CZĘŚĆ 4
— Richard nie zdąży. Teczka jest u was, więc teraz przyjadę po to, co należy do mnie…
Połączenie się urwało.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Potem mama zdjęła z szyi cienki łańcuszek, na którym od lat nosiła mały klucz do metalowej skrzynki po tacie.
— W piwnicy jest stary telefon przewodowy — powiedziała. — Jeszcze działa. Chloe, zejdź po niego.
— Nie zostawię was.
— Nie proszę cię o odwagę. Proszę o szybkość.
Chloe pobiegła po schodach. Słyszałam jej kroki, trzask otwieranej szafki i przesuwane pudełka. Za drzwiami wejściowymi ktoś nacisnął klamkę.
Tym razem zamek ustąpił.
Mama spojrzała na mnie.
— Czy on ma broń?
— Nie wiem.
— A ty?
— Mam wałek do ciasta.
Mimo wszystkiego prawie się uśmiechnęła.
— Twój ojciec też kiedyś uważał, że wałek rozwiązuje każdy problem.
Drzwi zatrzęsły się pod uderzeniem.
Chloe wróciła z aparatem telefonicznym owiniętym w pajęczyny. Podłączyła przewód do gniazda przy kredensie. Mama wybrała numer, który znała z pamięci.
— Do kogo dzwonisz? — zapytałam.
— Do Heleny.
To imię nic mi nie mówiło.
Mama dostrzegła moje spojrzenie.
— Marta nie była pierwszą osobą, której Richard pomagał. Helena jest jego siostrą. Pracowała w fundacji, tej samej, na której konto przelewał pieniądze. Od miesięcy zbierała dokumenty przeciwko Pawłowi.
Telefon po drugiej stronie odebrała kobieta.
— Helena? Tu Elżbieta. Paweł jest pod moim domem.
Zapadła cisza.
— Nie uciekaj — powiedziała Helena. — Właśnie na to czeka.
— Richard powiedział, że masz świadka.
— Mam. I mam coś ważniejszego. Oryginalny testament Marty. Paweł sfałszował kopię, ale nie wiedział, że Marta zostawiła drugą wersję u notariusza.
— Gdzie jesteś?
— W drodze do was. Nie jedźcie nigdzie.
Uderzenie w drzwi wyrwało zamek z framugi. W korytarzu pojawił się mężczyzna w czarnej kurtce. Był niższy, niż wyglądał na zdjęciu, ale miał tę samą twardą linię szczęki. W dłoni trzymał nóż.
Chloe cofnęła się za mnie.
Mama stanęła przed nią.
— Paweł, odejdź.
— Proszę nie utrudniać — powiedział. — To sprawa rodzinna.
— Rodzina nie przychodzi do domu staruszki z nożem.
— Proszę nie używać wielkich słów. Chcę tylko teczkę.
Położyłam ją na stole, ale nie przesunęłam w jego stronę.
— W środku nie ma pieniędzy Marty.
— Wiem, co tam jest.
— W takim razie wiesz też, że są tam dokumenty, które cię pogrążą.
Paweł uśmiechnął się krzywo.
— Dokumenty nie mówią, co wydarzyło się na balkonie.
— Ale sąsiad mówi — odpowiedziałam.
Jego twarz stężała.
Mama zrobiła krok naprzód.
— Nazywa się Stefan Wrona. Mieszka naprzeciwko. Widział cię tamtej nocy.
— Ten stary głupiec niczego nie widział.
Paweł powiedział to zbyt szybko.
Za szybko.
Chloe zerknęła na mnie. W tej samej chwili usłyszałam z piwnicy cichy trzask. Stary telefon nadal był podłączony. Helena musiała słyszeć wszystko.
Paweł tego nie wiedział.
— Marta krzyczała, że odda dziecko Richardowi — powiedziała mama. — Prawda?
— Marta była szalona.
— Powiedziała, że ma dowód na twoje oszustwa.
— Chciała mnie zniszczyć!
— Więc wszedłeś na balkon.
— Nie chciałem jej zabić!
Słowa spadły na pokój ciężej niż nóż, który trzymał w dłoni.
Paweł spojrzał na nas i dopiero wtedy zrozumiał, co zrobił.
Na zewnątrz zahamował samochód. Po chwili do domu wbiegł Richard razem z Heleną i starszym mężczyzną o lasce.
