CZĘŚĆ 4
Kartka zatrzymała się przy nodze stołu.
Nikt nie próbował jej podnieść.
Elżbieta Rybak wciąż była na linii.
— Pani Mariano, proszę mnie uważnie słuchać. Pełnomocnictwo nie daje nikomu prawa do zaciągania zobowiązań na panią, jeśli pani go nie podpisała. Ale oznacza, że ktoś próbował wykorzystać pani dane.
— Kto sporządził dokument? — zapytałam.
— Kancelaria notarialna, w której pracowałam. Widnieje na nim mój numer repertorium, ale podpis… podpis nie jest mój.
Daniel zacisnął palce na oparciu krzesła.
— To jakiś błąd.
— Błąd nie pojawia się trzy razy — odpowiedziała Elżbieta. — W dokumentach są trzy różne pełnomocnictwa. Wszystkie mają tę samą pieczęć i ten sam podrobiony podpis.
Teresa zrobiła krok w stronę telefonu.
— Proszę nie mieszać się w sprawy rodzinne.
— Właśnie dlatego, że to sprawy rodzinne, milczałam zbyt długo — powiedziała Elżbieta. — Ale dziś rano ktoś próbował użyć tego pełnomocnictwa do sprzedaży mieszkania pani Mariany.
Spojrzałam na Daniela.
Serce uderzyło mi tak mocno, że poczułam puls w gardle.
— Co pani powiedziała?
— Wniosek został złożony wczoraj. Chodzi o mieszkanie w centrum, które kupiła pani przed ślubem. Ktoś chciał ustanowić zabezpieczenie pod kolejną pożyczkę.
Przez moment widziałam tylko białą kartkę na podłodze.
Moje mieszkanie.
Jedyną rzecz, której Daniel nigdy nie miał prawa dotknąć.
— To nie ja — powiedział Daniel.
— Wniosek złożono z adresu twojej poczty elektronicznej — odpowiedziałam.
— Mogli się włamać.
— A podpis Teresy na potwierdzeniu danych też ktoś podrobił? — spytała Elżbieta.
Teresa nagle usiadła.
Aaron odwrócił się do brata.
— Ty mówiłeś, że mieszkanie jest zabezpieczone.
Daniel spojrzał na niego z przerażeniem.
— Nigdy nie powiedziałem, że jest zabezpieczone.
— Powiedziałeś, że Mariana nawet nie zauważy.
Słowa Aarona zawisły nad stołem.
Lauren zakryła usta.
— Aaron…
— Co? — syknął. — Myślisz, że będę spłacał cudze długi za twoje torebki?
Teresa wstała gwałtownie.
— Zamknij się!
— To ty kazałaś mu brać pieniądze! — wrzasnął Aaron. — To ty powiedziałaś, że Mariana i tak ma za dużo!
Daniel stał nieruchomo.
— Mama nie kazała podpisywać pełnomocnictwa.
Teresa spojrzała na niego.
— Nie wiedziałam, że pójdziecie tak daleko.
— Wiedziałaś o pożyczkach — powiedziałam.
— Wiedziałam, że Daniel pomaga bratu.
— Wiedziałaś, że bierze kredyty.
Nie odpowiedziała.
Elżbieta poprosiła mnie, żebym przesłała jej zdjęcia dokumentów. Robert połączył się z bankiem. Zablokowaliśmy każdy wniosek związany z moim mieszkaniem, a także wszystkie pełnomocnictwa, które pojawiły się bez mojej obecności.
Daniel usiadł ciężko na krześle.
— Mari, przysięgam, nie chciałem ruszać twojego mieszkania.
— Ale podpisałeś dokumenty.
— Podpisałem tylko wniosek o refinansowanie moich pożyczek.
— Z moim mieszkaniem jako zabezpieczeniem.
— Myślałem, że zdążę to odkręcić.
— Tak jak z każdą ratą, którą miałeś spłacić?
W jego oczach pojawiły się łzy.
— Bałem się matki.
To było pierwsze szczere zdanie, jakie usłyszałam od niego od wielu lat.
Nie usprawiedliwiało go.
Ale wyjaśniało, dlaczego każdego dnia wybierał tchórzostwo zamiast mnie.
— Bałeś się jej bardziej niż utraty mnie — powiedziałam.
Daniel pochylił głowę.
— Tak.
Teresa spojrzała na mnie z gniewem.
— Zniszczysz tę rodzinę.
