CZĘŚĆ 4 — Znalazłam się pod płaszczem Króla Alf podczas Krwawego Księżyca, a gdy otworzył drzwi, jego uśmiech zniknął

 

CZĘŚĆ 4

— Jaki dług? — zapytałam, zanim ktokolwiek zdążył mnie powstrzymać.

Głos w mojej głowie ucichł, ale róg na murach odezwał się ponownie. Tym razem krócej. Jak ostrzeżenie.

Valyrian patrzył na światła za oknem.

— Znam tego jeźdźca — powiedział.

— Kim jest?

Nie odpowiedział od razu.

Marta podeszła do niego i uderzyła laską w marmurową posadzkę.

— Powiedz jej prawdę, chłopcze.

Król zacisnął szczękę.

— To Radan. Syn twojego wuja.

W sali zrobiło się tak cicho, że usłyszałam trzask płonącej pochodni.

— Mój kuzyn żyje?

— Żyje. I dowodzi tymi, którzy uciekli z pogromu.

— Dlaczego go nie wezwałeś?

— Bo przez dwadzieścia lat płaciłem za jego milczenie.

Odwróciłam się do niego.

— Czym?

— Zbożem. Złotem. Bezpiecznym przejściem przez góry. Wszystkim, czym mogłem.

— To nie brzmi jak dług.

— Radan chciał, żebym wydał mu Montgomery’ego i ludzi odpowiedzialnych za masakrę. Nie zrobiłem tego.

Spojrzałam na generała leżącego między strażnikami. Jego twarz była blada, lecz oczy nadal płonęły.

— Dlaczego?

Valyrian odetchnął ciężko.

— Miałem siedemnaście lat. Mój ojciec nie żył, a rada groziła wojną domową. Montgomery przedstawił mi dokumenty, z których wynikało, że Srebrne Grzywy rozpoczęły bunt. Uwierzyłem mu. Kiedy odkryłem prawdę, było za późno. Ich twierdza płonęła, twoja rodzina nie żyła, a ja zostałem królem.

Ta odpowiedź nie uniewinniała go.

Ale sprawiała, że jego milczenie miało twarz przestraszonego chłopca, nie potwora.

Saraphina wykorzystała moment. Podniosła z podłogi sztylet Montgomery’ego i przyłożyła go do szyi Marty.

— Wszyscy zapominacie, kto ma władzę w tej sali.

Strażnicy unieśli broń.

— Opuścić miecze! — krzyknęła.

Valyrian zrobił krok.

— Saraphino, puść ją.

— Najpierw wyrzekniesz się tej dziewczyny.

— Nie.

— Powiedz, że jest oszustką.

— Nie.

— W takim razie stara kobieta umrze.

Marta spojrzała na mnie. W jej oczach nie było paniki. Była prośba.

Zrozumiałam.

Przez całe życie przeżywałam, schylając głowę. Uciekałam przed krzykiem, gniewem i cudzymi decyzjami. Teraz jednak głos pod moją skórą nie szeptał już, żebym nie klękała.

Mówił: stań.

Zrobiłam krok ku Saraphinie.

— Chcesz dziedziczki? — zapytałam.

Jej usta drgnęły.

— Chcę, żebyś zniknęła.

— To dlaczego wciąż na mnie patrzysz?

— Bo jesteś błędem, który trzeba naprawić.

— Nie. Jestem świadkiem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Zadzwonili ze szpitala, gdy mój syn walczył o życie, lecz śmiech mojej matki sprawił, że pielęgniarka pobladła

Uniósłszy medalion, odwróciłam go ku płomieniom. Srebrna płytka rozbłysła. Na jej odwrocie pojawiły się drobne linie, niewidoczne wcześniej. Była to mapa tunelu prowadzącego pod kaplicą.

Marta aż zachłysnęła się powietrzem.

— Twoja matka ukryła tam drugą księgę.

Montgomery szarpnął się w uścisku strażników.

— Nie!

To jedno słowo powiedziało więcej niż jego wcześniejsze zaprzeczenia.

