
CZĘŚĆ 4
— …a ojciec nie będzie mógł pani towarzyszyć — dokończyła lekarka.
Nicolas usłyszał każde słowo.
— Nie jedź tam sama — powiedział natychmiast. — To może być błąd.
Prokurator Anna Lewicka założyła mu kajdanki, ale nie zacisnęła ich od razu. Najpierw spojrzała na mnie.
— Czy chce pani, żeby ktoś został z panią do przyjazdu mamy?
Skinęłam głową.
— Krzysztof.
Nicolas szarpnął rękami.
— On jest oszustem!
— A pan jest zatrzymany — odpowiedziała prokurator. — Różnica polega na tym, że przeciwko niemu nie mam dziś nakazu.
To był pierwszy raz, kiedy Nicolas nie znalazł szybkiej odpowiedzi.
Telefon w jego kieszeni zaczął wibrować.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
— To mój adwokat — powiedział.
— Proszę odebrać na głośniku — poleciła Anna. — Chcę usłyszeć, czy próbuje pan wpływać na świadka.
Nicolas spojrzał na mnie z nienawiścią, a potem odebrał.
— Mecenasie, musisz natychmiast przyjechać.
— Nie mogę — odpowiedział męski głos. — Rezygnuję z reprezentowania pana.
— Co ty mówisz?
— Widziałem dokumenty. Nie będę bronił człowieka, który przez lata posługiwał się cudzą tożsamością i ukrywał dowody wypadku.
— Zapłaciłem ci!
— I zwrócę pieniądze.
Rozmowa się urwała.
Nicolas stał na środku salonu, między porzuconą walizką a koszem z naszymi córkami. Przez moment wyglądał jak ktoś, kto dopiero teraz zobaczył własne życie z zewnątrz.
— Nie możecie mnie tak zostawić — powiedział.
Krzysztof odpowiedział cicho:
— To ty zostawiłeś nas wszystkich.
Kiedy wyprowadzali go z domu, odwrócił się jeszcze raz.
— Marta, kochałem cię.
Nie powiedziałam, że ja też kiedyś go kochałam. To zdanie należało już do kobiety, którą byłam przed operacją.
Następnego ranka pojechałam do szpitala z mamą. Zosia spała w nosidełku, a Hania miała na głowie różową czapeczkę, którą ktoś podarował nam jeszcze przed porodem.
W gabinecie lekarka trzymała w dłoni wyniki.
— Badanie wykazało, że dzieci nie są spokrewnione z Nicolasem — powiedziała.
Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod stóp.
— To niemożliwe. Przeszliśmy zapłodnienie pozaustrojowe. Zarodki miały pochodzić z naszego materiału genetycznego.
Lekarka przesunęła w moją stronę drugą kartkę.
— Z panią są zgodne. Z nim nie.
Mama przycisnęła dłoń do ust.
— Czy ktoś podmienił próbkę?
— Sprawdzamy to. Dokumentacja wskazuje, że próbkę nasienia dostarczył Nicolas osobiście. Ale podpis na formularzu różni się od tego w jego dokumentach małżeńskich.
Wtedy zrozumiałam.
Nicolas nie tylko ukradł cudze nazwisko. W klinice także użył tożsamości Adriana Wrony, człowieka, który według dokumentów był biologicznym ojcem córeczek.
Krzysztof, mój szwagier, patrzył na wynik długo.
— Adrian chciał mieć dzieci — powiedział. — Mówił mi o tym na kilka tygodni przed śmiercią. Zostawił próbkę w klinice. Nicolas musiał znaleźć sposób, żeby ją wykorzystać.
— Dlaczego? — wyszeptałam.
— Bo wiedział, że prawdziwy Adrian miał odziedziczyć majątek po naszym ojcu, jeśli założy rodzinę. Nicolas chciał przejąć wszystko. Nawet dzieci miały być częścią planu.
Poczułam mdłości, ale tym razem nie od bólu.
— One nie są częścią żadnego planu — powiedziałam. — Są moimi córkami.
— I dlatego prokuratura zabezpieczy wszystkie dokumenty kliniki — odparła Anna, która czekała za drzwiami. — A pan Wrona będzie odpowiadał również za oszustwo medyczne.
Przez kolejne tygodnie telefon nie przestawał dzwonić. Nicolas próbował odzyskać kontrolę na każdy możliwy sposób.
Najpierw przysłał kwiaty.
Potem list, w którym pisał, że był zagubiony.
Później wiadomość od nieznanego numeru:
„Zabierz dzieci i spotkajmy się. Możemy jeszcze wszystko naprawić”.
Nie odpowiedziałam.
Jego rodzina próbowała przekonać mnie, że powinnam pomyśleć o przyszłości córek.
— Przecież on je kocha — powiedziała jego ciotka podczas rozmowy telefonicznej.
— Miłość nie wymaga kłamstwa aż do momentu, w którym człowiek zostaje zatrzymany — odpowiedziałam.
Nicolas usłyszał swoje słowa kilka miesięcy później podczas przesłuchania. Prokurator odtworzyła nagranie z salonu.
Najpierw zabrzmiał jego głos:
— Chcę jeszcze raz cieszyć się wolnością, zanim całe nasze życie się zmieni.
