CZĘŚĆ 4
Musi pan z nami porozmawiać — powtórzył głos za drzwiami.
Ryan cofnął się.
— Isabella, powiedz im, że to nieporozumienie.
— Nie mam już obowiązku ratować cię przed twoimi decyzjami.
— Jesteś moją żoną.
— Byłam. Przez ostatnie jedenaście tygodni jesteś rozwiedzionym mężczyzną.
Słowo „rozwiedzionym” uderzyło go mocniej niż wszystko, co wydarzyło się tego wieczoru.
Jego prawnik, Arthur Klein, odebrał telefon i przez kilka sekund tylko słuchał.
— Ryan — powiedział w końcu — nie mogę prowadzić tej rozmowy.
— Co ty mówisz?
— Rada nadzorcza zamroziła twoje pełnomocnictwa. Bank zażądał wyjaśnień. A prokuratura ma nakaz zabezpieczenia dokumentów.
— Jesteś moim prawnikiem!
— Byłem. Od tej chwili potrzebujesz obrońcy karnego.
Arthur odłożył telefon, schował teczkę i odszedł bez pożegnania.
Ryan został sam pośrodku sali, wśród czterystu osób, które jeszcze godzinę wcześniej chciały wznieść za niego toast.
Vanessa również próbowała odzyskać kontrolę.
— Ryan, powiedz im, że to wszystko wyjaśnisz.
— Zamknij się — syknął.
— To ty kazałeś mi się uśmiechać do kamer.
— Powiedziałem, żebyś się zamknęła!
Luca spojrzał na niego spokojnie.
— Właśnie dlatego nagranie jest tak cenne. Nie pokazuje potwora. Pokazuje człowieka, który uważał, że nikt nigdy nie odtworzy jego słów.
Funkcjonariusze weszli do sali. Jeden z nich odczytał Ryanowi nakaz zabezpieczenia dokumentów i przesłuchania w sprawie defraudacji. Ryan zerknął na mnie, jakby wciąż wierzył, że wystarczy jedna moja łza, by wszystko odwołać.
Nie uroniłam ani jednej.
Kiedy zakładano mu kajdanki, z głośników nadal płynęło jego nagranie. Techniczny nie wyłączył odtwarzania. Usłyszałam własny głos sprzed miesięcy, nagrany podczas rozmowy z Ryanem w naszym apartamencie.
— Czy ty mnie jeszcze kochasz?
A potem jego odpowiedź.
— Kocham to, co dzięki tobie wyglądam w oczach innych.
W sali zapadła cisza.
Ryan usłyszał swoje słowa po raz pierwszy tak, jak słyszeli je wszyscy inni. Jego twarz stężała. Spojrzał na mnie, potem na Vanessę, lecz żadna z nas nie odwróciła wzroku.
— Wyłączcie to — wyszeptał.
Tym razem nie krzyczał.
Prosił.
Nie potrafiłam już znaleźć w sobie gniewu. Zostało tylko zmęczenie i cicha pewność, że człowiek, którego kochałam, naprawdę powiedział te zdania. Nikt mu ich nie włożył w usta.
Gdy wyprowadzano go z sali, mój ojciec dotknął mojego ramienia.
— Chcesz wyjść?
— Tak.
Na zewnątrz padał pierwszy śnieg. Płatki osiadały na mosiężnej jaskółce przypiętej do mojej kopertówki.
— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałeś, kim naprawdę jesteś? — zapytałam Lucę w limuzynie.
— Bo chciałem, żebyś mogła wybrać własne życie, zanim świat wybierze je za ciebie.
— A teraz?
Ojciec spojrzał przez szybę na hotel.
— Teraz musisz wiedzieć wszystko.
W domu otworzył przede mną kasetkę, której nie widziałam od dnia pogrzebu matki. W środku leżały listy, zdjęcia i akt urodzenia.
Na ostatniej stronie widniało nazwisko człowieka, którego Ryan uważał za wspólnika mojego ojca.
Luca DeSantis nie był tylko moim ojcem.
Był właścicielem pakietu, który mógł zdecydować o losie całej firmy Ryana.
A pod aktem urodzenia znalazła się jeszcze jedna kartka: kopia przelewu z konta Ryana na rachunek należący do człowieka, który kiedyś próbował zabić Lucę.
Ojciec podniósł wzrok.
— On nie tylko cię zdradził — powiedział. — Próbował sprzedać informacje o naszej rodzinie.
Za oknem śnieg gęstniał, a mój telefon zaczął dzwonić.
Numer był nieznany.
Odebrałam.
— Pani DeSantis? — zapytał męski głos. — Jeśli chce pani, żeby Ryan Caldwell przeżył pobyt w areszcie, musi pani jutro przyjść sama na nabrzeże czwarte…
Przegapiłeś początek?













