CZĘŚĆ 4
…poza tym domem.
— Proszę niczego nie usuwać i niczego nie podpisywać — powiedziałem do telefonu. — Za dwadzieścia minut będę na uczelni.
— Panie Wrona, zarząd spotyka się za pół godziny.
— W takim razie niech zaczekają.
Rozłączyłem się.
W kuchni nikt się nie poruszył.
Na zlewie leżały moje okulary, sklejone srebrną taśmą, której nawet nie zdążyłem użyć. Jedna zausznikowa część była pęknięta na pół. Patrzyłem na nią przez chwilę, jakby mogła mi powiedzieć, w którym momencie ten dom przestał być miejscem, do którego wracałem.
— Nie pojedziesz sam — powiedział profesor.
— Pojadę z nim — odezwała się pani Janina.
Tata odwrócił się do niej.
— Zniszczysz własną rodzinę przez jedną pomyłkę?
Janina poprawiła pasek starej teczki.
— To nie była pomyłka, Marku. Pomyłką było to, że przez tyle lat udawałam, że nie widzę, jak traktujesz syna.
Lila podeszła do mnie.
— Michał, zaczekaj.
— Na co?
— Możemy to wyjaśnić.
— Wyjaśnić rozbite okulary czy rachunek na moje nazwisko?
Zadrżała jej broda.
— Nie chciałam, żebyś oblał. Chciałam tylko, żebyś przestraszył się na tyle, żeby oddać mi dostęp do plików.
— To miało być pocieszenie?
— Firma obiecała mi stanowisko. Tata powiedział, że jeśli nie wykorzystamy okazji, ktoś inny zabierze ci wyniki.
— A ty uwierzyłaś, że kradzież jest okazją.
Lila spojrzała na stół.
— Uwierzyłam, że dla ciebie i tak zawsze będę tą gorszą.
To zdanie trafiło we mnie mocniej, niż powinno. Nie dlatego, że usprawiedliwiało jej czyn. Nie usprawiedliwiało. Ale nagle zobaczyłem coś, czego wcześniej nie chciałem widzieć: przez lata tata porównywał nas przy każdej kolacji. Mój doktorat stawiał na piedestale, a jej pracę w laboratorium nazywał „tymczasowym zajęciem”. Lila nie walczyła tylko o pieniądze. Walczyła o miejsce przy stole.
Wybrała jednak najgorszy sposób, żeby je zdobyć.
— Mogłaś przyjść do mnie — powiedziałem.
— Nigdy byś mi nie dał dostępu.
— Bo to były dane pacjentów.
Odwróciła twarz.
Profesor wskazał moje okulary.
— Możesz je założyć?
— Nie widzę przez tę soczewkę.
— W takim razie użyjmy czegoś, czego nie będą mogli rozbić.
Z plecaka wyjął mały czytnik elektroniczny i podłączył go do mojego zapasowego telefonu. Na ekranie pojawiły się dokumenty awaryjnego protokołu. Ostatnia wiadomość została wysłana o 8:09. Oprócz powiadomienia dla uczelni system przesłał kopię wszystkich prób logowania oraz adres serwera, na który ktoś próbował wysłać archiwum.
Helena Maj nachyliła się nad ekranem.
— Ten serwer nie należy do spółki pana Wrony.
— Do kogo należy? — zapytałem.
Przez chwilę słychać było tylko buczenie lodówki.
— Do firmy, która miała kupić licencję — powiedziała.
Tata uniósł głowę.
— To niemożliwe.
— Nie — odparła Helena. — Oni nie byli tylko odbiorcą. Od sześciu tygodni finansowali działania pańskiej rodziny.
Lila zrobiła krok do tyłu.
— Mówili, że wszystko jest legalne.
— Powiedzieli ci, że potrzebują jedynie wstępnej wersji? — zapytałem.
Skinęła głową.
— Obiecywali, że po podpisaniu umowy dostanę kierownicze stanowisko.
Profesor otworzył wiadomości zapisane w protokole.
— W korespondencji z ich dyrektorem jest mowa o „usunięciu przeszkody przed obroną”. Nie ma nazwiska, ale załączono plan dnia Michała, godziny wyjścia z domu i zdjęcie jego klucza do pokoju.
Mama spojrzała na tatę.
— Skąd mieli klucz?
Tata nie odpowiedział.
Pani Janina zamknęła teczkę.
