CZĘŚĆ 4
Esteban rozłożył drugi dokument z przesadną ostrożnością.
Papier był świeższy, lecz podpis wyglądał niemal identycznie jak ten należący do Leonor.
Gabriel nie dotknął kartki.
— Czytaj — powiedział do mnie.
Esteban uniósł brwi.
— To nie pani domagała się prawdy?
— Czytaj sama — odpowiedziałam.
Wzięłam dokument. Litery skakały mi przed oczami, ale po chwili zrozumiałam treść. Leonor miała rzekomo sprzedać Estebanowi wszystkie prawa do zamówienia szkoły, a uzyskane pieniądze przeznaczyć na spłatę długu Gabriela.
Data była późniejsza od jej śmierci.
Nie musiałam mówić tego głośno. Pani Alvarez zobaczyła ją od razu.
— Leonor nie żyła wtedy od jedenastu dni — powiedziała.
W kuchni odezwało się pękające polano.
Esteban cofnął dłoń od stołu.
— Pomyłka w dacie nie unieważnia umowy.
— Nie jest to pomyłka — odpowiedział Gabriel. — Wiem, kiedy pochowałem żonę.
Jego głos nie był głośny. Właśnie dlatego wszyscy go usłyszeli.
Hilario wyjął z kieszeni mały notes.
— W dniu, który tu zapisano, woziłem ciało Leonor do kaplicy. Cała osada to pamięta.
Esteban spojrzał na niego z pogardą.
— Jesteś zwykłym robotnikiem.
— I dlatego myślałeś, że nie będę pamiętał.
Pani Alvarez położyła na stole własną kopię rachunków. Obok niej położyła list Leonor, który znalazła w archiwum szkoły.
— W swoim liście pisała, że zamówienie ma zostać ukończone przez krawcową z Durango, jeśli ona nie zdąży.
Spojrzałam na Gabrielа.
— Nie znała mojego nazwiska.
— Znała — odpowiedziała pani Alvarez. — Leonor widziała panią w warsztacie podczas jarmarku dwa lata temu. Napisała, że szyje pani tak, jakby każda nić miała kogoś ochronić.
Poczułam pieczenie pod powiekami.
Gabriel odwrócił wzrok.
Esteban zaczął zwijać dokumenty.
— To nie ma znaczenia. Dług nadal istnieje.
— Owszem — powiedział Gabriel. — Ale nie wynosi sumy zapisanej przez ciebie.
— Podpisałeś.
— Podpisałem pustą kartę.
Wszyscy spojrzeli na niego.
Gabriel oparł się o krzesło, jakby nagle zabrakło mu sił.
— Leonor zachorowała pod koniec jesieni. Potrzebowałem pieniędzy na lekarza. Esteban powiedział, że pożyczy mi je na kilka tygodni. Zabrał dokument i kazał podpisać kartę, bo twierdził, że umowę uzupełni przy świadku.
— Sam powiedziałeś, że to uczciwa pożyczka — warknął Esteban.
— Byłem głupi.
— Byłeś zdesperowany.
To powiedziała pani Alvarez.
Gabriel spuścił głowę.
— Potem Leonor odkryła, że dług urósł. Chciała ukończyć zamówienie i spłacić wszystko. Ja zabroniłem jej pracować. Myślałem, że musi odpoczywać. Kiedy umarła, zamknąłem jej pokój i przestałem pytać o cokolwiek.
Catalina stała przy ścianie, blada i nieruchoma.
— A my? — zapytała. — O nas też przestałeś pytać?
Gabriel podszedł do córki.
— Nie.
— To dlaczego pozwoliłeś nam nosić te same sukienki przez dwa lata?
Nie odpowiedział od razu.
— Bo każda rzecz, której potrzebowałyście, przypominała mi, że nie umiałem ocalić waszej matki.
Catalina zacisnęła usta.
— My nie potrzebowałyśmy ojca, który cierpi za zamkniętymi drzwiami.
Gabriel zamknął oczy.
To zdanie trafiło w niego mocniej niż oskarżenie o dług.
Esteban ruszył do wyjścia, lecz Hilario stanął przy drzwiach.
— Dokumenty zostają.
