CZĘŚĆ 4
…Lydia przyjechała tego samego popołudnia.
Czekałem na nią w małej poczekalni dworca w Albany, trzymając mosiężny kompas w lewej dłoni. Nie wiedziałem, po co go zabrałem. Może chciałem mieć przy sobie coś, co należało do tamtego lata, zanim wszystko zostało wypowiedziane na głos.
Gdy ją zobaczyłem, od razu rozpoznałem Claire.
Nie z fotografii. Z uśmiechu.
Lydia miała kręcone włosy, piegi na nosie i zwyczaj zaciskania ust, kiedy próbowała powstrzymać wzruszenie. Stała z płócienną torbą przewieszoną przez ramię. Z torby wystawała koperta z wytartym nazwiskiem Tommy’ego.
— Harold? — zapytała.
— Tak.
Przez chwilę patrzyliśmy na siebie jak obcy ludzie, którzy przypadkiem znaleźli się przy tym samym peronie.
— Nie wiem, jak mam pana nazywać — powiedziała.
— Ja też nie wiem, jak mam nazywać ciebie.
To ją rozbawiło. Krótko, nerwowo.
Usiedliśmy przy automacie z kawą. Plastikowy kubek w mojej dłoni był tak cienki, że czułem przez niego gorąco.
— Mama nigdy nie mówiła o panu źle — zaczęła Lydia. — Mówiła, że był pan chłopakiem, który umiał słuchać. To dlatego nie wyrzuciła listu Tommy’ego.
— Claire żyje?
Lydia pokręciła głową.
— Zmarła trzy lata temu. Chorowała na serce. Do końca przechowywała pańskie zdjęcie.
Wyjęła fotografię. Byłem na niej ja, siedemnastoletni, z włosami opadającymi na czoło i głupim uśmiechem. Pamiętałem tę chwilę. Tommy zrobił zdjęcie na pomoście, a Claire stała za aparatem.
Wziąłem fotografię ostrożnie.
— Dlaczego nie powiedziała mi sama?
— Bała się, że przyjechałby pan z poczucia winy. A ona nie chciała być kolejnym obowiązkiem w cudzym życiu.
— Nie byłaby obowiązkiem.
— Wiem. Ale ona tego nie wiedziała.
Otworzyłem kopertę Tommy’ego. List miał tylko dwie strony.
„Haroldzie, przepraszam, że tak długo milczałem. Nick nie był jedynym powodem. Bałem się, że jeśli powiem ci o Lydii, zniszczę małżeństwo, które zbudowałeś. Byłem tchórzem przebranym za lojalnego przyjaciela. Jeżeli możesz, odnajdź ją nie po to, żeby odzyskać stracone lata. Odzyskaj dla niej prawdę o tym, że ktoś ją kochał, zanim jeszcze się urodziła.”
Pod listem znajdował się dokument, o którym mówiła Lydia.
Nie był to akt własności jeziora.
Była to kopia umowy adopcyjnej z 1971 roku, podpisanej przez Nicka jako świadek. Widniało na niej nazwisko rodziny, która przyjęła Lydię po wyjeździe Claire. Nick nie tylko zatrzymał mój list. To on przekazał Claire wiadomość, że rzekomo odmawiam odpowiedzialności za dziecko.
A potem, wiele lat później, poślubił jej kuzynkę i przejął część rodzinnego majątku. Nie kochał Claire tak, jak twierdził. Chciał, żeby nikt nie mógł połączyć jego kłamstwa z pieniędzmi, które zdobył.
Lydia przeczytała dokument i długo nie podnosiła głowy.
— Całe życie myślałam, że moja matka chciała mnie oddać, bo mój ojciec nie chciał mnie znać.
— Nie wiedziałem o twoim istnieniu.
— Wiem. Dlatego to jest takie trudne. Łatwiej byłoby nienawidzić jednego człowieka.
Wróciliśmy nad jezioro przed zachodem słońca. Ray siedział przy ławce, przykryty kocem. Clara rozmawiała z panią Whitcomb, a Nick stał przy wodzie z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.
Na stole leżały wszystkie dokumenty.
— Nick — powiedziałem.
Odwrócił się.
— Czego chcesz?
— Podpiszesz przekazanie ziemi fundacji Tommy’ego.
Zaśmiał się bez radości.
— Myślisz, że możesz mi rozkazywać?
— Nie. Ale możesz stracić wszystko, próbując zatrzymać miejsce, którego nigdy nie kochałeś.
Podałem mu kopię umowy adopcyjnej.
— To nie jest dowód kradzieży pieniędzy — powiedział.
— Nie. To dowód, że przez pięćdziesiąt pięć lat budowałeś swoje życie na cudzej tragedii.
