CZĘŚĆ 4
Pierwszy krok zabrzmiał na schodach, a za nim drugi.
Elena przycisnęła dłoń do ust. Zosia stała między nami, drobna i blada, z figurką konia zaciśniętą w palcach.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem do Maksyma.
Nie odebrał.
Spróbowałem jeszcze raz.
Tym razem usłyszałem tylko wyłączony telefon.
— Tędy — powiedziałem.
W kuchni odsunąłem lodówkę, za którą znajdowały się wąskie drzwi prowadzące do pomieszczenia gospodarczego. Nie znałem tego mieszkania, ale w takich budynkach zawsze istniały drogi, o których mieszkańcy woleli nie mówić.
— Skąd wiesz, że tam jest wyjście? — zapytała Elena.
— Nie wiem.
Na klatce skrzypnęła deska.
— Ale nie zamierzam czekać, aż się dowiem.
Zeszliśmy tylnymi schodami do piwnicy. Pachniało wilgocią i węglem. Zosia potknęła się o rurę, więc wziąłem ją na ręce. Była lekka jak pusta torba.
Na zewnątrz czekał mój kierowca, Roman, którego wezwałem kilka minut wcześniej. Maksym mógł znać mój telefon, lecz nie znał wszystkich ludzi, którym jeszcze ufałem.
— Do kliniki miejskiej — rozkazałem. — I nie zatrzymuj się.
— A co z Maksymem? — zapytała Elena.
— Najpierw zabieramy was w bezpieczne miejsce. Potem odbiorę mu wszystko, czym próbował nas straszyć.
Nie mówiłem jej, że od chwili przeczytania wiadomości miałem pewność, iż Maksym nie działał sam.
W klinice doktor Krawiec czekał na nas w pustym gabinecie. Położył na stole teczkę z wynikami i niewielki dyktafon.
— Przeprowadziłem badanie na podstawie próbki pobranej po omdleniu — powiedział. — Wynik jest jednoznaczny.
Elena odwróciła twarz.
— Powiedz jej — poprosiłem.
Lekarz spojrzał na mnie.
— Zosia jest pańską córką. Prawdopodobieństwo ojcostwa wynosi ponad dziewięćdziesiąt dziewięć procent.
Zosia nie rozumiała liczb. Rozumiała jednak ciszę, która po nich nastąpiła.
— To znaczy, że naprawdę jesteś moim tatą? — zapytała.
Kucnąłem przed nią.
— Tak.
— Dlaczego nie przyszedłeś wcześniej?
To pytanie było gorsze niż każdy zarzut.
— Bo nie wiedziałem, że istniejesz. A kiedy powinienem był szukać twojej mamy, uwierzyłem w kłamstwo i przestałem.
Zosia zastanowiła się chwilę.
— To teraz już wiesz?
— Teraz już wiem.
Elena rozpłakała się bezgłośnie. Nie podszedłem do niej. Wiedziałem, że przez siedem lat miała powód, by nie ufać moim przeprosinom.
Włączyłem dyktafon.
Z głośnika popłynął głos Maksyma sprzed lat.
— Jeśli powiesz Andrzejowi o dziecku, znikniecie obie. On nie może mieć rodziny. Rodzina czyni człowieka miękkim.
Drugi głos należał do Eleny.
— On nigdy by nas nie skrzywdził.
— Nie musi. Wystarczy, że dowie się niewłaściwy człowiek.
Nagranie urwało się, a potem pojawił się mój własny głos z dawnej rozmowy, której nie pamiętałem: „Załatw wszystko tak, żeby Elena przestała być problemem”.
Zosia spojrzała na mnie z lękiem.
— To ty tak powiedziałeś?
— Tak — odpowiedziałem. — Ale nie wiedziałem, co Maksym robił. Mimo to te słowa są moje i nie będę udawał, że jest inaczej.
W tej samej chwili telefon doktora zadzwonił.
Lekarz wysłuchał wiadomości i pobladł.
— Policja znalazła samochód Maksyma przy porcie — powiedział. — W środku są akta, rachunki i lista nazwisk.
— A on?
Krawiec spojrzał na mnie.
— Uciekł. I zostawił wiadomość, że jeśli go zatrzymają, opublikuje nagrania obciążające pana.
Przez sekundę nikt się nie odezwał.
Potem zrozumiałem, że Maksym nie próbował już tylko uciec.
Próbował zbudować swoją wolność na moim upadku.
I tym razem postanowiłem nie pozwolić mu wybrać zakończenia.
Przegapiłeś początek?













