CZĘŚĆ 4
…Przez chwilę słyszałam tylko trzaski w słuchawce i przyspieszony oddech Soni.
— Gdzie jesteś dokładnie?
— W przedpokoju. Ten człowiek rozmawia z sąsiadką. Mówi, że ma pełnomocnictwo od kupującego.
— Nie podpisuj niczego i nie otwieraj nikomu.
— Mamo, co się dzieje?
Spojrzałam na Wadima. Stał przy furtce z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Jego twarz nie była już pewna siebie. Stała się napięta, blada i dziwnie młoda, jak w dniu, kiedy po raz pierwszy przyłapałam go na kłamstwie.
— Zostań z sąsiadką — powiedziałam do Soni. — Jadę po ciebie.
— A babcia?
Raisa odwróciła głowę.
— Ja pojadę z tobą — oznajmiła.
Wadim natychmiast zaprotestował.
— Nigdzie nie pojedziesz. Musimy porozmawiać.
— Rozmawialiśmy wystarczająco długo — odpowiedziała Raisa. — Przez ostatnie trzy miesiące mówiłeś mi tylko tyle, ile było ci wygodne.
— Mamo, nie rozumiesz, w jakiej jestem sytuacji.
— Rozumiem, że sprzedałam mieszkanie, żebyś spłacił własne długi.
Jej głos się załamał, ale nie cofnęła się ani o krok.
Joanna schowała dokumenty do teczki.
— Jedziemy razem. Chcę zobaczyć tę drugą kopertę, zanim ktokolwiek spróbuje ją zabrać.
Wadim ruszył za nami.
— Nie macie prawa mnie wykluczać z tej sprawy.
— To pan wykluczył siebie — powiedziała Joanna. — W chwili, gdy użył pan cudzego podpisu.
Wsiadłam do samochodu Ireny. Raisa usiadła obok mnie, trzymając na kolanach małą torebkę. Granatowa walizka została przy furtce. Przez tylną szybę widziałam, jak Wadim stoi przy niej bezradnie, jakby dopiero teraz zrozumiał, że przywiózł pod mój dom nie tylko matkę, ale i dowody własnego oszustwa.
W mieszkaniu przy ulicy Brzozowej Sonia czekała z sąsiadką panią Łucją. Na stole leżała koperta z grubego papieru, poplamiona przy rogu kawą.
— Ten mężczyzna uciekł, kiedy zadzwoniłam do pani Łucji — powiedziała Sonia.
Joanna obejrzała kopertę pod lampą.
— Nie była otwierana.
Raisa usiadła na krześle i splotła palce.
— Otwórzmy ją razem.
W środku znajdowała się umowa sprzedaży mieszkania, ale nie ta, którą Raisa znała. Widniała tam dodatkowa strona, ukryta między kartkami. Wynikało z niej, że pieniądze ze sprzedaży miały trafić na rachunek Raisy, a nie na konto firmy Wadima.
— To znaczy, że on nie miał prawa ich przyjąć — powiedziała Sonia.
— Nie miał — potwierdziła Joanna.
Na samym dole znajdował się podpis pośrednika oraz dopisek pani Heleny, sporządzony odręcznie na odwrocie kopii: „Natasza ma wiedzieć, że Wadim próbował zabezpieczyć długi moim domem. Nie ufajcie żadnej kartce bez sprawdzenia w kancelarii”.
Poczułam, jak coś ciężkiego osiada mi w piersi.
Pani Helena wiedziała.
Wiedziała, zanim przekazała mi dom. Wiedziała, że Wadim będzie próbował go odzyskać.
— Dlaczego mi tego nie powiedziała? — zapytałam.
Joanna odpowiedziała po chwili.
— Powiedziała, ale nie zdążyła. Oświadczenie zostawiła u mnie, bo bała się, że Wadim wymusi na pani podpis albo wmówi pani, że wszystko należy do was obojga.
Raisa spuściła wzrok.
— Ja też powinnam była zapytać.
— Była pani jego matką — powiedziałam. — Miała pani prawo mu wierzyć.
— A ty miałaś prawo mnie nie wpuścić.
To zdanie nie zabrzmiało jak wyrzut. Bardziej jak przyjęcie faktu, którego obie potrzebowałyśmy.
Wadim pojawił się pod blokiem pół godziny później. Nie wszedł do środka. Stał na chodniku, z rękami w kieszeniach, i patrzył w górę na okna mieszkania, które kiedyś należało do jego matki.
