Przyjęłam pracę u postrzelonego bossa, choć każda pielęgniarka uciekła przed końcem tygodnia — wtedy jego brat nagle zamilkł

Krew przesiąkła przez egipską bawełnę, zanim zdążyłam wypowiedzieć swoje nazwisko.

Stałam w drzwiach sypialni Dominica Rossiego, ściskając płócienną torbę, a za moimi plecami deszcz bębnił o szyby jak ktoś, kto chciał się dostać do środka. W powietrzu wisiał zapach cytrynowego środka do polerowania i metalicznej woni krwi.

— Wyjdź — powtórzył mężczyzna z łóżka.

Nie widziałam jeszcze jego twarzy. Ciemne zasłony przepuszczały tylko cienki pas szarego światła. Widziałam za to jego prawą rękę, zaciśniętą na krawędzi materaca, i bandaż na ramieniu, który był już całkowicie czerwony.

— Mogę wyjść — odpowiedziałam. — Ale wtedy za kilka godzin przestanie pan oddychać.

W pokoju zapadła cisza.

Serce uderzyło mi tak mocno, że poczułam puls w skroni. Pod palcami przesunęłam czerwoną emaliowaną spinkę w kształcie jaskółki, którą zawsze wpinałam we włosy podczas pracy. Należała do mojej matki. Kiedy się bałam, dotykałam jej skrzydełek.

Mężczyzna powoli odsunął zasłonę.

Dominic Rossi wyglądał młodziej, niż się spodziewałam. Miał może trzydzieści osiem lat, twarz ostrą jak wycięta z kamienia i oczy tak ciemne, że prawie nie odbijały światła. Na stoliku obok niego stała szklanka whisky, a pod nią leżała plama krwi.

— Sześć pielęgniarek uciekło — powiedział. — Siódma złamała sobie nadgarstek, kiedy próbowała mnie dotknąć.

— To brzmi jak problem z personelem, nie z leczeniem.

Jego usta drgnęły, ale nie był to uśmiech.

— Odważna jesteś jak na kobietę, która przyjechała samochodem rozpadającym się na bramie.

— Jestem odważna, bo w poniedziałek właściciel wyrzuci mnie z mieszkania razem z córką.

To go zatrzymało. Na sekundę.

Potem wskazał brodą na torbę.

— Podejdź.

Na łóżku leżały nożyczki, zakrwawiona gaza i nóż sprężynowy. Kiedy postawiłam torbę na stoliku, nóż otworzył się z ostrym trzaskiem.

— Nie próbuj mnie uśpić — powiedział.

— Nie mam leków nasennych.

— Wszyscy mają coś, czego nie wpisują do życiorysu.

— Ja mam córkę, długi i trzy lata pracy na nocnej zmianie. To wystarczy.

Odwinęłam bandaż. Rana postrzałowa była głęboka, ale nie wyglądała tak, jak powinna po zwykłym zakażeniu. Skóra wokół niej była ciemna, a krew sączyła się zbyt łatwo.

— Kto zmieniał opatrunek? — zapytałam.

— Lekarz.

— Kiedy?

— Wczoraj.

— A gorączka?

— Od pięciu dni.

Spojrzałam na niego.

— To nie jest zwykłe zakażenie.

Wstał gwałtownie. Świat zawirował mu pod stopami, lecz zdążył oprzeć się o komodę. Sięgnął po pistolet leżący obok lampy.

— Powiedziałem, że masz wyjść.

— A ja powiedziałam, że jeśli teraz wyjdę, umrzesz.

Lufa zatrzymała się kilka centymetrów od mojej twarzy. Czułam chłód metalu, ale nie cofnęłam się ani o krok. W głowie zobaczyłam Lenę, śpiącą tego ranka na rozkładanej kanapie u sąsiadki, z moim czerwonym szalikiem pod brodą.

Dominic patrzył na mnie długo.

W końcu opuścił broń.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Znalazłem wychudzonego psa przywiązанego do palika, a gdy zapytałem o jego właściciela, weterynarka nagle pobladła

— Zrób to — syknął. — Ale jeśli zaboli…

— Będzie bolało.

— Wszyscy przede mną kłamali.

— Ja nie mam czasu pana okłamywać.

Pochyliłam się nad raną. Wtedy usłyszałam cichy trzask za drzwiami. Ktoś zatrzymał się na korytarzu.

Dominic także to usłyszał.

— Leo? — zawołał.

Nikt nie odpowiedział.

Na podłodze, tuż przy progu, zobaczyłam mokry ślad buta. Nie należał do mnie ani do mężczyzny, który odprowadził mnie na górę.

Dominic chwycił mnie za nadgarstek.

— Nie ruszaj się.

Klamka zaczęła powoli opadać, a ja zobaczyłam, jak jego palce sięgają pod poduszkę po broń…

CZĘŚĆ 2

Klamka opadła do końca, lecz drzwi nie zdążyły się otworzyć. Dominic wyciągnął pistolet spod poduszki i wycelował w ciemny korytarz.

