CZĘŚĆ 4
Elżbieta nie odsunęła telefonu od ucha.
— Gdzie dokładnie? — zapytała.
Słuchała jeszcze chwilę, a potem przykryła mikrofon dłonią.
— W piwnicy pani domu. Ekipa znalazła metalową skrzynkę pod płytą fundamentową.
Wiktor natychmiast podniósł głowę.
— Nie macie prawa tam wchodzić.
— To moja piwnica — powiedziałam.
Marek już sięgał po płaszcz.
Na zewnątrz wiatr poruszał gałęziami moreli. Beton w basenie zdążył stwardnieć na tyle, że pękł w dwóch miejscach. Z jednej szczeliny sączyła się brunatna woda.
Dzieci były u mojej siostry. Nie wiedziały, że ich basen stał się początkiem czegoś znacznie większego.
Pojechaliśmy do mojego domu w dwóch samochodach. Henryk usiadł obok mnie. Trzymał zakrwawiony ręcznik na kolanach i patrzył na dłonie.
— Paweł naprawdę chciał tylko naprawić odpływ? — zapytałam.
— Na początku tak.
— A potem?
Henryk westchnął.
— Potem zobaczył, że Wiktor nie odprowadzał wody tylko z garażu. Podłączenie prowadziło dalej, do starego magazynu za jego firmą.
Poczułam zimno pod skórą.
— Co tam odprowadzał?
— Brudną wodę z budów. Farbę, rozpuszczalniki, wszystko, czego nie chciał oddać do utylizacji.
Nie odpowiedziałam od razu. Przypomniałam sobie, jak Paweł wracał z budowy i mówił, że w rowie za ogrodzeniem śmierdzi metalem. Wtedy sądziłam, że przesadza, bo choroba odbierała mu siły.
W piwnicy czekała już ekipa miejska. Jedna z płyt była uniesiona, a pod nią tkwiła płaska skrzynka owinięta w folię. Na wieku widniała litera P, którą Paweł wypalał lutownicą na narzędziach.
Marek otworzył ją przy mnie.
W środku leżały trzy rzeczy: mapa rur, rachunek za utylizację odpadów oraz kopia zgłoszenia do miasta. Na rachunku znajdowały się daty, numery ciężarówek i nazwisko firmy Wiktora.
Na odwrocie mapy Paweł napisał: „Jeśli coś mi się stanie, nie pozwólcie, żeby zalali także prawdę”.
Zacisnęłam palce na papierze.
Katarzyna, która przyjechała za nami, oparła się o framugę.
— On powiedział, że to tylko tymczasowe — szepnęła.
Wiktor stanął za nią.
— Katarzyna, przestań.
— Powiedziałeś, że zamkniesz odpływ, kiedy skończy się budowa.
— Miałem to załatwić.
— Przez dwa lata?
— Nie rozumiesz, ile kosztowałoby mnie legalne usunięcie wszystkiego.
Elżbieta spojrzała na niego z odrazą.
— A ile kosztowałoby cię zatrucie ziemi pod kilkoma domami?
— Niczego nie zatrułem.
Henryk wyjął z kieszeni drugi dokument.
— To lista beczek wywożonych nocą. Podpisywałem odbiór, ale Wiktor kazał wpisywać czystą wodę.
Wiktor rzucił się na kartkę. Henryk odsunął ją za plecy.
— Nie dotykaj mnie — powiedział. — Mam dość.
To był moment, którego nikt się nie spodziewał. Katarzyna podeszła do męża i wyjęła mu z kieszeni kluczyki do samochodu.
— Oddaj mi telefon — zażądał.
— Nie.
— Jesteś moją żoną.
— Właśnie dlatego tak długo ci wierzyłam.
Podała telefon Elżbiecie.
— Są tam wiadomości od kierowców. I zdjęcia rur. Nie umiałam ich otworzyć, ale hasło zna tylko on.
Wiktor cofnął się, jakby dostał cios.
— Katarzyno, pomyśl o naszej firmie.
— Myślałam o niej każdego dnia, kiedy mówiłeś, że mam siedzieć cicho.
Za oknem niebo pociemniało. Pierwsze krople uderzyły w blaszany parapet.
