CZĘŚĆ 4
— Twierdzi, że jest jej ojcem — powiedziała Marta.
W pokoju zapadła cisza.
Esteban poderwał głowę.
— To niemożliwe.
— Znasz go? — zapytała Marta.
Esteban nie odpowiedział.
Lorena osunęła się na krzesło. Jej palce zaczęły drżeć tak mocno, że musiała przycisnąć je do kolan.
— Lorena? — spytałam.
Spojrzała na mnie.
I wtedy zrozumiałam, że nazwisko na kartce nie było dla niej obce.
— To Mateo — wyszeptała.
Abril mocniej objęła Milusia.
— Kto to jest?
Lorena zamknęła oczy.
— Twój biologiczny ojciec.
Esteban odsunął krzesło tak gwałtownie, że noga zaskrzypiała po podłodze.
— Mówiłaś, że nie żyje.
— Powiedziałam, że nie chcę, żeby wrócił.
— To nie to samo!
Marta uniosła dłoń.
— Wszyscy usiądźmy. Abril nie może być świadkiem kolejnej awantury.
Ale dla mnie to nie była już tylko awantura. Przez trzy lata patrzyłam na Estebana, jak nosił Abril na barana podczas rodzinnych spotkań, jak kupował jej lody za ostatnie drobne, jak nazywał ją „swoją małą”. Nigdy nie miał prawa udawać ojca, a jednak kochałam go za to, że choć czasem próbował.
Teraz okazało się, że nawet ta część była kłamstwem.
— Dlaczego Mateo pobierał pieniądze Abril? — zapytałam.
Marta odpowiedziała:
— Według dokumentów Lorena wskazała go jako osobę upoważnioną do odbioru świadczenia. Potem ktoś zmienił rachunek i część pieniędzy zaczęła trafiać przez gospodarstwo do Estebana.
Celia, która siedziała przy ścianie, nagle podniosła rękę.
— Mam jeszcze jeden dokument.
Wyjęła z teczki starą kopertę z nadrukiem gospodarstwa Raúla. Nie była szara ani elegancka. Była pognieciona, poplamiona sosem pomidorowym i zamknięta zszywką.
— Znalazłam to w segregatorze, kiedy szukałam potwierdzeń przelewów. Raúl kazał mi zachować wszystkie papiery.
W środku znajdował się formularz, na którym Esteban własnoręcznie zapisał numer telefonu Mateo. Obok widniała notatka: „On bierze swoją część, ja swoją. Matka niczego nie zauważy”.
Poczułam mdłości.
— Chciałeś mnie wykorzystać — powiedziałam.
Esteban oparł dłonie o stół.
— Chciałem odzyskać kontrolę nad sytuacją.
— Nad pieniędzmi, nie nad sytuacją.
— Bałem się.
— A Abril?
Tym razem nie musiałam pytać drugi raz.
— Też się bała — dodałam.
Marta zaprosiła Mateo na spotkanie następnego dnia, ale zaznaczyła, że nie zobaczy Abril bez sprawdzenia jego tożsamości i powodów, dla których przez lata nie interesował się córką. Nie zamierzała oddać dziecka komuś tylko dlatego, że nagle pojawiło się nazwisko w dokumentach.
Mateo przyjechał rano. Miał czterdzieści kilka lat, ciemny płaszcz i bliznę przecinającą lewą brew. Stał przed ośrodkiem z papierową torbą, w której przyniósł książkę o koniach.
— Nie wiedziałem, gdzie ona jest — powiedział, kiedy usiadł naprzeciwko mnie. — Lorena wysyłała wiadomości, że Abril nie chce mnie znać.
— A pan jej wierzył?
Spuścił wzrok.
— Chciałem uwierzyć. Przez rok byłem za granicą i nie płaciłem regularnie. Potem straciłem pracę. Każdy kolejny telefon był trudniejszy.
— Ale pieniądze pan pobierał.
— Podpisałem zgodę na świadczenie, bo Lorena powiedziała, że pójdą na szkołę. Nie wiedziałem, że trafiają do Estebana.
Marta nie pozwoliła, by rozmowa zamieniła się w tłumaczenie dorosłych. Zapytała Mateo, czy zgodzi się na badanie pokrewieństwa i program spotkań pod nadzorem.