Valyrian odwrócił się do niego.

— Co jest w tej księdze?

Montgomery spojrzał na Saraphinę. Ona spojrzała na niego.

I wtedy zrozumiałam, że ich zdrada była większa, niż przypuszczałam.

— Nie chodziło tylko o tron — powiedziałam. — Chodziło o to, kto naprawdę wydał rozkaz.

Montgomery zaczął się śmiać. Krótko, ochryple.

— Twój ojciec nie zginął przez Saraphinę.

— Przestań — syknęła.

— Rozkaz przyszedł z królewskiej rady. Podpisał go ojciec Valyriana.

Valyrian zesztywniał.

— Kłamiesz.

— Twój ojciec bał się, że Srebrne Grzywy poprą północne klany. Kazał ich usunąć. Saraphina dostarczyła żołnierzy. Ja otworzyłem bramę. A ty, młody królu, przez dwadzieścia lat pilnowałeś pokoju zbudowanego na ich popiele.

Marta wyszeptała:

— Dlatego Radan nie chce korony dla siebie. Chce, żebyś ją oddała jemu.

Za murami rozległ się trzask otwieranej bramy.

Radan wszedł do sali bez hełmu. Miał srebrne włosy, bliznę biegnącą od ucha do ust i dokładnie takie same oczy jak ja.

Zatrzymał się kilka kroków ode mnie.

— Elianara — powiedział.

Moje imię zabrzmiało w jego ustach jak coś, co czekało na mnie od urodzenia.

— Czy przyszedłeś mnie zabrać?

— Przyszedłem zabrać prawdę. Jeśli zechcesz odejść ze mną, nikt cię nie zatrzyma.

— A jeśli zostanę?

— Wtedy zażądam, żebyś została królową, nie ozdobą przy tronie Valyriana.

Valyrian podszedł do niego.

— Nie oddam jej królestwa, które odziedziczyła.

Radan położył dłoń na rękojeści miecza.

— Nie pytam ciebie.

Po raz pierwszy tej nocy wszyscy czekali na moją decyzję.

Popatrzyłam na Martę, na księgę straży, na Saraphinę z ostrzem przy jej szyi i na Montgomery’ego, który chciał ocalić już tylko własne życie. Potem spojrzałam na Valyriana.

— Jeśli zostanę, nie będzie zaręczyn ogłoszonych dla pokoju. Nie będzie ukrywania winy pod królewską pieczęcią. Montgomery odpowie przed radą klanów, a Saraphina odda wszystkie dokumenty Popielistego Grzbietu.

Saraphina prychnęła.

— Myślisz, że możesz mi rozkazywać?

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Pracowałam w ciąży w rezydencji Morettich, aż pewnego ranka stary człowiek wskazał na mnie, a jego syn zbladł

— Nie — odparłam. — Wiem, że mogę cię odsunąć.

Valyrian skinął głową.

— Zgadzam się.

Jego zgoda zabolała mnie bardziej, niż się spodziewałam. Nie dlatego, że była wygodna. Dlatego, że rozumiał, iż nie może już podejmować decyzji za mnie.

Saraphina puściła Martę i rzuciła sztylet na podłogę.

— Bez mojego rodu Ethgard umrze z głodu.

— Nie — powiedział Radan. — Ethgard będzie handlować z północą.

— A ty myślisz, że twoi ludzie oddadzą zboże za darmo?

— Nie. Ale nie będą żądać krwi za każdą drogę.

Montgomery nagle rzucił się ku pochodni. Chciał podpalić księgę leżącą na stole. Dopadłam jej pierwsza. Chwyciłam ją obiema rękami, a on zatrzymał się o krok ode mnie.

— Oddaj ją — warknął.

— Nie.

— Nie wiesz, co trzymasz.

— Wiem. Trzymam imiona tych, którzy zginęli.

Valyrian stanął obok mnie.

— I imię mojego ojca.

Montgomery opuścił ramiona. Nie błagał. Nie przepraszał. Patrzył tylko na spalone brzegi księgi, jakby widział w nich własne życie.

