CZĘŚĆ 4
Telefon uderzył o podłogę, lecz nie pękł. Helena patrzyła na niego, jakby aparat mógł za chwilę powtórzyć wiadomość i uczynić ją mniej niemożliwą.
— Co znaleziono? — zapytałam.
— Nie wiem. Powiedzieli, że chodzi o depozyt pozostawiony przez Elżbietę. Miał zostać wydany tylko mnie.
Tomasz ruszył ku telefonowi.
— Nie jedź tam.
Helena odsunęła się.
— Dlaczego?
— Bo to może być kolejna manipulacja.
— A może kolejna rzecz, którą przede mną ukryłeś?
Wtedy Tomasz chwycił telefon z podłogi. Zrobił to zbyt szybko, zbyt nerwowo. Helena wyrwała mu go z ręki, lecz na ekranie zdążyłam zobaczyć wiadomość z kliniki: „Proszę przywieźć dokument tożsamości oraz osobę wskazaną w testamencie”.
Osobę wskazaną w testamencie.
Nie mnie. Nie Tomasza.
Babcia spojrzała na mnie z tym samym wyrazem twarzy, który miała, kiedy znalazłyśmy kartkę w sukience.
— Elżbieta przygotowała się na to, że Helena może jej nie uwierzyć — powiedziała. — Dlatego wskazała kogoś, kto ją odnajdzie.
— Kogo? — zapytała Helena.
Babcia nie odpowiedziała od razu.
— Mnie.
Helena usiadła. Korona, która wcześniej zsunęła mi się na oko, leżała teraz na podłodze obok porozrzucanych dokumentów.
— Pani znała moją matkę?
— Znałam ją przez ostatnie trzy tygodnie jej życia. Nie byłyśmy rodziną, ale pomagałam jej, bo widziałam, że nikt inny tego nie robi. Kiedy dowiedziała się, że Tomasz zatrzymuje listy, poprosiła mnie o przysługę.
— Jaką?
— Żebym odnalazła cię dopiero wtedy, gdy będziesz dorosła i sama zdecydujesz, czy chcesz ją poznać.
Helena zakryła twarz dłonią.
— Dlaczego nigdy pani nie przyszła?
— Próbowałam. Pojechałam do kancelarii Tomasza. Powiedział, że wyjechałaś z kraju, że zmieniłaś nazwisko i nie życzysz sobie kontaktu. Potem zachorował mój mąż, a ja musiałam zająć się domem. Kiedy wróciłam do sprawy, Elżbieta już nie żyła.
Tomasz stał przy stoliku, a jego płaszcz zahaczył o papierową gwiazdę. Ozdoba oderwała się i spadła na dokumenty.
— Wszystko zrobiłem, żeby ją chronić — powiedział.
Helena podniosła głowę.
— Nie. Wszystko zrobiłeś, żeby być jedynym człowiekiem, który miał nade mną władzę.
Jego twarz stwardniała.
— Gdybyś wróciła do matki, nie potrzebowałabyś mnie. Ani mojej pomocy. Ani mojego nazwiska.
W sali zrobiło się tak cicho, że usłyszałam kapanie napoju z przewróconego kubka.
Tomasz najwyraźniej zrozumiał, co powiedział, ale było już za późno.
Helena wstała.
— To dlatego zatrzymałeś pieniądze?
— To były drobne wpłaty.
— Dla mnie były czesnym za studia.
— Opłaciłem ci mieszkanie.
— Bez pytania.
— Dałem ci przyszłość.
— Zbudowałeś ją z pieniędzy kobiety, którą pozbawiłeś córki.
Babcia podniosła z podłogi dokument bankowy.
— Elżbieta wpłacała te pieniądze miesiącami. W tytule każdego przelewu pisała: „Dla Ellie, kiedy będzie gotowa”.
Helena wyciągnęła rękę.
— Proszę mi to dać.
Tomasz gwałtownie sięgnął po papier. Tym razem nie zdążył. Babcia wsunęła dokument za plecy, a ja stanęłam między nimi.
— Nie dotykaj jej rzeczy — powiedziałam.
Tomasz spojrzał na mnie z pogardą.
— Jesteś dzieckiem. Nie rozumiesz, że ludzie tacy jak Elżbieta niszczą wszystko, czego się dotkną.
— Może. Ale to ona kupiła tę sukienkę.
Wyjęłam kartkę z kieszeni i podałam ją Helenie.
Przez chwilę nie mogła jej przyjąć. Potem rozprostowała papier na stole. Zagięcia były głębokie, lecz słowa nadal czytelne.
— Mogę przeczytać? — zapytała.
Skinęłam głową.
Czytała w milczeniu. Przy zdaniu o braku pieniędzy jej ramiona drgnęły. Przy słowach „myślałam o tobie każdego dnia” przymknęła oczy. Na końcu dotknęła podpisu opuszką palca.
— Jej pismo wygląda tak samo jak na moim akcie urodzenia — powiedziała.
— Więc już wiesz, że to prawda — odparł Tomasz.
— Nie. Wiem, że ona próbowała. To ty sprawiłeś, że nie mogła spróbować drugi raz.
Kiedy wychodził, zatrzymał się przy mnie.
— Masz pojęcie, co zrobiłaś?
— Znalazłam sukienkę.
— Rozbiłaś rodzinę.