— Tak — odpowiedział. — Nawet jeśli Abril nigdy nie nazwie mnie tatą.
Kiedy powiedziałam o tym Abril, dziewczynka długo milczała. Siedziała na dywanie i czesała Milusia plastikowym grzebykiem.
— Czy muszę się z nim spotkać? — zapytała.
— Nie dziś.
— Czy jeśli go polubię, mama będzie zła?
— Nie możesz odpowiadać za uczucia dorosłych.
— A jeśli nie polubię?
— Wtedy też nikt nie będzie miał prawa cię zmuszać.
Spojrzała na mnie poważnie.
— Mogę najpierw zapytać, dlaczego nie przyszedł?
— Możesz zapytać o wszystko.
Spotkanie odbyło się trzy dni później w małym pokoju z dywanem w kolorowe kwadraty. Mateo usiadł na podłodze, nie naprzeciwko Abril, lecz obok niej, zostawiając między nimi bezpieczną przestrzeń.
— Nie będę udawał, że jestem kimś, kogo znasz — powiedział. — Jestem człowiekiem, który powinien był przyjechać wcześniej.
Abril spojrzała na niego.
— Mama mówiła, że mnie nie chciałeś.
— To nieprawda. Ale bałem się, że nie będziesz chciała mnie.
— A teraz?
— Teraz wiem, że to ja powinienem był się nie bać.
Abril przez chwilę obracała w dłoniach ogon Milusia.
— Nie możesz zabrać mnie od babci.
— Nie zamierzam.
— I nie możesz obiecywać rzeczy, których nie zrobisz.
Mateo przytaknął.
— To uczciwe.
To nie było cudowne pojednanie. Nie było uścisków ani łez, które naprawiają lata. Była tylko książka o koniach położona na dywanie i pytanie Abril o to, czy koń może bać się człowieka, który chce go dosiąść.
Mateo odpowiedział, że może.
— Dlatego najpierw trzeba podejść powoli — dodał.
W tym samym czasie Esteban dostał decyzję o wstrzymaniu dostępu do pieniędzy Abril. Musiał zwrócić niewykorzystaną kwotę, rozpocząć terapię uzależnienia i podpisać plan, według którego mógł widywać dziewczynkę tylko wtedy, gdy był trzeźwy i przychodził na umówione spotkania.
Przez pierwsze dwa tygodnie nie pojawił się ani razu.
Lorena zjawiła się trzeciego dnia z torbą ubrań i listem. Marta przeczytała go wcześniej, a potem zapytała Abril, czy chce go otworzyć.
W środku były trzy strony krzywego pisma.
„Nie proszę, żebyś mi wybaczyła. Proszę, żebyś wiedziała, że pójdę na leczenie, nawet jeśli nie będziesz chciała mnie widzieć”.
Abril przeczytała list dwa razy.
— Czy ona naprawdę pójdzie? — spytała.
— Tego nie wiem.
— To skąd będę wiedziała?
— Po tym, co zrobi, nie po tym, co napisze.
Lorena rzeczywiście rozpoczęła terapię. Nie wróciła do mieszkania z Estebanem. Wynajęła mały pokój nad piekarnią i przez kilka tygodni spotykała się z córką tylko przy obecności Marty. Raz przyniosła Abril własnoręcznie uszyty pokrowiec na Milusia. Nie był idealny. Jeden szew krzywił się przy uchu lisa, ale dziewczynka schowała go do plecaka.
Esteban próbował jeszcze raz przekonać mnie, żebym wycofała swoje zeznania.
Przyszedł do gospodarstwa Raúla w środę po południu. Pachniał kawą, nie alkoholem. To jednak nie wystarczyło, bym zapomniała o pustym talerzu i czerwonym zeszycie.
— Mamo, jeśli podpiszesz, że pieniądze były pożyczką, wszystko się skończy — powiedział.
— Nie.
— Możesz uratować własnego syna.
— Nie będę fałszować kolejnego dokumentu.
Przygryzł wargę.
— Myślisz, że jestem potworem?
— Myślę, że zrobiłeś rzeczy, których nie wolno usprawiedliwiać tym, że jesteś moim synem.
— A jeśli naprawdę się zmienię?
