CZĘŚĆ 4 — Po operacji złapałam lekarza za spodnie przy całym oddziale, a kiedy zobaczyłam jego twarz, przestałam oddychać

CZĘŚĆ 4

— Zofio, musisz wiedzieć, dlaczego wasz ślub odbył się tak szybko. To ja dałam Tomaszowi adres urzędu…

Zacisnęłam telefon tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę.

— Co ma z tym wspólnego Tomasz?

— Nie mogę mówić przez telefon — wyszeptała Helena. — Przyjedźcie do mojego domu. Natychmiast.

Spojrzałam na Adriana. Stał przy stole z otwartą księgą, a światło migającej żarówki przecinało jego twarz ostrymi cieniami.

— Nie mamy czasu — powiedziałam.

— Mamy trzynaście minut do rzekomego podpisu. Ale nie musimy grać według jego zegara.

Marta schowała księgę pod fartuch.

— Znam tylne wyjście.

Prowadziła nas przez wąski korytarz za pralnią. Pachniało wybielaczem, mokrym papierem i starym murem. Każdy krok sprawiał mi ból, ale nie zwalniałam.

Na parkingu Adrian otworzył samochód.

— Jedziesz z tyłu — powiedział.

— Jestem ranna, nie umieram.

— Właśnie dlatego nie będziesz prowadzić.

— A ty jesteś lekarzem, nie kierowcą uciekinierów.

— Dzisiaj pełnię obie funkcje.

Marta została w szpitalu z księgą. Miała przekazać ją przewodniczącej rady, która od dawna podejrzewała, że coś jest nie tak, lecz dotąd nie miała dowodów. My pojechaliśmy do Heleny.

Dom znajdował się dziesięć minut od szpitala. Helena czekała na nas w garażu, w szlafroku narzuconym na sukienkę. W ręku trzymała niewielkie pudełko po herbacie.

— Adrian, nie gniewaj się na mnie — powiedziała.

— To zależy od tego, co zrobiłaś.

Helena otworzyła pudełko. W środku leżały kopie korespondencji, rachunek za wynajęcie prywatnego detektywa i list sprzed czterech miesięcy.

— Tomasz dowiedział się, że zarząd chce sprzedać szpital. Chciał zaniżyć jego wartość, przejąć go przez podstawioną spółkę i zwolnić połowę personelu. Wtedy odkrył, że Zofia prowadzi audyt prawny.

Spojrzała na mnie.

— Próbował znaleźć coś, czym mógłby cię szantażować.

— A ty?

— Wiedziałam, że Adrian cię kocha. Wiedziałam też, że gdybyś nie miała powodu, nigdy nie zatrzymałabyś się przy nim na dłużej niż pięć minut.

Adrian pobladł.

— Mamo.

— To ja zasugerowałam, żebyście podpisali ślubne dokumenty. Nie po to, żeby cię oszukać. Chciałam, żebyś przestała uciekać od człowieka, który od lat był przy tobie.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Mąż świętował moją śmierć po wypadku, lecz gdy wróciłam pod jego okno, jego uśmiech nagle zniknął

— Wciągnęłaś nas w małżeństwo, którego żadne z nas nie rozumiało — powiedziałam.

— Tak. I to był mój błąd.

Wyjęła z pudełka ostatnią kartkę.

— Ale Tomasz popełnił większy. Zostawił ślad na rachunku za fałszerstwo. Zapłacił za wykonanie podpisu z konta swojej fundacji.

Przeczytałam dokument. Nazwa odbiorcy brzmiała: Pracownia Kopii Dokumentów. Data płatności była sprzed dwóch tygodni.

— Dlaczego nie przekazałaś tego wcześniej? — zapytałam.

— Bo bałam się, że Tomasz skrzywdzi Adriana. I bałam się, że ty uznasz, iż całe małżeństwo zostało przez nas ustawione.

Spojrzałam na Adriana.

— Czy wiedziałeś o tym?

— Wiedziałem, że mama poprosiła urząd o przyspieszenie formalności. Nie wiedziałem o reszcie. Myślałem, że jeśli powiem ci, co czuję, odejdziesz.

— Więc milczałeś.

— Tak.

— A potem robiłeś mi zupę i udawałeś, że wszystko jest normalne.

— Nie umiałem zrobić niczego lepszego.

Nie brzmiało to jak wielkie wyznanie. Brzmiało jak prawda.

Wróciliśmy do szpitala o 11:49. W sali konferencyjnej czekali członkowie rady, Tomasz i dwóch przedstawicieli mojej kancelarii. Na stole leżała umowa z moim podrobionym podpisem.

Tomasz uśmiechnął się, gdy weszłam.

— Pani Navarro, spóźniła się pani.

— Nie. Przyjechałam dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Położyłam na stole kopie rachunków. Adrian podał przewodniczącej księgę. Marta weszła za nim i stanęła przy drzwiach.

— To nie są dowody dopuszczone do negocjacji — powiedział Tomasz.

— Nie negocjujemy — odpowiedziałam. — Informujemy radę, że umowa jest nieważna, bo została oparta na fałszywych danych i podrobionym podpisie.