— Zejdź mi z drogi.
— Nie.
— To groźba?
— To informacja.
Po raz pierwszy Esteban stracił pewność siebie. Wokół domu zgromadzili się robotnicy. Jeden po drugim stawali pod ścianami, z czapkami w dłoniach. Nie przyszli walczyć. Przyszli zobaczyć, czy Gabriel pozwoli odebrać rancho człowiekowi, który fałszował rachunki i przejmował cudze listy.
Gabriel spojrzał na Estebana.
— Zabierasz dziś swoje konie i wychodzisz.
— Nie masz prawa.
— Mam świadków, prawdziwe rachunki i zamówienie, które nadal mogę wykonać.
Esteban roześmiał się nerwowo.
— W tej pogodzie? Bez pieniędzy? Bez materiału?
Wtedy otworzyłam kufer.
Wyjęłam granatową wełnę, tę samą, którą zaczęłam ciąć przed przybyciem Hilaria.
— Materiał mam.
Gabriel spojrzał na mnie.
— To podszewka kufra twojej matki.
— Była krawcową. Wiedziała, że materiał ma służyć żywym, nie wspomnieniom.
Teresita dotknęła wełny.
— Uszyjesz nam sukienki?
— Tak.
— Na przedstawienie?
— Na przedstawienie.
Josefina podeszła do stołu i położyła obok księgi trzy różne guziki.
— Znalazłam je w pokoju mamy.
Catalina wzięła mi z ręki nożyczki.
— Pokaż, gdzie ciąć.
Usiadłyśmy razem na podłodze. Nie dlatego, że sprawa była zakończona. Nie była. Czekały rachunki, dostawa dla szkoły i konieczność udowodnienia, że podpisy na dokumentach zostały podrobione. Ale pierwszy raz od dwóch lat w domu Gabriela ktoś wykonywał pracę Leonor, zamiast opłakiwać ją w milczeniu.
Esteban wyszedł jeszcze tej samej nocy. Nie zabrał rancha. Zabrał tylko swoje dokumenty, lecz zostawił najważniejszy: kopię długu, na której widniała jego własna dopisana cyfra. Atrament pod lampą wyraźnie różnił się od reszty.
Pani Alvarez pojechała rano do San Rafael z rachunkami. Hilario zawiózł tam również pierwszą partię ukończonych koców. Wieść o oszustwie rozeszła się szybciej niż wozy na zamarzniętej drodze. Esteban stracił klientów, zanim zdążył sprzedać choć jedną rzecz z naszego rancha.
Gabriel nie próbował udawać, że wszystko naprawi jednym gestem.
Następnego ranka przyniósł do kuchni skrzynkę mąki, dwie bele płótna i małą paczkę z miasteczka.
— To nie wystarczy — powiedział.
— Nie.
— Ale od czegoś trzeba zacząć.
Otworzyłam paczkę. W środku był naparstek z mosiądzu. Taki sam jak ten, który Teresita znalazła w sukni Leonor.
— Kupiłem go od wędrownego handlarza — wyjaśnił Gabriel. — Nie jest jej. Wiem.
— Dlaczego go kupiłeś?
— Bo przez dwa lata myślałem, że nie wolno mi dotykać niczego, co do niej należało. A potem zrozumiałem, że Leonor zostawiła rzeczy po to, żeby ktoś ich użył.
Nie wzięłam naparstka od razu.
— Pańskie córki potrzebują czegoś więcej niż materiału.
— Wiem.
— Potrzebują ojca, który będzie przy stole, nawet jeśli nie zna odpowiedzi.
Gabriel skinął głową.
— Nie umiem wrócić do tego, co było.
— Nikt nie chce wracać.
W południe skończyłyśmy pierwszą sukienkę. Granatowa wełna z kufra nie była miękka. Drapała przy szyi, więc wszyłam od środka pasek płótna. Na ramieniu ukryłam małą zakładkę, żeby Teresita mogła rosnąć bez natychmiastowego rozprucia szwu.
Catalina przymierzyła ją przy piecu.
— Za ciasna pod pachą — powiedziała.
— Wiem. Podnieś rękę.
Poprawiłam szew.
— Teraz?
