CZĘŚĆ 4
— Jak się nazywa? — spytałam.
Kamil podał nazwisko.
Ewa poderwała się z krzesła tak gwałtownie, że metalowe nogi zgrzytnęły po podłodze dworca.
— Nie — powiedziała. — On nie może jej znaleźć.
Ania cofnęła się o krok.
— Mamo, kto to jest?
Ewa patrzyła na nią, ale nie potrafiła odpowiedzieć.
Wtedy zrozumiałam, że cała historia, którą próbowała ukryć, nie zaczynała się od Piotra. On wszedł w nią później, z pieniędzmi, obietnicami i poczuciem winy. Początek należał do człowieka, którego nazwisko znałam tylko z rachunku.
— Nazywa się Robert Wrona — powiedziałam. — Tak?
Ewa zamknęła oczy.
— Tak.
— Jest biologicznym ojcem Ani?
— Tak.
Ania zaczęła oddychać coraz szybciej.
— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?
Ewa wyciągnęła rękę, ale dziewczynka odsunęła się pod ścianę.
— Bo Robert nie chciał córki — powiedziała Ewa. — Chciał pieniędzy, które pożyczył od mojego brata. Kiedy dowiedział się, że jestem w ciąży, powiedział, że jeśli go wydam, zabierze Anię i sprzeda ją ludziom, którym był winien pieniądze.
— To nie ma sensu — powiedziała Lilia.
— Miałam dziewiętnaście lat. Bałam się wszystkiego. Piotr był jedynym człowiekiem, który mi pomógł.
— I udawał mojego ojca? — Ania spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Nie udawał. Kochał cię.
To zdanie nie naprawiło niczego.
Ania usiadła na ławce i przycisnęła dłonie do twarzy. Kardigan zsunął się jej z ramienia. Zobaczyłam żurawia przy mankiecie i poczułam nagle, jak wiele rzeczy może pomieścić jeden kawałek materiału: rękę ojca, który go wybrał, córkę, która go oddała, i dziewczynkę, która nie wiedziała, czy ma prawo go nosić.
— Robert jest już w drodze — powiedział Kamil. — Mam człowieka, który może zabezpieczyć Ani miejsce, ale musicie zdecydować, czy chcecie ujawnić wszystkie dokumenty.
Ewa spojrzała na mnie.
— Jeśli to zrobimy, ludzie dowiedzą się o wszystkim.
— Już się dowiedzieliśmy — odpowiedziałam. — Teraz trzeba zadbać o Anię.
Lilia chwyciła mnie za rękę.
— A jeśli przez to wszyscy znienawidzą tatę?
Pytanie zabolało bardziej niż kartka z jego pismem.
— Twój ojciec zrobił rzeczy, których nie umiał naprawić — powiedziałam. — Ale to nie znaczy, że masz kochać jego kłamstwo bardziej niż człowieka, którym był dla ciebie.
Pojechaliśmy do Ewy. Schowała dokumenty w torbie z zakupami, między bochenkiem chleba a opakowaniem herbaty. Ten zwyczajny widok był niemal absurdalny. Na jednym siedzeniu leżało życie czterech osób, a na drugim siatka z jabłkami.
Przed kamienicą Ewy stał czarny samochód.
Silnik pracował.
Mężczyzna oparty o maskę miał około czterdziestu lat. Był szczupły, ogolony i ubrany w skórzaną kurtkę. Nie wyglądał jak potwór. To było najgorsze.
Ania zatrzymała się za mną.
— Ewa — powiedział mężczyzna. — Minęło sporo czasu.
— Odejdź, Robercie.
— Przyjechałem po córkę.
Ania wyszła zza mojego ramienia.
— Nie jestem twoją córką.
Robert uśmiechnął się krótko.
— Masz moje oczy.
— Mam oczy Piotra — odpowiedziała.
Twarz Roberta stwardniała.
— Piotr nie był twoim ojcem.
— Był człowiekiem, który przyszedł, kiedy ty uciekłeś.
Słowa Ani trafiły go mocniej, niż się spodziewał. Przez sekundę patrzył na nią jak na zagubiony przedmiot, który nagle zaczął mówić.
— Ewa, oddaj mi dokumenty.
— Nie.
— Wiesz, co się stanie, jeśli je pokażesz.
— Wiem. Dlatego pokażę je wszystkim.
Robert ruszył w jej stronę, ale Lilia stanęła przed Anią. Była drobniejsza od niego o kilka rozmiarów, a jednak nie cofnęła się ani o centymetr.
— Dotknij jej, a będziesz musiał przejść przez nas wszystkie.
Robert parsknął.
— Ty jesteś córką Piotra?
— Tak.
— To zapytaj matkę, ile wiedziała.
Spojrzał na mnie.
— Piotr zdradzał ją przez lata. Nie z dobroci. Z poczucia winy.
— Wiem — odpowiedziałam.
— Nie wiesz wszystkiego.