— Leo, odejdź od drzwi — powiedział cicho.

Zamiast odpowiedzi usłyszałam metaliczny szczęk zamka. Dominic pociągnął mnie za sobą, aż uderzyłam plecami o wysoką szafę. Z jej półki spadła porcelanowa figurka konia i roztrzaskała się przy moich stopach.

Drzwi otworzyły się gwałtownie.

W progu stał mężczyzna w granatowym garniturze. Poznałam go ze zdjęcia w dokumentach, które przeczytałam przed przyjazdem. Matteo Rossi, młodszy brat Dominica i człowiek zarządzający jego interesami podczas choroby.

— Co tu robisz? — warknął Dominic.

Matteo uniósł ręce.

— Przyniosłem lekarstwa.

— Bez pukania?

— Słyszałem krzyk.

Jego wzrok przesunął się po mnie, po zakrwawionym opatrunku i po pistolecie w dłoni brata.

— To nowa pielęgniarka? — zapytał. — Myślałem, że kolejna uciekła.

— Jeszcze nie — odpowiedziałam.

Matteo uśmiechnął się bez ciepła.

— Wszyscy w końcu uciekają, pani Hayes.

Poczułam, jak czerwona spinka wbija mi się w skórę głowy. Od rana włosy miałam spięte niedbale, a małe emaliowane skrzydełka przesuwały się przy każdym ruchu. Dotknęłam ich, żeby nie pokazać, że ręce zaczęły mi drżeć.

— Proszę zostawić lekarstwa i wyjść — powiedział Dominic.

Matteo postawił na stoliku brązową butelkę.

— Lekarz zalecił dwie tabletki.

— Jaki lekarz?

— Doktor Bellini.

Zbliżyłam się do butelki i powąchałam korek. Gorzki, słodkawy zapach przypomniał mi nocne dyżury na oddziale ratunkowym. Wtedy widziałam pacjentów, którzy krwawili bez powodu, a potem umierali, ponieważ ktoś zbyt długo udawał, że nic się nie dzieje.

— Tego nie podam — powiedziałam.

Matteo spojrzał na mnie z rozbawieniem.

— Nikt cię nie pytał o zdanie.

— Ja decyduję, co trafia do jego organizmu.

— Nie w tym domu.

Dominic uniósł broń wyżej.

— Wyjdź, Matteo.

Brat nie odszedł. Przez kilka sekund patrzyli na siebie jak ludzie, którzy znali nawzajem swoje najgorsze sekrety.

Potem Matteo odwrócił się i rzucił do mnie:

— Pani Hayes, radzę spakować torbę. Ten dom źle kończy się dla obcych.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Kiedy lekarz skazał Gabriela Vale’a na śmierć, sprzątaczka zrobiła krok do jego łóżka, a jego ochroniarz nagle zbladł

— A dla rodziny? — zapytałam.

Uśmiech zniknął z jego twarzy.

Wyszedł.

Dopiero kiedy jego kroki ucichły, Dominic opuścił pistolet. Usiadł ciężko na łóżku, a na białym prześcieradle pojawiła się nowa, czerwona plama.

— Powinnaś odejść — powiedział.

— To już słyszałam.

— Nie rozumiesz, kim on jest.

— Rozumiem, że przyniósł panu coś, czego nie wolno podać.

— Jeśli zostaniesz, możesz umrzeć.

— Jeśli odejdę, pan może umrzeć pierwszy.

Podłączyłam kroplówkę, pobrałam próbkę krwi i ukryłam fiolkę w kieszeni fartucha. Dominic obserwował każdy mój ruch.

— Po co to robisz? — spytał.

— Bo ktoś próbuje pana zabić.

— Wszyscy próbują.

— Nie. Ktoś robi to powoli, żeby wyglądało na pech.

O drugiej w nocy, w małym gabinecie na końcu korytarza, znalazłam dokumentację medyczną. Każda karta była podpisana przez doktora Belliniego, lecz godziny podania leków nie zgadzały się z godzinami zapisanymi w księdze pielęgniarek. Przy ostatniej stronie ktoś wyrwał połowę kartki.

Wtedy usłyszałam głos Matteo dobiegający zza uchylonych drzwi biblioteki.

— Rano ma przestać oddychać — mówił. — A jeśli ta nowa zacznie zadawać pytania, zróbcie z nią to samo co z poprzednią.

Zamarłam z dłonią na czerwonej spince.

Nie wiedziałam, że w kieszeni fartucha wciąż działało urządzenie, które nagrywało każde jego słowo…

CZĘŚĆ 3

Urządzenie w kieszeni fartucha zapiszczało cicho dokładnie w chwili, gdy Matteo odsunął krzesło w bibliotece.

Zatrzymałam oddech.