— Nie. Rodzinę zniszczyły kłamstwa. Ja tylko przestałam je opłacać.
Pojechałam z Robertem do banku jeszcze tego samego dnia. Dokumenty trafiły do działu oszustw, a notariuszka przekazała oświadczenie, że nigdy nie podpisywała pełnomocnictwa. Nie chciałam, żeby Daniel odpowiadał za wszystko sam, skoro Teresa i Aaron również brali udział w całej konstrukcji. Złożyliśmy zawiadomienie dotyczące fałszywych dokumentów i prób obciążenia mojego mieszkania.
Nie było w tym satysfakcji.
Była ulga, że ktoś wreszcie nazwał rzeczy po imieniu.
Następnego dnia Daniel przyszedł do mojego mieszkania z jedną kopertą. Nie wpuściłam go do środka. Spotkaliśmy się przed budynkiem, przy ławce obok klonu, którego korzenie wypychały płyty chodnika.
— To są klucze do samochodu Aarona — powiedział. — Sprzedałem go. Pieniądze przelałem na spłatę pierwszej pożyczki.
— To dopiero początek.
— Wiem.
— Co z domem Teresy?
— Został wystawiony na sprzedaż. Ona jest wściekła.
— A Lauren?
— Oddała część rzeczy. Aaron wynajął małe mieszkanie.
Patrzyłam na mężczyznę, którego kiedyś kochałam. Miał podkrążone oczy i tę samą bliznę na brodzie, którą zauważyłam podczas naszej pierwszej randki. Tylko że teraz nie widziałam w niej czułości. Widziałam cenę wszystkich przemilczeń.
— Chcę rozwodu — powiedziałam.
— Wiem.
— Nie proszę cię o zgodę.
— Wiem.
Podał mi kopertę.
— To nie jest list. To potwierdzenia przelewów. Wszystko, co mogę odzyskać, sprzedając swoje rzeczy.
— Dlaczego mi je dajesz?
— Bo przez lata brałem od ciebie pieniądze i nazywałem to rodziną. Chcę przynajmniej przestać udawać, że nie mam długu.
Nie wybaczyłam mu wtedy.
Nie obiecałam, że kiedyś wybaczę.
Wzięłam kopertę, ale nie jego dłoń.
Kilka dni później wróciłam do restauracji, w której odbyła się tamta kolacja. Nie po to, żeby kogokolwiek spotkać. Zarezerwowałam mały stół przy oknie i zamówiłam dokładnie to samo danie, które wtedy leżało przed Lauren: stek, krewetki w maśle czosnkowym i talerz drogich serów.
Kelner postawił przede mną porcelanowy talerz.
Tym razem nie był pusty.
Wyjęłam z torebki kartkę z podrobionym podpisem i położyłam ją obok sztućców. Nie zamierzałam jej zatrzymywać. Następnego ranka miała trafić do dokumentacji jako dowód.
Kiedy kelner odszedł, zadzwonił telefon.
To była Elżbieta.
— Pani Mariano, bank znalazł jeszcze jeden dokument — powiedziała. — Tym razem z prawdziwym podpisem Daniela.
— Czego dotyczył?
— Zrzeczenia się udziału w domu Teresy. Podpisał go dziś rano. Całość sprzedaży ma zostać przeznaczona na spłatę pani rachunków i pożyczek, które zaciągnął dla rodziny.
Przymknęłam oczy.
Daniel stracił dom, samochód i małżeństwo. Teresa straciła swój wielki stół, przy którym dzieliła ludzi na ważnych i zbędnych. Aaron stracił samochód oraz luksus, którego nigdy nie zarobił. Lauren musiała oddać część rzeczy, które miały udowadniać jej rzekomą klasę.
Ja straciłam cztery lata.
Ale odzyskałam mieszkanie, pieniądze i prawo do własnego nazwiska.
Kelner wrócił z rachunkiem.
— Czy podać coś jeszcze? — zapytał.
Spojrzałam na pełny talerz, na kartkę z cudzym podpisem i na pustą przestrzeń po drugiej stronie stołu.
— Tak — odpowiedziałam. — Proszę przynieść drugi talerz.
Kelner uniósł brwi.
— Dla kogoś, kto dołączy?
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy od tamtej kolacji.
— Nie. Żeby tym razem nikt nie pomylił go z karą.
Przegapiłeś początek?