— Stefan — powiedział Richard. — Powiedz mu.
Sąsiad podszedł bliżej. Drżały mu ręce, ale głos miał wyraźny.
— Widziałem cię na balkonie. Widziałem, jak pchnąłeś Martę. A potem widziałem, jak wróciłeś po kopertę z testamentem.
Paweł pobladł.
— Kłamiesz.
— Mam okulary, nie amnezję.
Helena wyjęła z torby plik dokumentów.
— Oryginał testamentu jest tutaj. Marta ustanowiła Richarda opiekunem Niny i przekazała fundusz wyłącznie na leczenie córki. Ty nie odziedziczysz ani grosza.
Paweł rzucił się do stołu. Richard zastąpił mu drogę, a ja odsunęłam teczkę. Wtedy na ulicy pojawiły się światła samochodu. Paweł próbował uciec, ale Helena wskazała na telefon.
— Rozmowa z tego domu została nagrana przez centralę telefoniczną fundacji. Wszystko, co powiedziałeś, już ma kopię.
Nie była to pułapka Richarda. Helena od miesięcy zabezpieczała rozmowy, bo wiedziała, że Paweł będzie próbował zdobyć dokumenty.
Tym razem przyjechali ludzie, którzy mieli zająć się sprawą. Paweł został zabrany z domu, ale nie to było dla mnie najważniejsze.
Richard stał przy stole z opuszczonymi ramionami.
Mama podeszła do niego.
— Dlaczego naprawdę nie powiedziałeś mi o Ninie?
— Bałem się, że odejdziesz.
— A teraz?
— Teraz wiem, że zasłużyłem na twoją złość.
Mama dotknęła jego dłoni.
— Nie wiem jeszcze, czy ci wybaczę ukrywanie prawdy. Ale wiem, że dziecko nie może płacić za nasze lęki.
Helena zaprowadziła nas do domu z zielonym dachem. Nina spała w wiklinowym koszu, owinięta żółtym kocykiem. Jej matka nie żyła, ale przed śmiercią zostawiła jedno zdanie zapisane na odwrocie fotografii.
„Jeśli Richard przyjdzie, pozwól mu wejść. On nie umie prosić o pomoc, ale całe życie jej potrzebuje”.
Richard przeczytał to i odwrócił twarz.
Mama wzięła Ninę na ręce. Dziecko poruszyło ustami, szukając ciepła, a mama przycisnęła je do czerwonej sukienki.
— Nie jestem pewna, czy potrafię być prababcią dla dziecka, którego jeszcze wczoraj nie znałam — powiedziała.
— Nie musisz być pewna — odparł Richard. — Wystarczy, że zostaniesz.
Spojrzała na niego długo.
— Zostanę dla niej. Z tobą zobaczymy.
Kilka dni później Richard oddał mamie klucz do szafki, w której trzymał dokumenty Marty. Nie próbował już niczego wyjaśniać kwiatami ani wymówkami. Każdą niedzielę spędzał z Niną, a potem przyjeżdżał do mamy i mówił jej dokładnie, gdzie był.
Nie było wielkich deklaracji.
Były rachunki, podpisy, mleko w proszku i wizyty u lekarza.
Była też czerwona sukienka mamy, poplamiona odrobiną mleka, kiedy po raz pierwszy sama nakarmiła Ninę.
Chloe schowała skórzaną teczkę do szafy. Nie dlatego, że chciała ukryć sekret, ale dlatego, że nie była już potrzebna jako tarcza.
Pewnego wieczoru Richard znów spojrzał na zegarek. Była dziewiętnasta dwadzieścia sześć.
Mama od razu uniosła brwi.
— Musisz iść?
Richard popatrzył na Ninę śpiącą w jej ramionach.
— Tak. Obiecałem jej kołysankę.
— To idź — powiedziała mama. — Ale wróć przed deserem.
Richard uśmiechnął się i tym razem zabrał ze stołu nie teczkę, lecz mały żółty kocyk Niny, który spadł na podłogę.
Mama poprawiła dziecko i wyszeptała:
— Twoja mama zostawiła ci drogę do domu, maleńka. A my dopilnujemy, żeby nikt jej nie zasypał.
Przegapiłeś początek?













