CZĘŚĆ 4
…— Kto próbuje ją otworzyć? — zapytałem.
Saraphina przycisnęła telefon do ucha.
— Powtórz nazwisko.
Słuchała. Jej wzrok powoli przesunął się na Corvina.
— Nie — powiedziała. — Nie podawaj mu kodu. Zostań tam i nie ruszaj koperty.
Rozłączyła się.
Corvin wyprostował się przy ścianie.
— To pomyłka.
— Księgowa powiedziała, że mężczyzna ma upoważnienie z twoim podpisem — odparła Saraphina.
— Podpis można podrobić.
— Oczywiście — powiedziałem. — Zwłaszcza kiedy ktoś wie, że w skrytce czeka dokument, którego boi się od sześciu lat.
Eloan przytuliła się do matki. Jej żółta wstążka wisiała teraz luźno przy jednym uchu.
— Mamo, co tam jest?
Saraphina przykucnęła.
— Nie wiem jeszcze.
— Ale wiesz, że tata chciał, żebym to dostała?
Saraphina zamknęła oczy.
— Tak.
— To jedźmy.
Corvin ruszył ku wyjściu.
— Nigdzie nie jedziecie.
Tomas zastąpił mu drogę. Starszy kelner drżał, ale nie odsunął się ani o krok.
— Już pan wystarczająco długo mówił wszystkim, dokąd mają iść — powiedział.
Corvin spojrzał na ludzi przy stołach. Jeszcze godzinę wcześniej to oni śmiali się z moich butów. Teraz nikt nie patrzył na mnie. Wszyscy patrzyli na niego.
— Saraphina, pomyśl rozsądnie. Fundacja upadnie, jeśli wyciągniesz te dokumenty.
— Fundacja upadnie, jeśli okaże się, że budowaliśmy ją na kłamstwie.
— Elias ją zniszczy.
— Elias nie żyje.
— A ty nadal próbujesz go usprawiedliwiać.
Saraphina podniosła notes.
— Nie. Próbuję sprawdzić, dlaczego przez sześć lat nienawidziłam niewłaściwego człowieka.
Pojechaliśmy na dworzec trzema samochodami. Nie było w tym nic eleganckiego. Saraphina siedziała z Eloan na tylnym siedzeniu mojego starego samochodu, a notes leżał na kolanach dziewczynki. Tomas jechał za nami. Corvin został w hotelu, lecz zanim wyszliśmy, zdążył zadzwonić do kogoś i powiedzieć, że musi „zabezpieczyć biuro”.
To zdanie nie dawało mi spokoju.
Skrytki znajdowały się w starej części dworca, pod migającym zegarem. Księgowa, Mara Venn, czekała przy automacie z plikiem papierów pod pachą.
— Mężczyzna przyszedł dziesięć minut temu — powiedziała. — Miał kopię dowodu Saraphiny i pełnomocnictwo. Zauważyłam, że podpis na końcu różni się od podpisu na każdej wcześniejszej stronie.
— Co zrobił? — spytała Saraphina.
— Kiedy powiedziałam, że potrzebuję potwierdzenia, uciekł.
Mara wskazała skrytkę numer 214.
Mosiężna klamra z mojej kieszeni pasowała idealnie.
Eloan stanęła przede mną.
— Otwórz ty.
— Dlaczego ja?
— Bo tata poprosił ciebie.
Przekręciłem klamrę. W środku nie było pieniędzy ani biżuterii. Leżał tam cienki zeszyt w granatowej okładce, koperta z nazwiskiem Saraphiny i mały klucz owinięty w papier nutowy.
Na kopercie Elias napisał: „Dla Saraphiny. Jeśli Gideon przyszedł, znaczy, że Eloan jest gotowa usłyszeć prawdę”.
Saraphina nie mogła od razu jej otworzyć.
— To moja wina — powiedziała.
— Nie wiesz jeszcze, co jest w środku — odparłem.
— Wiem wystarczająco dużo.
— Nie możesz wziąć na siebie cudzych kłamstw.
— To ja uwierzyłam w nie bez sprawdzenia.
Eloan dotknęła jej dłoni.
— Otwórz.
Saraphina rozerwała kopertę.
W środku był list i rachunek z prywatnego szpitala. Elias nie był pijany w noc wypadku. Miał atak serca za kierownicą po tym, jak Corvin zepchnął jego samochód z drogi, próbując odebrać mu teczkę z dokumentami. Elias przeżył zderzenie wystarczająco długo, by zadzwonić na pomoc, lecz zmarł przed przyjazdem karetki.
Najgorsze znajdowało się jednak w liście.
Elias napisał, że przez rok ukrywał przed Saraphiną prawdę o fundacji, ponieważ chciał zebrać dowody bez narażania jej i Eloan. Wiedział, że Corvin miał dostęp do ich kont, domu i korespondencji. Wiedział też, że po jego śmierci Corvin wykorzysta żałobę Saraphiny.
Na końcu listu było jedno zdanie skierowane do mnie:
„Gideon, nie oddawaj im melodii, dopóki Saraphina nie poprosi o nią sama”.
Saraphina przeczytała je dwa razy.
— Dlaczego mi nie powiedziałeś? — zapytała.
— Bo obiecałem mu, że nie będę zmuszał pani do słuchania.
— A jednak przyszedłeś.
— Eloan poprosiła.
Dziewczynka spojrzała na matkę.
— Ja go znalazłam?
— Nie — powiedziała Saraphina, obejmując ją mocno. — To tata zostawił nam drogę.