— Marek, powiedz mu.
Ojciec długo patrzył na mnie.
— Dałem im odcisk klucza — powiedział w końcu. — Lila miała wejść do pokoju, skopiować pliki i dopilnować, żebyś nie dotarł na obronę. Firma miała potem podpisać umowę ze spółką.
— A ja miałem zostać twarzą projektu — powiedziałem.
— Chciałem, żebyś dostał pieniądze.
— Za własne badania, pod cudzym warunkiem.
— Za coś, co stworzyłeś dzięki temu domowi.
Roześmiałem się krótko, bez radości.
— Ten dom dał mi biurko i rachunki. Nie dał mi nocy spędzonych nad pacjentami, których twarzy nie mogłem zapomnieć.
Tata chciał odpowiedzieć, ale Helena położyła przed nim formularz.
— To potwierdzenie przekazania dokumentów i urządzenia. Proszę podpisać, że oddaje pan wszystkie kopie.
— Nie będę podpisywał niczego pod presją.
— Nie musi pan. W takim razie uczelnia zawiesi pańską spółkę jako podmiot powiązany z próbą przywłaszczenia badań, a firma medyczna otrzyma pełny raport o pochodzeniu materiałów.
Tata spojrzał na mnie.
— Chcesz zniszczyć rodzinę?
— Rodzina nie powinna potrzebować mojego upadku, żeby zarobić.
Wyszliśmy z domu o 8:24.
Na schodach Lila złapała mnie za łokieć.
— Michał, proszę. Jedźmy razem.
Spojrzałem na jej dłoń.
Nie odsunąłem jej gwałtownie. Po prostu poczekałem, aż sama puści.
— Nie wiem jeszcze, czy kiedyś ci wybaczę — powiedziałem. — Ale wiem, że nie będę za ciebie mówił.
W samochodzie pani Janina usiadła z tyłu, a profesor prowadził. Na moich kolanach leżał zapasowy telefon. Co kilka sekund pojawiało się nowe powiadomienie. Próby logowania. Kolejne żądania dostępu. Wściekłe wiadomości od firmy.
O 8:31 weszliśmy do sali obron.
Komisja czekała przy długim stole. Na ekranie wyświetlał się tytuł mojego doktoratu, a obok niego czerwony komunikat o naruszeniu bezpieczeństwa danych.
Przewodnicząca komisji podniosła wzrok.
— Panie Wrona, czy jest pan gotów rozpocząć?
Poprawiłem sklejone okulary. Obraz nadal był niewyraźny, ale wystarczająco ostry, bym widział twarze ludzi, którzy na mnie czekali.
— Tak.
— Zanim zaczniemy, musimy omówić próbę przekazania pańskich wyników.
— Omówimy. Wszystko.
Profesor położył na stole kopię dokumentów podpisanych przez mojego ojca. Pani Janina złożyła zeznanie dotyczące spółki. Helena przedstawiła komisji pełny przebieg włamania, a także dowody, że firma medyczna próbowała wykorzystać moją rodzinę jako pośrednika.
Największy zwrot przyszedł jednak później.
Dyrektor firmy pojawił się na połączeniu zdalnym i oświadczył, że niczego nie zlecał. Twierdził, że to jego zastępca prowadził rozmowy z tatą. Po kilku minutach okazało się, że zastępca założył drugą spółkę i próbował sprzedać moje wyniki konkurentowi.
Firma odsunęła go jeszcze tego samego dnia, ale to nie wystarczyło, żeby odzyskać moje zaufanie.
Komisja zaproponowała mi odroczenie obrony do czasu wyjaśnienia sprawy.
— Nie — powiedziałem.
Przewodnicząca zmarszczyła brwi.
— Pańskie materiały były zagrożone.
— Dlatego chcę bronić ich teraz. Nie przed rodziną i nie przed firmą. Przed komisją.
Mówiłem przez czterdzieści minut. O metodzie, błędach, ograniczeniach i pacjentach. Kiedy nie mogłem odczytać drobnych danych z wykresu, profesor podawał mi je głośno. Kiedy jeden z członków komisji zapytał o finansowanie, odpowiedziałem całą prawdą.
Nie ukryłem nazwiska ojca.
Nie ukryłem roli Lili.
Nie ukryłem własnego strachu.
