CZĘŚĆ 4 — Trzy miesiące po pogrzebie narzeczonego jego matka zobaczyła mnie na weselu i nagle zaczęła się przede mną chować

CZĘŚĆ 4

…— Co to jest? — głos Victora Warda przeciął korytarz jak trzask łamanej gałęzi.

Wybiegliśmy z magazynu.

Victor stał przy stole z planem ceremonii. Trzymał w ręku kartkę, tę samą, na której widniał numer fałszywego dowodu Adriana. Obok niego Helena ściskała pierścionek tak mocno, że kamień wbił jej się w skórę.

Adrian zatrzymał się na schodach.

— Ojcze — powiedziała Helena. — Powiedz, że nie wiedziałeś.

Victor spojrzał najpierw na nią, potem na Adriana.

— Wiedziałem, że miał kłopoty finansowe. Nie wiedziałem o żadnym pogrzebie.

— Kłamiesz — powiedziała Colleen.

Wszyscy odwróciliśmy się w jej stronę.

Matka Adriana stała pod ścianą, z rozmazaną szminką i bukiecikiem rozmarynu zwiędłym na nadgarstku.

— Victor wiedział o zmianie nazwiska — ciągnęła. — To on przygotował umowę małżeńską. To on powiedział Adrianowi, że jeśli poślubi Helenę, długi zostaną wymazane.

Helena patrzyła na ojca, jakby próbowała znaleźć w jego twarzy kogoś znajomego.

— Wiedziałeś, że on był zaręczony?

Victor milczał.

— Wiedziałeś, że Meredith żyje?

— Oczywiście, że żyje — odpowiedział. — Adrian powiedział, że to zakończona sprawa.

Poczułam, jak coś we mnie pęka, ale nie było to już serce. Serce pękło trzy miesiące wcześniej, przy zamkniętej trumnie.

Teraz pękało ostatnie złudzenie, że Adrian działał sam.

Victor podszedł do niego.

— Miałeś podpisać dokumenty po ceremonii. Przejęcie udziałów, pełnomocnictwo, wszystkie zobowiązania. A ty urządziłeś tu przedstawienie z martwym człowiekiem i fałszywą tożsamością?

— Mówiłeś, że wszystko załatwisz — syknął Adrian.

— Miałem załatwić twoje długi, nie twoje zbrodnie.

Helena zdjęła pierścionek.

Metal uderzył o marmurowy blat z ostrym, pojedynczym dźwiękiem.

— Nie będzie ślubu — powiedziała.

Adrian zrobił krok w jej stronę.

— Heleno, posłuchaj mnie.

— Słuchałam cię przez sześć miesięcy. Mówiłeś, że uciekasz przed przeszłością, a przyniosłeś ją prosto pod ołtarz.

— To nie jest takie proste.

— Masz rację. Jest prostsze. Okłamałeś mnie, ją, własnego brata i swoją matkę.

Julian odwrócił się do Colleen.

— Czy ty naprawdę pozwoliłaś mu to zrobić?

— Chciałam go ochronić.

— Przed czym? Przed konsekwencjami tego, że ukradł życie innemu człowiekowi?

Colleen zaczęła płakać.

— Kiedy znalazłam Roberta, był ledwie przytomny. Adrian powiedział, że jeśli go wydamy, ludzie, którym był winien pieniądze, zabiją wszystkich. Bałam się.

— A kiedy Meredith stała przy grobie? — zapytałam. — Wtedy też się bałaś?

Colleen spojrzała na mnie.

— Tak.

To krótkie słowo zabolało bardziej niż wymówka.

— Bałaś się o niego — powiedziałam. — Nigdy o mnie.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Wróciłem do domu sześć godzin wcześniej, a gdy moje milczące córki zobaczyły mnie w drzwiach, ich opiekunka nagle pobladła

— To nieprawda.

— W takim razie dlaczego pozwoliłaś mi płakać przy cudzej trumnie?

Nie znalazła odpowiedzi. Nie dlatego, że nie miała słów. Po prostu żadna odpowiedź nie mogła zmienić tego, co zrobiła.

W tym momencie zadzwonił telefon Juliana.

— Klinika — powiedział.

Odebrał, a po chwili podał mi aparat.

— Lekarz chce z tobą rozmawiać.

Przyłożyłam telefon do ucha.

— Pani Meredith? Nazywam się doktor Wrona. Robert Rybak odzyskał przytomność. Jest bardzo słaby, ale chce pani coś przekazać.