Saraphina została odprowadzona do komnat pod strażą ludzi Rada­na, a nie królewskich żołnierzy. Montgomery’ego zaprowadzono do sali rady, gdzie przywódcy wszystkich klanów mieli usłyszeć jego zeznania. Nie musiałam patrzeć, jak go osądzają. Wystarczyło, że po raz pierwszy nie mogli już ukryć jego podpisu.

Nad ranem zeszliśmy do tunelu pod kaplicą.

Marta szła pierwsza, stukając laską w mokre kamienie. Radan niósł lampę. Valyrian szedł za mną, bez korony i bez płaszcza, który wcześniej uratował mnie przed zimnem.

Na końcu korytarza znaleźliśmy żelazną skrzynię.

W środku była druga księga, dziecięca bransoletka i mały portret kobiety o moich oczach.

Dotknęłam jej twarzy.

— To moja matka?

Marta pokiwała głową.

— Nazywała się Lyssara. Powiedziała mi, że jeśli przeżyjesz, nie mam wychowywać cię na królową. Mam wychować cię na człowieka, który sam wybierze, komu ufa.

Spojrzałam na Valyriana.

— Mądrze postąpiła.

— Bardzo — odpowiedział.

W południe stanęłam na dziedzińcu przed mieszkańcami Ethgard. Nie miałam korony. Miałam tylko srebrny medalion, ręce poplamione pyłem z tunelu i księgę przyciśniętą do piersi.

Ogłosiłam nazwiska zabitych.

Potem nazwiska winnych.

Kiedy wypowiedziałam imię ojca Valyriana, tłum zaszumiał. Król nie odwrócił wzroku. Stał obok mnie i pozwolił, by jego własny ród usłyszał prawdę bez zasłony.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Teściowa zażądała ode mnie pieniędzy przy całej rodzinie, a kiedy odmówiłam, mój mąż nagle spuścił wzrok

Dopiero gdy skończyłam, Radan podszedł do mnie z białą koroną Srebrnych Grzyw.

— Należy do ciebie.

— Nie dziś.

— Dlaczego?

— Bo przez dwadzieścia lat byłam Isold. Nie chcę, żeby jedna korona zdecydowała, kim będę przez resztę życia.

Radan uśmiechnął się smutno.

— W takim razie noś oba imiona.

Wieczorem wróciłam do królewskiej komnaty. Okno było już naprawione, a na kamieniach nie leżał śnieg. Na krześle wisiał czarny płaszcz Valyriana, zszyty w miejscu, gdzie rozdarłam go, uciekając przed Montgomerym.

Nie dotknęłam go.

— Nie musisz go zakładać — powiedział Valyrian.

— Wiem.

— Nie musisz też zostać.

— Wiem.

— A jednak jesteś tutaj.

Spojrzałam na medalion, który spoczywał na mojej dłoni. Z wnętrza dochodziło ciche, niemal niewyczuwalne drżenie, jak odległe bicie serca.

— Jest jeszcze jeden tunel — powiedziałam. — Ten, którego nie ma na mapie.

Valyrian wyprostował się.

— Skąd wiesz?

Zza drzwi dobiegło wycie wilków. Nie należało do jednego gardła. Odpowiedziały mu wszystkie watahy pod murami.

Uśmiechnęłam się do niego.

— Bo ktoś właśnie obudził tych, których moja matka ukryła przed królem.

Na mojej dłoni srebrny medalion rozsunął się jak małe drzwi, a pod warstwą metalu pojawiło się drugie, dotąd niewidoczne imię.

Elianara, córka Lyssary, pierwsza z powracających.

Valyrian spojrzał na znak, a potem na mnie.

— Co zrobisz?

Zamknęłam palce na medalionie.

— Otworzę im drogę.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Znalazłam się pod płaszczem Króla Alf podczas Krwawego Księżyca, a gdy otworzył drzwi, jego uśmiech zniknął
Przez trzy lata płaciłam czynsz, którego właściciel nie ruszał, aż przyniósł pudełko i nagle zbladł