Mara otworzyła granatowy zeszyt. W środku znajdowały się kopie przelewów, numery fikcyjnych firm i lista nazwisk dzieci, którym odebrano stypendia. Przy jednym nazwisku widniała notatka: „Gideon Vale — instrument po naprawie, opłata umorzona”.
Zamarłem.
— To niemożliwe.
Saraphina spojrzała na mnie.
— Co?
— Elias zapłacił za mój pierwszy zestaw używanych klawiszy. Powiedział, że to nagroda za pracę. Nie wiedziałem, że pieniądze pochodziły z fundacji.
Mara przewróciła stronę.
— Nie pochodziły. To była prywatna wpłata Eliasa. Wpisał ją tutaj, żeby Corvin nie mógł twierdzić, że ukradł wszystko dla rodziny.
Poczułem, jak napięcie uchodzi ze mnie razem z powietrzem. Przez lata zastanawiałem się, czy mój nauczyciel pomagał mi z litości. Pomagał, bo wierzył, że chłopak naprawiający cudze instrumenty może kiedyś zagrać własną melodię.
Następnego ranka zarząd fundacji zebrał się w małej sali prób. Corvin przyszedł z dwoma wspólnikami i teczką pełną papierów. Chciał przekonać wszystkich, że dokumenty są fałszywe.
Nie przewidział Tomasа.
Starszy kelner przyniósł rejestr hotelowych przejazdów z nocy wypadku. Był kierowcą, który zawiózł Eliasa na dworzec, a potem wrócił po jego teczkę. Na ostatniej stronie widniał podpis Corvina potwierdzający odbiór kluczyków z samochodu.
— Ten podpis nie jest mój — powiedział Corvin.
Mara położyła obok niego wcześniejsze faktury.
— Jest identyczny z podpisem na wszystkich rachunkach.
— To niczego nie dowodzi.
Saraphina przesunęła przed nim kopertę Eliasa.
— Dowodzi tego, że od dziś nie masz dostępu do fundacji.
— Nie możesz mnie usunąć. To ja ją zbudowałem.
— Zbudowałeś system, w którym dzieci płaciły za twoje samochody.
— A ty co zrobisz? Wyrzucisz mnie i opowiesz wszystkim, że twój mąż miał rację?
Saraphina długo na niego patrzyła.
— Nie. Powiem wszystkim, że ja się myliłam.
To kosztowało ją więcej niż każde oskarżenie.
Corvin stracił stanowisko, udziały w fundacyjnych przedsięwzięciach i możliwość dysponowania pieniędzmi. Nie było wielkiej sceny ani triumfalnej muzyki. Jego wspólnicy zabrali teczki, a ludzie, którzy jeszcze niedawno pili z nim przy jednym stole, zaczęli odsuwać krzesła.
Największą karą nie było jednak to, że musiał odejść.
Było nią to, że fundacja przetrwała bez niego.
Saraphina sprzedała część udziałów w hotelu i przeznaczyła pieniądze na odtworzenie stypendiów. Tomas dostał stałą pracę w nowym ośrodku muzycznym. Mara została jego księgową.
A ja dostałem coś, czego się nie spodziewałem.
Saraphina zaprosiła mnie do małej sali za portem, gdzie stał odnowiony fortepian Eliasa.
— Chcę, żebyś prowadził zajęcia — powiedziała.
— Nie jestem nauczycielem.
— Elias też tak mówił.
Na ławce leżał mój stary zegarek. Nie pamiętałem, że zostawiłem go przy fortepianie podczas pierwszego spotkania.
Eloan siedziała obok i trzymała ołówek.
— Nauczysz mnie tej piosenki?
— Tylko jeśli obiecasz, że będziesz ćwiczyć pauzę.
— Po co?
— Bo bez pauzy nikt nie zdąży usłyszeć, co było przed nią.
Saraphina odwróciła się do nas.
— Gideon, jest jeszcze jedna rzecz.
Podała mi rachunek ze szpitala. Na odwrocie Elias dopisał ołówkiem kilka taktów, których nigdy wcześniej nie widziałem.
— To zakończenie — powiedziała.
Usiadłem przy fortepianie. Eloan położyła palce na klawiszach, dokładnie tak jak tamtego popołudnia w hotelu. Zagrała pierwsze cztery dźwięki, trochę za wolno, z jednym fałszywym akordem.
Nie poprawiłem jej od razu.
Saraphina zamknęła oczy, a potem zaczęła cicho śpiewać słowa, których nie znała od sześciu lat.
Eloan dołączyła do niej.
Ja dopisałem ostatnie nuty w zeszycie Eliasa, a pióro zatrzymało się nad papierem dopiero wtedy, gdy mała dłoń córki wskazała pusty takt.
— Tato zostawił tu miejsce dla mnie — powiedziała.
Spojrzałem na Saraphinę.
— Nie — odparła, ocierając policzek. — Dla was obu.
Eloan uderzyła w ostatni klawisz. Dźwięk przeszedł przez drewnianą salę i wrócił miękko od ścian.
Na marginesie rękopisu, obok podpisu Eliasa, dopisałem tylko jedną rzecz: „Zagrane razem”.
Eloan przeczytała te słowa i uśmiechnęła się przez łzy.
— Tato naprawdę wrócił.
A potem zagrała pierwsze cztery nuty jeszcze raz, tym razem już bez żadnej pauzy.
Przegapiłeś początek?