Po ostatnim pytaniu zapadła krótka przerwa. Za drzwiami korytarza czekali mama, tata i Lila. Nie wiem, kto ich wpuścił. Może przyszli sami. Może nie mieli już dokąd uciec.
Komisja wróciła po kwadransie.
— Panie Wrona — powiedziała przewodnicząca — pańska rozprawa została przyjęta, a obrona zakończona wynikiem pozytywnym.
Profesor uścisnął mi ramię.
Nie poczułem triumfu.
Poczułem ciężar, który wreszcie przestał naciskać na pierś.
Na korytarzu tata czekał przy automacie z kawą. W ręku trzymał dokument dotyczący rezygnacji ze spółki.
— Podpisałem — powiedział.
— Dlaczego?
— Bo jeśli tego nie zrobię, zostanie mi tylko firma bez pieniędzy i syn bez nazwiska, którego używałem jak przepustki.
— To nie naprawia tego, co zrobiłeś.
— Wiem.
— Nie wiem, czy chcę cię dziś widzieć.
— Rozumiem.
To była jedyna odpowiedź, którą mógł dać bez próby kupienia mojego przebaczenia.
Lila stała kilka kroków dalej. W dłoni trzymała moje okulary. Te same, które rano rozbiła. Kupiła po drodze nowe szkła, ale stara oprawka nadal była pęknięta.
— Nie umiałam ich naprawić — powiedziała.
— Nie musiałaś.
— Chcę oddać ci coś jeszcze.
Podała mi kartę pamięci.
— Zrobiłam kopię wszystkich plików, zanim tata wysłał urządzenie firmie. Myślałam, że będę mogła sprzedać je sama. Ale kiedy zobaczyłam nazwiska pacjentów, przestraszyłam się. Zachowałam kopię na wypadek, gdybyście mnie wyrzucili z planu.
Wziąłem kartę.
— To nie jest dowód skruchy. To dowód, że nadal miałaś coś, co mogło mnie zranić.
— Wiem. Dlatego oddaję ją przy profesorze i pani Janinie.
Profesor podszedł bliżej.
— Kartę przejmiemy zgodnie z procedurą. Lila, jeśli chcesz naprawić choć część szkody, będziesz musiała zeznawać przeciwko firmie i podpisać pełny opis wydarzeń.
Spojrzała na mnie.
— Zrobię to.
— Nie dla mnie — powiedziałem. — Dla ludzi, których dane kopiowałaś.
— Dla nich.
Tydzień później uczelnia stworzyła niezależny zespół, który miał wdrożyć mój system w dwóch publicznych przychodniach. Nie sprzedałem praw firmie. Zawarłem umowę licencyjną z uczelnią, a część dochodu przeznaczono na bezpłatne badania pacjentów, których wcześniej nie było na to stać.
Ojciec stracił spółkę i większość oszczędności, bo musiał zwrócić pieniądze przekazane przez firmę. Nie trafił za kratki, lecz po raz pierwszy musiał podpisać dokument, którego treści nie dyktował nikomu innemu.
Lila złożyła zeznania. Odeszła z laboratorium i rozpoczęła pracę przy projekcie uczelnianym, ale pod nadzorem. Nie siedziała już przy moim stole. Nie zaprosiłem jej od razu do swojego życia.
Zgodziłem się jednak, żeby raz w tygodniu przychodziła na spotkania z zespołem.
Nie dlatego, że wszystko zostało wybaczone.
Dlatego, że ktoś musiał nauczyć ją, iż wiedza nie jest rodzinnym łupem.
Na pierwszym spotkaniu przyniosła nową rolkę taśmy. Położyła ją obok mojego laptopa i spuściła wzrok.
— To głupie — powiedziała.
— Trochę.
— Pomyślałam, że może kiedyś będziesz potrzebował naprawić coś, czego nie da się kupić od ręki.
Popatrzyłem na srebrny kawałek taśmy.
Potem na ekran, gdzie wyświetlało się zdjęcie siatkówki małego chłopca czekającego na badanie.
— Zacznij od tego — powiedziałem i wskazałem dokumenty. — Przeczytaj, komu naprawdę ma służyć ten projekt.
Lila usiadła.
Tym razem nie dotknęła żadnego pliku, dopóki nie poprosiła o zgodę.
A ja obok pękniętych okularów położyłem kartę pamięci z nazwiskami pacjentów, których nikt już nie miał prawa sprzedać.
Przegapiłeś początek?