Potem mój:
— Za kilka dni będę operowana.
I znowu jego spokojne:
— Przesadzasz.
Siedział po drugiej stronie stołu, nieruchomy. Kiedy nagranie się skończyło, Anna wyłączyła urządzenie.
— Czy nadal uważa pan, że żona przesadzała?
Nicolas wpatrywał się w blat.
— Nie pamiętam.
— To pański głos.
— Wiem.
— W takim razie proszę go posłuchać jeszcze raz. Tym razem bez możliwości przerwania rozmowy.
Nie musiała tego robić. Jego twarz wystarczyła.
Najbardziej bolało mnie jednak nie to, że trafił do aresztu. Bolało mnie, że przez tyle lat ratowałam człowieka, który każdego dnia przygotowywał sobie drogę ucieczki.
W naszym dawnym domu jego gabinet został pusty.
Mama wyniosła z niego segregatory, rachunki i zapasowe telefony. Ja znalazłam na półce małe drewniane pudełko po herbacie. W środku nadal leżał mosiężny klucz z numerem siedemnaście.
Nie wiedziałam, co otwiera.
Krzysztof wiedział.
— Szafkę depozytową na dworcu — powiedział. — Nicolas trzymał tam kopię dokumentów i pieniądze.
— Dlaczego nie zabrał ich przed wyjazdem?
— Bo myślał, że wróci do domu, zanim ktokolwiek się dowie.
W szafce znaleźliśmy zdjęcie Adriana, kilka fałszywych dowodów i akt własności mieszkania kupionego za pieniądze z firmy. Wszystko trafiło do prokuratury.
Dom nie należał już do Nicolasa. Firma także nie.
Ale ja nie chciałam żadnego pałacu ani odszkodowania, które pachniałoby jego kłamstwami. Chciałam spokoju. Kawałka stołu dla dwóch krzesełek do karmienia. Nocy, w której nie będę nasłuchiwać, czy ktoś otwiera drzwi.
Sześć tygodni później przeprowadziłam się z dziewczynkami do małego mieszkania w Toruniu. Zatrudniłam się w pracowni projektującej książki dla dzieci. Pracowałam z domu, kiedy Hania spała, a Zosia bawiła się grzechotką.
Pierwszy śnieg spadł w listopadzie.
Dziewczynki miały wtedy prawie pięć miesięcy. Posadziłam je na kocu przy oknie, a one patrzyły na białe płatki z taką powagą, jakby świat właśnie pokazywał im swoją największą tajemnicę.
— To śnieg — powiedziałam. — Nie musicie się go bać.
Hania złapała mnie za palec.
Zosia próbowała zjeść frędzel koca.
Roześmiałam się pierwszy raz od dawna bez poczucia winy.
W grudniu dostałam ostatnią wiadomość od Nicolasa.
„Wiem, że mnie nienawidzisz. Ale kiedy wyjdę, chcę zobaczyć córki. Nie odbieraj im ojca”.
Przeczytałam ją dwa razy.
Potem odpisałam:
„Nie odebrałam im ojca. Odebrałeś im prawdę. Ja daję im bezpieczeństwo”.
Zablokowałam numer.
Krzysztof został świadkiem w sprawie, ale nie wrócił do dawnego życia. Otworzył mały warsztat stolarski i zrobił dla dziewczynek dwie półki na książki. Na pierwszej wyciął ich imiona.
Czasami przychodził w niedzielę z bułkami i opowiadał im o Adrianie. Nie idealizował go. Mówił, że jego brat bywał uparty, że śmiał się za głośno i zawsze gubił klucze.
— Chcę, żeby znały prawdziwe historie — powiedział pewnego dnia.
— Ja też — odpowiedziałam.
Rok po narodzinach córek sąd zatwierdził, że Nicolas ponosi odpowiedzialność za wszystkie oszustwa. Sprawa wypadku nadal miała osobne postępowanie, ale nie czekałam już na wyrok, żeby rozpocząć życie.
Pewnego wieczoru włożyłam mosiężny klucz do małej ceramicznej miseczki przy drzwiach. Obok leżały kredki, rachunek za prąd i rysunek Hani.
Na rysunku były trzy postacie pod wielkim żółtym słońcem. Ja, Hania i Zosia. Nad nami unosił się krzywy dom z czerwonym dachem.
— A gdzie jest tata? — zapytałam, choć znałam odpowiedź.
Hania zamyśliła się, po czym dorysowała małą kropkę daleko za płotem.
— Tam — powiedziała. — Za drzwiami.
Przytuliłam ją mocno.
Nie poprawiłam rysunku.
Następnego ranka wyszłyśmy na spacer. Klucz z numerem siedemnaście wsunęłam do kieszeni płaszcza. Nie był już dowodem jego kłamstwa.
Stał się przypomnieniem, że można otworzyć drzwi, których wcześniej nawet nie widziało się na ścianie.
Śnieg skrzypiał pod butami, a dziewczynki spały spokojnie w wózku.
Po raz pierwszy nie oglądałam się za siebie.
Klucz cicho zabrzęczał w kieszeni.
I tym razem prowadził mnie do domu.
Przegapiłeś początek?










