CZĘŚĆ 4 — Powiedział, że jestem tylko medyczką, a kiedy podniosłam jego karabin, cały oddział nagle przestał oddychać

CZĘŚĆ 4

— To nie jest mój podpis — powiedział Vickers.

Operator w radiu milczał przez sekundę.

— Starszy chorąży, dokument ma pańczęć dowództwa.

— Powiedziałem, że to nie mój podpis!

Jego głos odbił się od metalowych ścian ambulatorium. Decker jęknął na sąsiednim łóżku, a ja poczułam pod palcami szorstką okładkę zielonego notesu.

— Kto ma dostęp do pańskiej pieczęci? — zapytałam.

— Ja, zastępca dowódcy i oficer zaopatrzenia.

— Kto znał godzinę ewakuacji?

— Nikt.

— Kto wiedział, że patrol pójdzie na Ząb?

Vickers nie odpowiedział.

Nie musiał.

Spojrzał na mapę wiszącą nad stołem. Potem na radio. Potem na drzwi, za którymi czterdziestu ludzi próbowało przygotować się do nocy.

— Nie oskarżaj mnie — powiedział.

— Jeszcze pana nie oskarżam.

— Ale już patrzysz, jakbym to zrobił.

— Patrzę na człowieka, którego podpis znalazł się na rozkazie w kieszeni wroga.

O dwudziestej pierwszej sprowadzono pojmanego strzelca. Miał rozcięte ramię i twarz pokrytą pyłem. Posadzono go na krześle przy stole zabiegowym, a Vickers stanął naprzeciwko.

— Kto przygotował ten rozkaz? — zapytał.

Mężczyzna splunął na podłogę.

— Ten, który kupił waszą bazę.

— Nazwisko.

— Nie potrzebuję nazwiska. Potrzebuję tylko, żebyście rano otworzyli bramę.

Vickers uderzył dłonią w stół.

— Kto?

Napastnik spojrzał na mnie.

— Ona wie.

Poczułam, jak mięśnie karku napinają mi się pod kołnierzem.

— Nie znam cię — powiedziałam.

— Znałaś człowieka, który umarł w przełęczy Karskiej.

Vickers odwrócił się do mnie.

— Kogo?

Napastnik uśmiechnął się krzywo.

— Kapitan Julian Reed. Nie zginął od pocisku wroga. Zginął, bo ktoś zmienił współrzędne odbioru. Wyprowadziliście swoich ludzi wprost pod naszą lufę.

W ambulatorium zrobiło się tak cicho, że słyszałam kapanie wody z kranu.

Julian Reed był moim dowódcą. I moim bratem.

W oficjalnym raporcie napisano, że oddział został zaskoczony przez osuwisko i ostrzał. W rzeczywistości przez sześć lat wiedziałam tylko tyle, że jego ostatnia wiadomość nigdy nie dotarła do bazy.

Vickers patrzył na mnie, jakby nagle zobaczył drugą osobę pod mundurem medyczki.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Mąż przyprowadził kochankę na moje badanie i kazał mi podpisać dokumenty, lecz jego pewność siebie nagle zniknęła

— Powiedziałaś, że usunięto cię z rejestru — wyszeptał.

— Bo po śmierci Juliana zaczęłam pytać, kto przesunął współrzędne.

— I co odkryłaś?

— Że rozkaz podpisał człowiek, którego nazwisko było wymazane z kopii.

Napastnik roześmiał się.

— Nie wymazane. Przeniesione.

Wtedy do środka wbiegł Alvarez z metalową kasetą.

— Znalazłem ją pod podłogą magazynu radiowego. Była przykręcona od spodu.

Vickers otworzył wieko. W środku leżały trzy kartki, mosiężny klucz i księga zaopatrzenia z pożółkłymi stronami.

Rozpoznałam pismo natychmiast.

Julian pisał małe, kanciaste litery, a każdą cyfrę siedem kreślił z długą kreską.

Na ostatniej stronie widniała lista dostaw paliwa z przełęczy Karskiej. Przy kilku pozycjach brakowało podpisu odbiorcy. Obok jednej daty Julian dopisał: „Nie było paliwa. Zatem ktoś chciał, żebyśmy uwierzyli w fałszywy ślad”.

Pod spodem widniało nazwisko oficera zaopatrzenia Bazy Kotwica: Nolan Price.

Price wszedł właśnie do ambulatorium.

— Szukaliście mnie? — zapytał.

Vickers zamknął księgę.

— Od której godziny wiedziałeś o rozkazie ewakuacji?

— Nie wiem, o czym mówisz.

— Twoja pieczęć jest na dokumencie znalezionym u napastnika.

Price uśmiechnął się nerwowo.

— To nie mój problem.

— To twoja pieczęć — powiedziałam.

— A ty jesteś tylko medyczką.

Wtedy Vickers wyciągnął z kasety mosiężny klucz.

— Do czego służy?

Price pobladł.

— Nie mam pojęcia.

Alvarez chwycił go za ramię.

— W takim razie pokażesz nam wszystkie zamki w bazie.

Price szarpnął się, przewrócił metalową miskę i rzucił się ku drzwiom. Nie zdołał nawet przejść dwóch kroków. Decker, leżący na łóżku z unieruchomioną nogą, podciągnął pasek od swojej torby pod jego stopą.

Price upadł z głuchym uderzeniem.

— Nie mam już czucia w nodze — mruknął Decker. — Ale ręce działają.

Przy Price’ie znaleźliśmy mapę tunelu pod bazą. Klucz pasował do stalowych drzwi za magazynem paliwa. Za nimi odkryliśmy radiostację, zapasowe baterie i skrzynkę z podpisanymi kopertami dla ludzi, którzy mieli otworzyć bramę o piątej.

Jedna koperta nosiła nazwisko Vickersa.

W środku nie było pieniędzy. Była fotografia Juliana i kartka: „Carter zostanie usunięta, jeśli wróci do sprawy”.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Przyjęto mnie do opieki nad słabnącymi bliźniakami, lecz po jednym pytaniu lekarz zbladł i cofnął się od kratki wentylacyjnej

Vickers przeczytał ją dwa razy.

— Chcieli, żebyś przyjechała tutaj — powiedział.

— Nie. Chcieli, żebym przestała pytać.

— A ja miałem cię odesłać.

— Wiem.

— Gdybym cię odesłał, jutro rano otworzyliby bazę.

— I zginęliby wszyscy.

Na zewnątrz rozległ się pojedynczy sygnał alarmowy. Potem drugi. Z wieży nadbiegł operator.

— Starszy chorąży! Na południowej drodze pojawił się konwój. Mają nasze oznaczenia i twierdzą, że jadą po rannych.

Vickers spojrzał na mnie.

— To niemożliwe. Żaden konwój nie został zgłoszony.

Wzięłam karabin i ruszyłam ku wyjściu.

Za plecami usłyszałam, jak Price zaczyna krzyczeć:

— Jeśli ich zatrzymacie, wysadzą zbiorniki paliwa!

Odwróciłam się.

— Skąd wiesz, że mają materiały wybuchowe?

Jego twarz zmieniła się natychmiast.

A potem z południowej drogi dobiegł pierwszy odgłos silników, a w radiu odezwał się głos mojego brata, którego nie mogłam usłyszeć od sześciu lat…

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Powiedział, że jestem tylko medyczką, a kiedy podniosłam jego karabin, cały oddział nagle przestał oddychać
Podczas kolacji ojciec nazwał mnie rodzinnym rozczarowaniem, lecz gdy zobaczył mój prezent, jego uśmiech nagle zniknął