Elżbieta natychmiast wydała polecenia ekipie. Robotnicy pobiegli do basenu z łomami i pompą. Trzeba było rozbić beton, zanim woda napłynie do zatkanego kanału.
Wybiegłam za nimi. Młot pneumatyczny uderzył w nieckę, a po ogrodzie rozszedł się głuchy, ciężki dźwięk. Każde uderzenie odsłaniało kawałek płytek Pawła.
Przy schodach znaleźli metalową rurę.
— To ona! — krzyknęła Elżbieta.
Wiktor stał przy płocie, przemoczony po ramiona.
— Jeśli to rozkopiecie, zniszczycie mi fundamenty.
— Pan zniszczył je sam — odpowiedziała.
— Anna, możemy się dogadać.
Spojrzałam na niego.
— Chciałeś odebrać mi dzieci, bo śmiały się w basenie.
— To nie o dzieci chodziło.
— Wiem.
Pod betonem pojawiła się żółta spinka Lizy. Była porysowana, ale gwiazda nadal miała wszystkie ramiona. Podniosłam ją z błota i zacisnęłam w dłoni.
O północy kanał został udrożniony. Woda popłynęła nim z hukiem, zamiast w stronę domów. Miejska ekipa zabezpieczyła rury, a Elżbieta zabrała dokumenty do dalszej kontroli. Nie było widowiskowego zatrzymania ani krzyków. Wiktorowi zabrano dostęp do placu budowy, a jego firma straciła miejskie zlecenia jeszcze przed świtem, kiedy urzędnicy zobaczyli rachunki i podpisy.
Najbardziej zabolało go jednak coś innego.
Katarzyna zdjęła z jego biura złoty młotek z firmowego godła i położyła go na stole Elżbiety.
— To było jego marzenie — powiedziała. — Ale nie za cenę cudzych domów.
Potem odeszła do samochodu bez niego.
Wiktor został na podwórzu, obok rozbitego basenu i pękniętej rury, którą przez dwa lata ukrywał pod moją ziemią. Patrzył na logo swojej firmy leżące w błocie.
Marek podszedł do mnie, gdy ekipa pakowała narzędzia.
— Co zrobisz z basenem?
Popatrzyłam na odsłonięte płytki. Były brudne, podrapane i popękane, ale pod nimi wciąż dało się rozpoznać wzór, który Paweł wybrał dla dzieci: cztery małe ryby płynące w stronę słońca.
— Nie odbuduję go tak samo — odpowiedziałam.
— Dlaczego?
— Bo Paweł budował go dla czwórki dzieci, a nie dla wspomnienia o śmierci. Jeśli go naprawię, będą mogły pływać bez strachu.
Następnego ranka przyjechała Liza z rodzeństwem. Stała na brzegu w kaloszach, ściskając żółtą spinkę.
— Mamo, beton naprawdę zniknął?
— Nie cały.
— To co będzie zamiast niego?
Spojrzałam na odkrytą rurę, na mapę Pawła i na cztery ceramiczne ryby pod warstwą brudu.
— Najpierw naprawimy to, co ukryto pod wodą. Potem zbudujemy coś, czego nikt nie będzie mógł wam odebrać.
Liza przykucnęła i włożyła spinkę w szczelinę między płytkami, dokładnie tam, gdzie znalazłam ją poprzedniego dnia.
— Żeby wiedziała, gdzie wrócić — powiedziała.
Nie poprawiłam jej.
Za płotem Wiktor próbował odczepić z ciężarówki złoty młotek. Śruby zapiekły się od betonu i nie chciały puścić. Kiedy wreszcie oderwał znak, pod spodem została jasna plama w kształcie czterech skrzyżowanych linii.
Dzieci patrzyły na nią przez chwilę, a potem pobiegły po wiadra.
— Mamo! — zawołał najmłodszy syn. — Paweł zostawił nam ryby!
Kucnęłam przy pierwszej płytce i przesunęłam palcem po wyblakłym słońcu.
Woda jeszcze nie wróciła do basenu, ale cztery ceramiczne ryby nadal płynęły w tę samą stronę.
Przegapiłeś początek?