— Pani też ma powody, żeby ratować męża.

— Owszem. Jest moim mężem.

Adrian drgnął, jakby te słowa były dla niego czymś zupełnie nowym.

Tomasz sięgnął po dokument.

— On popełnił błędy w dokumentacji.

— Nie — powiedziała Marta. — To pan podrobił jego podpis.

— Pielęgniarko, radzę uważać.

— Uważam od sześciu tygodni. Dlatego schowałam prawdziwą księgę.

Przewodnicząca rady porównała podpisy. Potem spojrzała na rachunek.

— Tomaszu, czy zapłaciłeś tej pracowni?

— To koszt niezwiązany ze sprawą.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Zabrałem przemoczoną kobietę z pobocza, a kiedy zobaczyła czarny samochód pod moim domem, jej twarz nagle zbladła

— Związany z czym? — spytałam.

Wtedy popełnił błąd, którego nie mógł już cofnąć.

— Musiałem zdobyć kopię podpisu, bo bez niej nie dało się zmusić twojej kancelarii do wycofania się z audytu!

W sali zapadła cisza.

Tomasz zrozumiał, co powiedział, dopiero po chwili. Jego ręka drgnęła nad dokumentem.

Przewodnicząca wstała.

— Umowa zostaje unieważniona. Audyt będzie kontynuowany przez kancelarię pani Navarro. A pan zostaje odsunięty od wszelkich rozmów dotyczących sprzedaży.

— Nie możecie mnie tak po prostu wyrzucić — syknął Tomasz.

— Możemy — odpowiedziałam. — A rachunki i księga trafią tam, gdzie powinny.

Nie musiałam mówić dokąd. Tomasz wiedział.

Wyszedł z sali z twarzą napiętą jak pęknięta maska. Nikt go nie zatrzymał. Stracił nie tylko transakcję, lecz także kontrolę nad historią, którą przez tygodnie sam układał.

Wieczorem siedziałam na łóżku w sali, a Adrian zmieniał opatrunek. Robił to ostrożnie, niemal nie dotykając skóry.

— Nadal chcesz rozwodu? — zapytał.

— Nie wiem.

Jego palce zatrzymały się.

— To uczciwa odpowiedź.

— Wiem, że mnie kochasz. Wiem, że twoja matka popchnęła nas do ślubu. Wiem też, że przez trzy miesiące oboje udawaliśmy, że nic nie czujemy.

— Ja nie udawałem.

— Udawałeś, że nie czujesz. To też jest udawanie.

Oparł się o parapet, ale nie spojrzał przez okno. Patrzył na mnie.

— Co mam zrobić?

— Powiedzieć mi wszystko bez teczek, bez milczenia i bez bohaterskiego ratowania mnie za plecami.

— Mogę spróbować.

— Nie. Spróbować możesz gotować. W małżeństwie masz mówić.

Uśmiechnął się słabo.

— Czy to znaczy, że dostanę prawdziwą randkę?

— Jedną.

— A potem?

— Potem zobaczymy, czy nadal będziesz tak nieznośny.

— Jestem lekarzem. To cecha zawodowa.

— Jesteś moim mężem. To już nie może być tylko wpis w dokumencie.

Wyjął z kieszeni moją czerwoną gumkę do włosów. Przez cały czas nosił ją na nadgarstku, jakby była czymś ważnym, choć nigdy o to nie zapytałam.

— Znalazłem ją w samochodzie — powiedział. — Chciałem ci oddać.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Mój ojciec wykluczył dzieci z rodzinnego wyjazdu, lecz po zdjęciach z Tokio nagle przestał odbierać telefony

— Mogłeś po prostu powiedzieć.

— Wiem.

Wzięłam gumkę i związałam nią włosy. Potem sięgnęłam po jego dłoń.

— Adrian?

— Tak?

— Na naszej pierwszej randce nie gotuj ryżu.

— A co mam przygotować?

— Coś, czego nie będziesz mógł uratować solą.

Zaśmiał się cicho. Był to pierwszy raz, kiedy usłyszałam ten śmiech bez ukrytej ostrożności.

Następnego ranka Marta przyniosła do sali talerz zupy. Postawiła go przede mną, spojrzała na Adriana i powiedziała:

— Doktorze, tym razem proszę pilnować, żeby żona nie chwytała pana za spodnie.

— Nie mogę niczego obiecać — odpowiedziałam.

Adrian poprawił pasek chirurgicznych spodni i nachylił się do mnie.

— Zofio, nasza pierwsza randka zaczyna się dziś o siódmej.

— A jeśli się spóźnisz?

— Przyjdę po ciebie.

— Nie. Tym razem to ja przyjdę po ciebie.

I kiedy uniósł brwi, położyłam jego czerwoną gumkę do włosów na środku talerza, między nim a mną, jak mały dowód, że od tej chwili żadne z nas nie będzie już udawać, że nie pamięta.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Po operacji złapałam lekarza za spodnie przy całym oddziale, a kiedy zobaczyłam jego twarz, przestałam oddychać
Rodzice zapłacili mojemu właścicielowi za eksmisję, a kiedy wykonałem jeden telefon, ojciec nagle przestał krzyczeć