— Czy jest bezpieczny?

— Tak. I muszę pani powiedzieć, że koszty jego leczenia były opłacane przez kogoś, kto używał fałszywego nazwiska. Mamy kopie przelewów.

Spojrzałam na Adriana.

— Czy Robert powiedział, kto go odwiedzał?

— Tak. Powiedział, że pański narzeczony przychodził raz w tygodniu. Przynosił pieniądze i prosił, żeby milczał.

— Dlaczego miałby to robić, skoro chciał go ukryć?

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Robert twierdzi, że Adrian obiecał mu część pieniędzy za udział w planie. Potem przestał płacić. Robert chciał dziś zeznać, bo dowiedział się, że Adrian zamierza poślubić inną kobietę.

Adrian usiadł na najniższym stopniu.

Zrozumiałam wtedy coś, czego nie przewidziałam. Nie był tylko bezdusznym człowiekiem, który chciał wymazać mnie ze swojego życia. Przez trzy miesiące próbował kupić milczenie wszystkich, a mimo to bał się jednej osoby bardziej niż długów, Victora i prawdy.

Bał się Roberta.

Helena podeszła do mnie.

— Co teraz zrobisz?

Spojrzałam na dokumenty. Mój sfałszowany podpis, przelewy, zdjęcia wraku i nazwisko człowieka, którego życie zostało wykorzystane jak rekwizyt.

— Najpierw pojadę do kliniki.

Adrian podniósł głowę.

— Meredith, proszę.

To było pierwsze słowo, które powiedział do mnie tego dnia bez rozkazu, bez udawanej pewności i bez przygotowanego uśmiechu.

— Nie proś mnie o milczenie — odpowiedziałam.

— Mogę oddać pieniądze.

— Nie oddasz mi trzech miesięcy.

— Nie chciałem, żebyś cierpiała.

— Chciałeś, żebym nie przeszkadzała.

Odwrócił wzrok.

Victor chwycił go za ramię.

— Pójdziesz ze mną. Musimy porozmawiać o umowie.

Adrian wyrwał się.

— Nie masz już nade mną władzy.

— Nigdy jej nie miałem — odparł Victor. — Miałem tylko pieniądze, których potrzebowałeś.

To był niespodziewany zwrot. Victor nie chciał Adriana w rodzinie. Chciał narzędzia, które podpisze dokumenty i przejmie ryzyko. Adrian sądził, że kupuje sobie nowe życie, a tak naprawdę sprzedawał własne nazwisko.

Helena podeszła do ojca.

— Oddasz Meredith wszystkie pieniądze.

Victor zmarszczył brwi.

— To nie jest twoja decyzja.

— Jest. Jeśli nie oddasz, jutro opowiem wszystkim udziałowcom, jak próbowałeś wprowadzić oszusta do firmy.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Nie mogłem zapłacić za kolację wartą 47 dolarów, a kiedy obca kobieta wyjęła portfel, kierownik nagle zamilkł

— Grozisz mi?

— Informuję cię.

Po raz pierwszy tego dnia to Victor wyglądał na człowieka osaczonego.

Na zewnątrz czekała Lena. Prowadziła samochód, bo moje dłonie wciąż drżały. Zanim wyszłam, Colleen podeszła do mnie i zdjęła z nadgarstka bukiecik.

Rozmaryn był zwiędły. Białe róże miały brązowe brzegi.

— Nie chcę, żebyś mi wybaczyła — powiedziała. — Nie zasłużyłam.

— Dobrze, bo nie mam ci teraz czego dać.

— Ale chcę powiedzieć prawdę. Całą. Nawet jeśli Adrian mnie znienawidzi.

— Nie rób tego dla mnie.

— Zrobię to dla Roberta.

W klinice światło było ostre i zimne. Robert leżał pod cienkim kocem, z bandażem na szyi i rurką tlenową przy twarzy. Wyglądał na mniejszego, niż go sobie wyobrażałam.

Kiedy weszłam, otworzył oczy.

— To pani? — wyszeptał.

— Meredith.

— Przepraszam.

— Za co?

— Że przyjąłem pieniądze. Myślałem, że pomogę Adrianowi tylko upozorować wypadek. Nie wiedziałem, że zostawi mnie w tamtym samochodzie.

Usiadłam obok łóżka.

— Dlaczego dziś przemówiłeś?

Robert spojrzał na swoje zabandażowane dłonie.