Joanna zeszła do niego pierwsza.
— Oddasz pieniądze Raisie — powiedziała. — Sprzedasz samochód, wyposażenie firmy i udział w magazynie. To nie pokryje wszystkiego, ale wystarczy, żeby odzyskała dach nad głową.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy dokumenty trafią tam, gdzie powinny trafić. Bez żadnych dalszych rozmów.
Wadim spojrzał na mnie.
— Naprawdę pozwolisz, żeby matka została bez niczego?
Raisa zeszła po schodach i stanęła obok mnie.
— To ty próbowałeś zostawić mnie bez niczego.
Wadim zacisnął usta.
— Chciałem tylko, żebyśmy wszyscy mieli gdzie mieszkać.
— Nie — powiedziałam. — Chciałeś, żeby mój dom spłacił twoje decyzje.
Sonia pojawiła się w drzwiach klatki schodowej.
— Tato, dlaczego powiedziałeś mi, że mama wyrzuci babcię?
Wadim zadrżał.
— Sonia, to nie jest takie proste.
— Właśnie jest. Babcia nie miała wiedzieć, że sprzedałeś jej mieszkanie dla swoich długów?
Nie odpowiedział.
Sonia podeszła do Raisy i objęła ją mocno. Starsza kobieta przycisnęła policzek do jej włosów, a ja poczułam nagle, że cała złość, którą nosiłam od tygodni, nie jest już najważniejsza. Najważniejsze było to, że prawda dotarła do osoby, którą Wadim próbował najbardziej oszukać.
Jeszcze tego samego dnia Raisa podpisała ze mną zwykłą umowę najmu pokoju na parterze. Nie na pół roku za darmo. Nie jako przysługę wymuszoną przez syna. Na uczciwych zasadach, z własnym kluczem i prawem do odejścia, kiedy tylko zechce.
— Nie musisz tego robić — powiedziała.
— Wiem.
— A jeśli Wadim nie odda pieniędzy?
— Wtedy będziemy dochodzić ich inaczej. Ale pani nie będzie już mieszkała w walizkach.
Przeniosłyśmy jej rzeczy następnego ranka. Granatowa walizka miała urwane kółko, więc Sonia niosła ją za uchwyt, a ja trzymałam z drugiej strony. Raisa przez całą drogę milczała.
Przy progu pokoju zatrzymała się i wyjęła z torebki mały mosiężny naparstek.
— Dostałam go od twojej matki, kiedy szyłaś pierwsze zasłony do tego domu — powiedziała. — Trzymałam go przez dwanaście lat.
— Nie pamiętałam.
— Ja pamiętałam za nas obie.
Położyła naparstek na parapecie. Nie jako zapłatę i nie jako przeprosiny. Jako ślad po czasie, którego nie dało się wymazać, nawet jeśli Wadim próbował zamienić go w rachunek.
Wadim sprzedał samochód i sprzęt firmy. Nie odzyskał pieniędzy jednym przelewem, ale zaczął spłacać matkę co tydzień. Pierwszą ratę przyniósł osobiście. Raisa przyjęła ją bez uścisku i bez podziękowania.
Sonia długo nie chciała z nim rozmawiać. Kiedy w końcu zgodziła się spotkać, postawiła na stole kopię umowy sprzedaży mieszkania.
— Nie chcę obietnic — powiedziała. — Chcę, żebyś za każdym razem mówił prawdę, nawet jeśli przez to stracisz wszystko.
Wadim spojrzał na kartkę.
— Wiem.
— Nie. Jeszcze nie wiesz. Ale możesz zacząć.
Patrzyłam na nich z korytarza. Nie weszłam do rozmowy. Nie musiałam. Po raz pierwszy od dawna Wadim musiał odpowiedzieć za własne słowa bez mojego tłumaczenia go przed córką, matką i samym sobą.
Tego wieczoru goście przyjechali później niż zwykle. Irena rozwieszała klucze na drewnianej tablicy, Sonia liczyła ręczniki, a Raisa w swoim pokoju układała na półce lekarstwa i rodzinne fotografie.
Na stole w recepcji leżał mosiężny naparstek.
Nie był cenny.
Ale kiedy następnego ranka nowa lokatorka zapytała, czy pokój od ogrodu jest jeszcze wolny, Raisa wyszła na korytarz i odpowiedziała spokojnie:
— Ten pokój jest zajęty. I tym razem ktoś zapytał właścicielkę.
Przegapiłeś początek?