Dziewczynka poruszyła ramieniem.
— Teraz mogę oddychać.
Gabriel stał przy stole i trzymał w dłoni list Leonor.
— Mogę go przeczytać? — zapytał.
Podałam mu papier.
Czytał powoli. Przy ostatnim zdaniu jego palce zadrżały.
Leonor napisała: „Nie wychowuj ich tak, by bały się prosić. Naucz je, że nawet rozdarta tkanina może zostać zszyta, jeśli ktoś nie udaje, że rozdarcia nie ma”.
Gabriel usiadł.
— Cały czas sądziłem, że ona pisała o sukienkach — powiedział.
— Może pisała o obu rzeczach.
Catalina podeszła do niego.
— Pójdziesz z nami na przedstawienie?
Gabriel spojrzał na nią, jakby pytanie było trudniejsze niż wszystkie rachunki.
— Jeśli mnie zaprosisz.
— Zapraszam.
Josefina podniosła głowę znad guzików.
— I nie możesz wyjść przed końcem.
— Nie wyjdę.
Teresita przysunęła mu krzesło.
— Możesz siedzieć obok Inés.
Gabriel spojrzał na mnie.
— Mogę?
— To nie ja decyduję.
Teresita pokiwała głową z powagą.
— Ja zdecydowałam.
W noc przed przedstawieniem zszywałam ostatni mankiet. Na stole leżał mosiężny naparstek, a obok niego wycięta z kufra metalowa płytka z inicjałami Leonor. Nie schowałam ich z powrotem. Przymocowałam płytkę do wieka od wewnętrznej strony, gdzie dziewczynki mogły ją dotknąć, kiedy będą wkładały do środka własne rzeczy.
Rano Gabriel zawiózł nas do szkoły.
Przed wejściem czekała pani Alvarez. Przyjęła od niego podpisane zamówienie na kolejne koce, tym razem wystawione na nazwisko rancha, a nie na cudzą łaskę.
— Termin jest krótki — powiedziała.
— Wiem.
— Potrzebuje pan ludzi.
Gabriel spojrzał na mnie, na córki i na Hilaria.
— Mam ludzi.
W sali pachniało kredą i wilgotnym drewnem. Dziewczynki wystąpiły w nowych sukienkach. Nie były jednakowe. Jedna miała trzy guziki przy szyi, druga dwa, a trzecia małą łatę przy kieszeni, bo granatowej wełny zabrakło dokładnie na jeden fragment.
Teresita pomyliła swoją kwestię.
Josefina zaczęła mówić za szybko.
Catalina zapomniała ruchu, który ćwiczyła przez tydzień.
A mimo to, kiedy skończyły, sala wybuchła brawami.
Gabriel siedział w pierwszym rzędzie. Nie klaskał od razu. Wpatrywał się w granatową wełnę na ramionach córek, jakby rozpoznawał w niej nie materiał, lecz drogę, którą ktoś zostawił mu pod nogami.
Potem wstał.
Klaskał najgłośniej ze wszystkich.
Po przedstawieniu Catalina podała mu kopię listu Leonor.
— Schowaj go w swoim pokoju — powiedziała. — Nie w zamkniętym.
Gabriel przyjął papier.
— Dobrze.
— I jutro przyjdziesz do szycia.
— Nie umiem szyć.
— Inés umie nauczyć.
Spojrzała na mnie.
— Prawda?
Wzięłam mosiężny naparstek i wsunęłam go na palec Cataliny.
— Najpierw nauczę was trzymać igłę.
Dziewczynka uniosła dłoń. W nowej sukience, z naparstkiem odziedziczonym po kobiecie, której prawie nie pamiętała, wyglądała nie jak dziecko ukrywające zimne ręce, lecz jak ktoś gotowy samodzielnie przyszyć przyszłość do własnego rękawa.
— A jeśli znowu się rozpruje? — zapytała.
Spojrzałam na trzy granatowe sukienki, na Gabriela trzymającego list Leonor i na mały mosiężny naparstek błyszczący między palcami Cataliny.
— Wtedy uszyjemy to jeszcze raz.
Przegapiłeś początek?