— Wtedy zmienisz się bez żądania, żebym ci w tym pomogła kłamstwem.
Raúl stał kilka metrów dalej przy zagrodzie i udawał, że naprawia zawias. Esteban to zauważył. Po raz pierwszy nie podniósł głosu.
— Nie mam dokąd pójść.
— Masz ośrodek terapii, który przyjął twoje zgłoszenie. Masz pracę, jeśli Raúl zdecyduje, że możesz wrócić. Nie masz tylko prawa do pieniędzy Abril.
Odwrócił się i odszedł.
Raúl pozwolił mu wrócić na gospodarstwo, ale nie do pracy przy kasie ani przy przelewach. Esteban zaczął od karmienia zwierząt o świcie, pod nadzorem człowieka, któremu wcześniej ukradł zaufanie. Nie wiedziałam, czy wytrzyma.
Nie musiałam już za niego odpowiadać.
Musiałam odpowiadać za Abril.
Po miesiącu odbyło się spotkanie podsumowujące. Marta położyła na stole wszystkie dokumenty: potwierdzenie przelewów, kopię podrobionego podpisu, plan leczenia rodziców i zgodę na pozostanie Abril u mnie do czasu, aż dorośli udowodnią czynami, że potrafią być bezpieczni.
— Chcesz nadal mieszkać u babci? — zapytała Abril.
Dziewczynka spojrzała na mnie.
— Tak. Ale chcę widywać mamę, jeśli będzie trzeźwa. I chcę czasem rozmawiać z Mateo.
Marta zapisała jej słowa.
— To rozsądny plan.
— I chcę, żeby mój zeszyt został u mnie — dodała Abril. — Nie chcę, żeby dorośli znowu mówili za mnie.
— Zostanie u ciebie — obiecałam.
Tego wieczoru przygotowałam jej kolację. Nie wielką. Zrobiłam tortille z fasolą, serem i jajkiem, dokładnie takie jak pierwszego dnia. Abril położyła obok talerza czerwony zeszyt i Milusia w nowym pokrowcu od Loreny.
Telefon zadzwonił, kiedy właśnie kroiła pomidora.
To był Esteban.
Nie pytał o pieniądze.
— Mamo — powiedział — jutro mam pierwsze spotkanie z terapeutą. Raúl kazał mi przyjść o szóstej rano. Czy możesz powiedzieć Abril, że nie zapomniałem o niej?
Spojrzałam na dziewczynkę.
— Możesz powiedzieć jej sam.
Podałam jej telefon.
Abril nie odezwała się od razu. Ścisnęła aparat obiema rękami i spojrzała na swój czerwony zeszyt.
— Wujku Esteban — powiedziała w końcu. — Jutro przyjdź trzeźwy.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Przyjdę.
— I nie mów, że wszystko będzie dobrze. Po prostu przyjdź.
— Dobrze.
Odłożyła telefon i wróciła do pomidora. Nie wybaczyła mu. Nie musiała. Zostawiła jednak małą szczelinę, przez którą mógł wejść, jeśli naprawdę nauczy się zachowywać jak dorosły.
Następnego ranka o szóstej Esteban rzeczywiście pojawił się na gospodarstwie. Raúl wręczył mu metalowe wiadro i wskazał zagrodę.
— Zaczynasz od kur.
Esteban skinął głową.
W domu Abril siedziała przy stole i pisała w czerwonym zeszycie. Zapytałam, co zapisuje.
— Że dzisiaj ktoś przyszedł, zanim zdążyłam zacząć się bać.
Nie zapytałam, kogo miała na myśli.
Przez okno widziałam Raúla stojącego przy ogrodzeniu i Estebana, który pochylał się nad pustym wiadrem, czekając na pierwsze zadanie.
Abril zamknęła zeszyt i wsunęła go pod ramię.
— Babciu, dzisiaj mogę sama nakryć do stołu?
— Możesz.
Postawiła na środku czerwony kubek, dwa talerze, swój plecak i Milusia w krzywo zszytym pokrowcu.
Potem spojrzała na mnie i powiedziała:
— Tylko nie chowaj już pustych talerzy. Chcę, żeby każdy widział, kiedy stół jest pełny.
Przegapiłeś początek?