Nick przeczytał pierwszą stronę. Potem drugą. Palce zaczęły mu drżeć.
— Claire wiedziała, że ją kochałem.
— Nie. Wiedziała, że ją posiadałeś w swojej głowie.
Lydia podeszła bliżej.
— Proszę nie mówić o niej tak, jakby była nagrodą, której pan nie dostał.
Nick spojrzał na nią. W jego twarzy pojawiło się coś, czego się nie spodziewałem: nie skrucha, ale nagłe zrozumienie, że człowiek, którego całe życie próbował usunąć z historii, stoi przed nim jako dorosła kobieta.
— Jestem twoim wujkiem — powiedział.
— Był pan świadkiem mojego oddania do adopcji.
— Chciałem cię chronić.
— Przed czym?
— Przed nim.
Lydia wskazała na mnie.
— Przed ojcem, który nie wiedział, że istnieję? Czy przed prawdą, że pańskie kłamstwo nie zadziałało tak, jak pan planował?
Nick otworzył usta, lecz nie odpowiedział. Tym razem nie dlatego, że zabrakło mu słów. Po prostu żadna wersja tej historii nie mogła już uratować jego obrazu.
Ray podniósł drżącą dłoń.
— Podpisz — powiedział.
Nick spojrzał na niego.
— Ty też mnie zdradziłeś.
— Nie. Ja cię kryłem. To gorsze.
Clara położyła na stole akt własności i długopis.
— Tommy chciał, żeby jezioro było miejscem dla dzieci, które nie mają dokąd wrócić. Nie dla hotelu. Nie dla twojego nazwiska.
Nick podszedł do stołu. Przez chwilę patrzył na pustą linię pod podpisem. Potem wyjął z kieszeni żaglówkę na kluczykach i położył ją obok dokumentu.
— Jeśli podpiszę, nie zostanie mi nic — powiedział.
— Zostanie ci to, czego nie ukradłeś — odpowiedział Ray. — Twoje własne nazwisko.
Nick podpisał.
Nie było oklasków. Nikt nie podszedł, żeby uścisnąć mu rękę. Pani Whitcomb tylko zamknęła teczkę i powiedziała, że rano zawiezie dokument do urzędu ochrony jeziora. Clara wezwała opiekuna dla Raya.
Nick został przy stole sam.
Myślałem, że poczuję ulgę. Nie poczułem. Przez pół wieku wyobrażałem sobie, że prawda przywróci mi utracony czas. Nie mogła. Żaden dokument nie oddawał letnich popołudni, rozmów z Claire ani lat, w których mógłbym znać Lydię.
Mogła jednak dać nam coś innego.
— Chcesz pojechać ze mną do domu? — zapytałem Lydię.
Spojrzała na mnie ostrożnie.
— Na herbatę?
— Na herbatę. Mam też pudełko ze zdjęciami. Nie są dobre, ale jest ich sporo.
— A potem?
— Potem możesz zadawać pytania. Nie obiecuję, że będę znał odpowiedzi.
— To uczciwe.
Przy ławce został jeszcze kompas. Podałem go Rayowi, ale pokręcił głową.
— Należy do ciebie.
— Był Tommy’ego.
— Tommy chciał, żeby wrócił do tego, który wciąż pamiętał.
Lydia wzięła kompas i obejrzała starte inicjały.
— Mogę go zatrzymać na chwilę?
— Oczywiście.
Obróciła pokrętło. Igła zatańczyła, zawahała się, a potem wskazała północ.
— Działa — powiedziała.
— Tommy zawsze twierdził, że działa tylko wtedy, gdy człowiek przestaje udawać, że zna drogę.
Lydia zacisnęła kompas w dłoni.
— To był jego żart?
— Nie. Tommy nie umiał żartować bez mówienia prawdy.
Ruszyliśmy w stronę samochodu. Za nami Ray zaczął nucić melodię z lata 1970 roku, tę samą, którą śpiewaliśmy, siedząc na pomoście. Clara dołączyła po chwili, a pani Whitcomb wystukiwała rytm laską o kamienie.
Nick pozostał przy stole i patrzył na podpis, który właśnie odebrał mu jezioro.
Lydia zatrzymała się przed samochodem.
— Harold?
— Tak?
— Jutro też mogę zadać kilka pytań?
Spojrzałem na kompas w jej dłoni, na wygrawerowane litery i rysę biegnącą przez środek mosiężnej obudowy.
— Jutro zaczniemy od pierwszego lata.
Igła drgnęła pod palcami Lydii i wskazała drogę do jeziora, jakby Tommy nadal tam na nas czekał.
Przegapiłeś początek?