— Bo usłyszałem w radiu, że bierze ślub. Pomyślałem, że skoro może zbudować sobie nowe życie na moich ranach, to ja mogę przynajmniej powiedzieć, jak było naprawdę.

Wyjął spod poduszki mały plastikowy woreczek. W środku znajdował się mosiężny klucz z wyrytym numerem siedemnaście.

— Adrian zostawił go u mnie. Powiedział, że jeśli coś pójdzie źle, mam przekazać go jego matce. Nie zrobiłem tego.

— Co otwiera?

— Skrytkę na dworcu. Tam trzymał rzeczy, których nie chciał mieć w domu.

Pojechaliśmy tam następnego ranka razem z Julianem. Skrytka numer siedemnaście była wciśnięta między automaty z biletami. W środku znaleźliśmy mój paszport, kopię umowy naszego mieszkania, kartę dostępu do wspólnego konta i list zaadresowany do mnie.

Nie otworzyłam go od razu.

— Chcesz, żebym to zrobił? — zapytał Julian.

— Nie. Jeśli całe życie ktoś podejmował decyzje za mnie, mogę przynajmniej sama przeczytać jeden list.

Adrian napisał, że zamierzał wyjechać po ślubie z Heleną. Twierdził, że zostawi mi pieniądze i mieszkanie, bo tak będzie łatwiej. Nie przepraszał za pogrzeb. Nie wspominał o Robercie. Najwięcej miejsca poświęcił temu, że bał się być biedny i nieznany.

Złożyłam kartkę na pół.

— Co zrobisz? — zapytał Julian.

— Zachowam ją.

— Po co?

— Żeby pamiętać, że nie tęskniłam za człowiekiem, który istniał. Tęskniłam za wersją, którą sama sobie wymyśliłam.

Pieniądze wróciły na moje konto dzięki umowie Victora, który za wszelką cenę chciał uniknąć ujawnienia oszustwa przed wspólnikami. Victor zerwał kontrakt z Adrianem. Helena odwołała ślub i przekazała część swoich oszczędności na leczenie Roberta, ale zrobiła to anonimowo.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Dominic Russo wszedł do mojego mieszkania bez zapowiedzi, a gdy zobaczył, co trzymam przy łóżku, jego twarz nagle pobladła

Julian zawiózł Colleen do kliniki. Nie wiem, czy jej wybaczył. Wiem tylko, że przyniósł jej formularze, dzięki którym mogła oficjalnie opłacić dalszą opiekę nad Robertem. To był jej pierwszy czyn, który nie służył Adrianowi.

Adrian musiał zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji, ale nie zabrałam mu tego momentu. Nie chciałam zemsty. Chciałam, żeby choć raz nikt nie zasłaniał go własnym ciałem, pieniędzmi ani kłamstwem.

Tydzień później wróciłam do sali weselnej po moje narzędzia. Na stole wciąż stał bukiet z białych róż i rozmarynu, który zrobiłam dla Colleen. Kwiaty zwiędły, lecz jedna gałązka rozmarynu zachowała zapach.

Lena weszła za mną.

— Wyrzucić to?

Popatrzyłam na bukiet.

— Nie. Zanieśmy go Robertowi.

— A jeśli nie będzie chciał kwiatów?

Wzięłam bukiet do rąk. Cierń róży ukłuł mnie w palec, dokładnie w to samo miejsce co rano.

— To niech sam zdecyduje.

W klinice Robert spał. Położyłam bukiet na stoliku przy jego łóżku, obok klucza do skrytki numer siedemnaście.

Kiedy się obudził, długo patrzył na białe róże.

— To z tego wesela? — zapytał.

— Z wesela, które się nie odbyło.

Uśmiechnął się słabo.

— Dobrze, że przynajmniej kwiaty przeżyły.

Spojrzałam na gałązkę rozmarynu, która pachniała mocno mimo zwiędłych liści.

— Nie wszystkie — odpowiedziałam. — Ale ta jedna tak.

Robert dotknął jej zabandażowanym palcem i powiedział:

— W takim razie zostawmy ją tutaj. Niech przypomina, że ktoś w końcu powiedział prawdę.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Trzy miesiące po pogrzebie narzeczonego jego matka zobaczyła mnie na weselu i nagle zaczęła się przede mną chować
Oddałam krew dla rzekomo rannego chłopaka, lecz za drzwiami kliniki usłyszałam śmiech — a jego twarz nagle stężała