Helena odpowiedziała za mnie.
— Nie. Ty tylko przestałeś ją zasłaniać.
Klinika znajdowała się sześć godzin drogi od naszego miasta. Pojechałyśmy następnego ranka: Helena prowadziła, babcia siedziała obok niej, a ja trzymałam na kolanach granatową sukienkę w pokrowcu. Nie chciałam jej zostawiać w sali, pod nogami obcych ludzi.
Przez całą drogę Helena prawie się nie odzywała. Na stacji benzynowej kupiła kawę, ale nie wypiła ani łyka. Pokrywka drżała między jej palcami.
— Boję się — powiedziała w końcu.
— Czego?
— Że w depozycie nie będzie niczego. Że matka jednak się poddała. Że przez te wszystkie lata zbudowałam w głowie historię, która nie istnieje.
Babcia odwróciła się do niej z przedniego siedzenia.
— Ona istniała. Ja ją widziałam.
— A jeśli mnie nie pokochała?
— Kupiła ci sukienkę na bal, choć nie wiedziała, czy ją założysz. To nie jest dowód na wszystko. Ale jest dowodem, że próbowała cię dosięgnąć.
W klinice czekała na nas kobieta o siwych włosach i zmęczonych oczach. Przedstawiła się jako siostra Celina. Zaprowadziła Helenę do małego pokoju z metalową szafką.
— Elżbieta zostawiła depozyt przed śmiercią — powiedziała. — Poleciła, by otworzyć go dopiero, gdy jej córka przyjedzie z Marianną Miller.
Babcia chwyciła poręcz krzesła.
— Pamiętała moje nazwisko?
— Pamiętała wszystko.
W szafce znajdowało się drewniane pudełko po herbacie, owinięte białym sznurkiem. Nie było w nim pieniędzy ani biżuterii. Były trzy rzeczy: plik listów, mały medalion i koperta z napisem „Dla Ellie, jeśli ktoś powie jej, że ją porzuciłam”.
Helena rozerwała kopertę.
List był krótki.
„Córeczko, nie proszę, żebyś mi wybaczyła. Proszę tylko, żebyś nie pozwoliła obcemu człowiekowi opowiedzieć ci całego mojego życia jednym zdaniem. Odeszłam, bo bałam się, że zabiorę cię ze sobą na dno. Potem wróciłam, ale ktoś powiedział mi, że mnie nie chcesz. Jeśli to prawda, odejdę. Jeśli nie, znajdź mnie w tym, co zostawiłam. Zawsze byłaś moja, nawet kiedy nie umiałam być twoją matką.”
Helena czytała list trzy razy.
Potem zapytała siostrę Celinę:
— Czy ona cierpiała?
— Tak. Ale mówiła o tobie codziennie. Przed śmiercią poprosiła, żebyśmy nie pisali do ciebie bez pewności, że list dotrze.
— Tomasz wiedział, gdzie ona jest?
— Przysyłał jej pieniądze przez pierwsze miesiące. Potem przestał.
Helenie opadła ręka.
— On powiedział mi, że nie miał z nią żadnego kontaktu.
Babcia otworzyła plik listów. Na kilku kopertach widniały pieczęcie kancelarii Tomasza, a na każdej czerwonym atramentem dopisano: „Odesłano nadawcy”.
Nie potrzebowałyśmy kolejnych dowodów, żeby wiedzieć, co się stało.
Helena zabrała pudełko i listy. Nie chciała pieniędzy z rachunku Elżbiety. Powiedziała, że zostawi je na fundusz stypendialny dla dziewczyn, których rodzin nie stać na bal, podręczniki albo pokój w akademiku.
Tomasz stracił coś, czego najbardziej pragnął: kontrolę nad historią Heleny. Nie musiałam oglądać jego upadku. Wystarczyło, że podczas rozmowy z pełnomocnikiem banku usłyszał, iż wszystkie wpłaty zostaną przekazane na fundusz noszący imię Elżbiety.
Helena nie wróciła do niego.
Nie wyrzuciła też jego nazwiska z dokumentów. Powiedziała, że nie pozwoli, by człowiek, który ją skrzywdził, decydował nawet o tym, jak ma się nazywać.
Kiedy wróciłyśmy do domu, zdjęła granatową sukienkę z pokrowca i zawiesiła ją na oparciu krzesła. Potem przyszyła do podszewki małą białą metkę.
— Co tam napisałaś? — zapytałam.
— Datę, kiedy do mnie dotarła.
— Chcesz ją zatrzymać?
Helena pogładziła koronkę.
— Nie. Chcę, żeby pewnego dnia założyła ją kolejna dziewczyna, która myśli, że nic dobrego nie jest dla niej przeznaczone.
Babcia pokiwała głową.
— W takim razie niech następna wiadomość będzie zaszyta trochę lepiej.
Helena roześmiała się przez łzy. A ja pomyślałam o wszystkich rzeczach, które ludzie oddają, kiedy przestają wierzyć, że ktoś jeszcze ich szuka.
Na wewnętrznej stronie sukienki, tuż pod sercem, zostały dwa ślady po prutce i ręczne szwy babci.
Helena dotknęła ich i powiedziała:
— To tutaj znalazłam drogę do ciebie, mamo.
Przegapiłeś początek?