Wyjął z kieszeni złożoną kartkę.
— Piotr przyszedł do mnie przed śmiercią. Zaproponował pieniądze, żebym zniknął na zawsze. Ale nie miałem zamiaru odchodzić bez tego, co mi się należało.
— Ania nie jest rzeczą — powiedziałam.
— Jest moją córką.
— Biologia nie daje ci prawa do jej strachu.
Robert zacisnął palce na kartce.
— Mam dokument, w którym Piotr przyznaje, że nie jest jej ojcem. Jeśli to ujawnisz, dziewczyna straci nazwisko, świadczenia i wszystko, co po nim zostało.
Ewa zbladła.
— Nie możesz tego zrobić.
— Mogę. I zrobię, jeśli nie dostanę pieniędzy.
Wtedy Lilia wyjęła z torby kopertę.
— Nie zdążysz.
Robert spojrzał na nią.
— Co to jest?
— Kopia tego oświadczenia. Kamil wysłał ją już do fundacji, która pomaga kobietom zagrożonym przemocą. Oryginał jest w skrytce, a zdjęcia mają trzy osoby.
Robert przestał się uśmiechać.
— Blefujesz.
— Nie — powiedziałam. — Piotr przez lata próbował kupić ciszę. My nie kupimy twojej.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Potem Robert roześmiał się nerwowo.
— Myślisz, że wygrasz, bo znalazłaś kilka papierów?
— Nie chodzi o wygraną.
— O co więc?
Spojrzałam na Anię.
— O to, żebyś już nigdy nie mógł powiedzieć, że jesteś jedyną osobą, która decyduje o jej życiu.
Robert odwrócił się do córki.
— Jeśli odejdziesz ze mną, dowiesz się, kim naprawdę jesteś.
Ania stała nieruchomo.
— Wiem już.
— Co wiesz?
— Że mój ojciec nie był tym, który mnie spłodził. Był tym, który przychodził.
Robert spuścił wzrok na asfalt.
Ewa zaczęła płakać, ale tym razem Ania nie pozwoliła jej się dotknąć. Podeszła do mnie i chwyciła mnie za rękę z jednej strony, a Lilię z drugiej.
— Czy mogę zatrzymać kardigan? — zapytała.
Lilia spojrzała na żurawia przy mankiecie.
— Jeśli chcesz.
— Nie dlatego, że jest po twoim ojcu.
— Wiem.
— Dlatego, że go dla mnie wybrałaś?
Lilia pokiwała głową.
— I dlatego, że kiedy go nosisz, nie musisz stać za żadną zasłoną.
Ania dotknęła odprutego szwu.
— Naprawisz go?
— Sama go naprawisz — powiedziała Lilia. — Pokażę ci jak.
Ewa podała mi kopertę Piotra.
— Nie chcę, żebyś to czytała przy mnie.
— Przeczytam.
— Co zrobisz z tym, co napisał?
Spojrzałam na zamkniętą furtkę kamienicy, na torbę z dokumentami i na dwie dziewczyny, które stały obok siebie, chociaż jeszcze wczoraj nie wiedziały, że są rodziną.
— Nie będę udawała, że nic się nie stało — odpowiedziałam. — Ale nie pozwolę też, żeby jego błędy odebrały im coś, czego sam nigdy nie umiał im dać.
Robert odjechał bez kolejnej groźby. Zostawił po sobie zapach spalin i pomiętą kartkę, która wypadła mu z ręki. Kamil później pomógł Ewie uporządkować dokumenty, a fundacja przejęła sprawę bezpieczeństwa Ani. Nie było wielkich przemówień ani łatwego przebaczenia.
Była rozmowa, która trwała do wieczora.
Były pytania, na które nikt nie miał dobrej odpowiedzi.
Był też list Piotra. Otworzyłam go dopiero wtedy, gdy Lilia i Ania siedziały przy stole z materiałem, nożyczkami i igłami. Obok leżał granatowy kardigan, a odpruty żuraw czekał na przyszycie.
Piotr napisał, że bał się, iż prawda zniszczy rodzinę.
Miał rację tylko w połowie.
Zniszczyła tę, którą budował na przemilczeniach.
Ale przy stole powstawała inna.
Lilia nawlekała igłę, a Ania trzymała materiał pod lampą.
— Nie tak — powiedziała Lilia. — Wbijaj igłę od spodu.
— Wiem.
— Nie wiesz. Przed chwilą przebiłaś palec.
— To też już wiem.
Parsknęły śmiechem.
Patrzyłam na nie i po raz pierwszy tego dnia nie próbowałam odnaleźć w Ani twarzy Piotra. Widziała ją sama. Nie należała do niego.
Należała do dziewczynki, która przysunęła kardigan pod lampę, odwróciła go na lewą stronę i powiedziała:
— Pokaż mi, jak przyszyć tego żurawia, żeby już nigdy nie odpadł.