Była trzecia siedemnaście nad ranem. Stałam za ciężką kotarą, a przez szczelinę widziałam Matteo i doktora Belliniego przy biurku. Na blacie leżała otwarta kaseta metalowa, kilka strzykawek i arkusz z podpisem Dominica.

— Ona wie za dużo — powiedział lekarz.

— Nie wie jeszcze najważniejszego.

— Jeżeli pobrała krew…

— Rano jej już tu nie będzie.

Telefon w mojej kieszeni nagrywał wszystko. Kupiłam go za ostatnie pieniądze, gdy poprzednia pielęgniarka powiedziała mi, że w tym domu każda rozmowa może być ostatnią. Nie przypuszczałam, że użyję go tej samej nocy.

Cofnęłam się, lecz deska podłogi jęknęła.

Matteo odwrócił głowę.

— Kto tam jest?

Ruszyłam do korytarza. Biegłam w miękkich skarpetach po kamiennej posadzce, trzymając fartuch przy ciele. Za plecami usłyszałam przewrócone krzesło i ciężkie kroki.

Wpadłam do sypialni Dominica.

— Zamknij drzwi! — krzyknęłam.

Dominic próbował wstać.

— Co się stało?

— Twój brat podaje ci truciznę.

Za drzwiami rozległo się uderzenie.

Dominic chwycił mnie za ramię.

— Powtórz.

— Lekarz podaje ci środek rozrzedzający krew. Dlatego rana się nie goi, dlatego krwawisz i dlatego każda poprzednia pielęgniarka wyglądała na niekompetentną. Matteo chce, żebyś umarł powoli.

Drzwi zatrzęsły się ponownie.

— Nie masz dowodu — syknął.

Wyjęłam fiolkę z kieszeni.

— Mam próbkę twojej krwi. Mam butelkę, którą przyniósł. I mam nagranie.

Dominic patrzył na mnie, jakby po raz pierwszy naprawdę mnie zobaczył.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Ojciec zmusił mnie w ciąży do ślubu z biednym pielęgniarzem, a gdy po roku wszedł do naszego domu, nagle zbladł

— Włącz je.

— Teraz?

— Włącz.

Nacisnęłam ekran telefonu. Najpierw słychać było szuranie krzesła, potem głos Matteo, zimny i wyraźny.

„Rano ma przestać oddychać. A jeśli ta nowa zacznie zadawać pytania, zróbcie z nią to samo co z poprzednią.”

Doktor Bellini odpowiedział: „A pieniądze?”

„Dostaniesz je, kiedy podpisze dokumenty albo kiedy już nie będzie mógł podpisać niczego.”

Nagranie ucichło.

Dominic siedział bez ruchu. Jego twarz pobladła, lecz oczy stały się niemal czarne.

— To nie może być… — wyszeptał.

— Może.

— Matteo był przy mnie od śmierci ojca.

— Właśnie dlatego nikt go nie podejrzewał.

Drzwi otworzyły się z trzaskiem. Matteo wszedł z pistoletem w dłoni, a za nim lekarz. Leo pojawił się na schodach, trzymając zakrwawioną rękę przy boku.

— Odłóż broń — powiedział Dominic.

Matteo spojrzał na telefon w mojej dłoni.

— Ona cię okłamuje.

— Powiedz, że to nie twój głos — odparł Dominic.

Matteo milczał.

To wystarczyło.

Leo rzucił się na lekarza, a Dominic wystrzelił w sufit. Huk ogłuszył mnie, lecz chwilę później Matteo leżał na podłodze, przyciśnięty kolanem brata.

— Dlaczego? — zapytał Dominic.

Matteo roześmiał się krótko.

— Bo ojciec zostawił ci nazwisko, a mnie tylko obowiązek klękania przed tobą.

— Chciałeś mnie zabić dla pieniędzy?

— Chciałem przestać być twoim cieniem.

W oddali zawyły syreny. Nie wiedziałam, kto je wezwał.

Telefon zadrżał w mojej dłoni. Na ekranie pojawił się numer nieznanego komisariatu.

— Nora Hayes? — zapytał kobiecy głos, gdy odebrałam. — Musi pani natychmiast opuścić posiadłość. Mamy nakaz aresztowania…

CZĘŚĆ FINAŁOWA

Kiedy odsłuchali nagranie, Dominic przestał oddychać…

Myślałam, że najtrudniejsze będzie uratowanie jego życia. Nie wiedziałam jeszcze, że prawda zażąda ode mnie znacznie więcej.

Dominic po raz pierwszy usłyszał własne słowa z cudzych ust.
„Niech umrze, zanim zdąży komukolwiek powiedzieć.”
Twarz mu stężała.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już otwarty

Rate article
Przyjęłam pracę u postrzelonego bossa, choć każda pielęgniarka uciekła przed końcem tygodnia — wtedy jego brat nagle zamilkł
Ostrzegłem żonę, że odejdę, jeśli opublikuje to zdjęcie — nacisnęła „opublikuj”, a potem nagle przestała się uśmiechać