła wzrok.
— Bo twój ojciec zagroził, że zabije Lenę, jeśli spróbuję ją ostrzec. A ty byłeś wtedy zbyt blisko jego ludzi.
Roman zacisnął oczy.
— Szukałem jej.
— Szukałeś dziewczyny, którą znałeś. Nie kobiety, którą miasto złamało.
Te słowa uderzyły go mocniej niż krzyk.
Następnego ranka prokurator zabezpieczył archiwum sektora siódmego. Znalazł tam oryginalne raporty, list mojego ojca, rachunki dla lekarzy i nagrania rozmów, które Price uważał za usunięte.
A także dokument podpisany przez Romana.
Była to zgoda na przekazanie miejskiej spółce ochroniarskiej kontroli nad szpitalem. Roman podpisał ją sześć lat wcześniej, nie wiedząc, że właśnie tą drogą Price przejął archiwum.
— To wystarczy, by oskarżyć mnie o współudział — powiedział Roman, kiedy Marta pokazała mu kopię.
— Jeśli pan będzie milczał, tak — odpowiedziała. — Jeśli pan powie prawdę, może pan być świadkiem.
— Nie chcę być świadkiem.
— Nikt nie chce.
Po południu zabrano Price’a w kajdankach. Burmistrz złożył rezygnację tego samego dnia. Lekarz naczelny uciekł z miasta, ale zatrzymano go na dworcu. Mój ojciec został pośmiertnie oczyszczony z zarzutów, a jego nazwisko wróciło do rejestrów Bellhaven.
Roman nie próbował kupić ciszy.
Oddał prokuraturze wszystkie księgi rodzinnej firmy, nawet te, które mogły go pogrążyć. Zeznał przeciwko ludziom ojca. Przez wiele tygodni jego imperium kurczyło się z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Pewnego wieczoru Marta włączyła nagranie w sali prokuratury.
Słyszałam własny głos sprzed lat, kiedy błagałam lekarza, by sprawdził dokumentację pacjenta.
— To nie ja podawałam ten lek. Proszę tylko spojrzeć na godzinę.
Potem rozległ się głos Price’a:
— Zamknijcie jej dostęp do systemu. Jutro wszyscy powiedzą, że była pijana.
Roman siedział po drugiej stronie stołu.
Słuchał bez ruchu.
Kiedy nagranie się skończyło, powiedział:
— Przepraszam.
— Nie ty to zrobiłeś.
— Ale przez lata korzystałem z miasta, które to zrobiło.
Nie miałam dla niego łatwego pocieszenia. Nie chciałam go wybielać. Po raz pierwszy jednak zobaczyłam, że rozumie różnicę między żalem a odpowiedzialnością.
Sofia wracała do zdrowia powoli. Przez miesiąc poruszała się z laską, a ja codziennie przynosiłam jej herbatę z kardamonem, której nadal nie lubiłam.
— Nadal jej nie cierpisz — zauważył Roman.
— Nadal ją przynosisz.
— Niektóre rzeczy trudno zmienić.
— Inne trzeba.
Kiwnął głową.
Kiedy opuściłam szpital, nie wróciłam do restauracji. James pomógł mi dostać pracę w małej przychodni poza centrum. W pierwszym tygodniu myliłam godziny dyżurów, gubiłam klucze i budziłam się przed świtem, przekonana, że ktoś znowu odbierze mi wszystko jednym podpisem.
Ale nikt nie przyszedł.
Po dwóch miesiącach odzyskałam licencję ratowniczki. Po trzech wynajęłam mieszkanie nad piekarnią przy ulicy Sadowej. Każdego ranka budził mnie zapach ciepłego chleba, a nie syreny.
Sofia odwiedziła mnie w listopadzie. Przyniosła rysunek, na którym trzy osoby stały pod wielkim słońcem. Jedną z nich byłam ja, choć narysowała mi włosy w kolorze pomarańczowym.
— To jesteś ty — powiedziała.
— Widzę podobieństwo.
— Roman mówi, że wyglądasz tak, kiedy jesteś szczęśliwa.
Zamarłam.
— Roman dużo mówi?
— O tobie najwięcej.
Nie odpowiedziałam.
Wiedziałam, że Roman po przejęciu firmy przez zarząd społeczny zamieszkał w małym mieszkaniu nad portem. Sprzedał dom, oddał udziały i codziennie pojawiał się w prokuraturze, by składać kolejne zeznania. Nie prosił mnie o spotkanie.
To było jego pierwsze uczciwe zachowanie wobec mnie.
W lutym spadł pierwszy śnieg. Siedziałam przy kuchennym oknie, gdy telefon zawibrował.
Wiadomość była krótka.
„Nie proszę, żebyś wróciła. Chcę tylko wiedzieć, czy mogę kiedyś zapukać, nie oczekując, że mi otworzysz.”
Patrzyłam na ekran długo.
Potem odpisałam:
„Możesz zapukać. Ale jeśli otworzę, wejdziesz jako Roman, nie jako król Bellhaven.”
Odpowiedź przyszła po minucie.
„Tego króla już nie ma.”
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy bez poczucia winy.
Na ścianie nad stołem zawiesiłam małą mosiężną latarenkę z restauracyjnej kieszeni. Przypięta do fartucha, przeżyła tamtą noc, choć wino zabarwiło jej łańcuszek na ciemny brąz.
Nie była już pamiątką po ojcu.
Stała się dowodem, że nawet po najciemniejszej nocy można samemu wybrać drzwi.
Roman zapukał tydzień później.
Nie miał ochroniarzy.
Nie miał kwiatów ani wielkich obietnic. Trzymał tylko papierową torbę z herbatą, której nie lubiłam.
Otworzyłam drzwi.
— Nadal jej nie cierpię — powiedziałam.
— Wiem.
— Więc po co ją kupiłeś?
— Bo tym razem chciałem pamiętać prawdę.
Wpuściłam go do środka.
Za oknem padał śnieg, a mosiężna latarenka kołysała się cicho nad stołem.
Tym razem nikt nie gasił światła.
Przegapiłeś początek?













