CZĘŚĆ 4
Mężczyzna w granatowej marynarce poderwał się tak gwałtownie, że jego krzesło uderzyło o ścianę.
— Ja jestem tym kupcem?
Arthur odwrócił laptop w jego stronę.
Na ekranie widniała wiadomość wysłana z adresu firmy Juliana. W załączniku znajdował się projekt umowy sprzedaży tylnej części działki. Według dokumentu kupiec miał zapłacić dwieście tysięcy dolarów za prawo do przebudowania garażu i korzystania z podjazdu.
— Powiedziano mi, że pan jest współwłaścicielem — powiedział mężczyzna, patrząc na Juliana. — Miałem jutro wpłacić zaliczkę.
— To nie tak — odparł Julian. — Ta część działki i tak była niewykorzystana.
— Nie odpowiedziałeś na pytanie — powiedziała Chloe.
— Chciałem zdobyć pieniądze, zanim wszystko się zawali.
W salonie zrobiło się ciasno, chociaż nikt się nie poruszył.
Arthur wskazał na dokument.
— Nie tylko chciałeś zdobyć pieniądze. W umowie napisałeś, że masz prawo rozporządzać całą nieruchomością. To kolejne kłamstwo.
Julian odwrócił się do mnie.
— Evelyn, możemy to rozwiązać między sobą.
— Przez dwa lata rozwiązywałeś wszystko za plecami mamy.
— Byłem pod presją.
— Ona też była. Tylko że to ona klęczała na patio.
Nora stała obok mnie w zbyt dużym swetrze, który pożyczyła od pielęgniarki. Jej dłonie nadal drżały, ale głos miała spokojniejszy.
— Julian, powiedz jej o firmie.
Chloe spojrzała na matkę.
— O jakiej firmie?
Nora otworzyła notes przyniesiony przez Celię. Na każdej stronie zapisywała daty przelewów i nazwiska osób, które przychodziły do domu. Przy jednej dacie widniała krótka notatka: „Julian powiedział, że jeśli Evelyn wróci, nie będę miała gdzie pójść”.
Pod spodem zapisano nazwę firmy Juliana.
— Znalazłam te papiery w jego gabinecie — powiedziała Nora. — Nie rozumiałam wszystkiego, ale widziałam, że pożyczył pieniądze od trzech osób. Jednej obiecał udział w domu. Drugiej obiecał ziemię. Trzeciej powiedział, że ja jestem właścicielką i zgadzam się na sprzedaż.
Chloe zakryła usta dłonią.
— Mnie mówiłeś, że firma świetnie prosperuje.
— Próbowałem ją uratować.
— Kosztem mamy?
— Kosztem wszystkich! — krzyknął Julian. — Gdybym nie znalazł pieniędzy, straciłbym wszystko. Wy też byście straciły dach nad głową.
— To nie był twój dach — powiedziałam.
Wtedy z kieszeni Juliana wypadł pęk kluczy. Jeden z nich potoczył się po marmurowej podłodze i zatrzymał przy moim bucie. Na metalowej główce wygrawerowano numer skrytki pocztowej.
Arthur podniósł go.
— Po co panu klucz do skrytki Nory?
Julian nie odpowiedział.
Celia wyjęła z pudełka ostatnią kopertę. Tym razem była zaadresowana do mnie, a na odwrocie widniała data sprzed trzech tygodni.
— Nora napisała ją wtedy, kiedy Julian po raz pierwszy kazał jej podpisać pełnomocnictwo — powiedziała.
Mama wyciągnęła rękę.
— Chciałam ją wysłać. Ale za każdym razem znajdował inny powód, żebym została w domu.
Otworzyłam kopertę. W środku było kilka zdań, krzywych i rozmazanych od łez. Nora pisała, że nie prosi mnie o zemstę. Prosiła tylko, żebym uwierzyła jej, jeśli kiedyś odważy się powiedzieć prawdę.
Przeczytałam list na głos.
Julian usiadł ciężko na kanapie.
— Mamo — powiedziała Chloe — dlaczego nie powiedziałaś mi?
Nora spojrzała na nią długo.
— Bo za każdym razem, kiedy próbowałam, mówiłaś, że przesadzam. A potem Julian przypominał mi, że to wy jesteście rodziną, która ze mną mieszka.
Chloe zaczęła płakać.
— Myślałam, że po prostu jesteś zrzędliwa.
— Byłam przestraszona.
Ta odpowiedź uderzyła mocniej niż krzyk.
Arthur nie wezwał policji. Nie musiał. Zadzwonił do banku, do księgowego firmy Juliana i do osoby odpowiedzialnej za rejestrację dokumentów. Następnie sporządził pisemne wezwanie do opuszczenia nieruchomości i przekazał je Julianowi oraz Chloe.
— Macie godzinę na spakowanie rzeczy — powiedział. — Wszystko zostanie sfotografowane i zinwentaryzowane. Jeśli czegoś zabraknie, odpowiecie za to osobno.
Julian poderwał się.
— Nie możecie mnie wyrzucić w nocy!
— Możemy — odpowiedział Arthur. — I zrobimy to bez awantury, jeśli pan nam to ułatwi.
Chloe nie ruszyła się.
— Dokąd pójdziemy?
Spojrzałam na nią. Była moją siostrą, ale przez dwa lata pozwalała, by mama sprzątała po niej, gotowała dla niej i bała się własnego salonu.
— Nie wiem — powiedziałam. — To pytanie powinnaś zadać Julianowi, zanim podpiszesz z nim kolejną umowę.
Julian spakował swoje rzeczy do trzech walizek. W gabinecie znalazł jeszcze koperty z rachunkami, kartę Nory i stos wydruków z banku. Każdy dokument kładł na stole z miną człowieka, który próbuje poukładać nie papiery, lecz własne życie.
Przy drzwiach zatrzymał się przy mamie.
— Nora, ja naprawdę chciałem wszystko naprawić.
— Naprawa zaczęłaby się od oddania mi karty — odpowiedziała.
Wyjął ją z portfela i położył na jej dłoni.
— Proszę.
Nora nie cofnęła ręki.
— Nie mów „proszę”, jakbyś robił mi przysługę.
Julian spuścił wzrok. Potem wyszedł.
Chloe została jeszcze chwilę.
— Evelyn, czy mogę z tobą porozmawiać?
— Możesz.
— Nie proszę o pieniądze. Chcę tylko wiedzieć, czy mama będzie bezpieczna.
— Będzie. Ale ty nie będziesz miała dostępu do jej konta, dokumentów ani domu.
Pokiwała głową.
— Rozumiem.
— Nie, Chloe. Jeszcze nie rozumiesz. Zrozumiesz, kiedy sama będziesz musiała powiedzieć ludziom, że mieszkałaś w domu kupionym przez siostrę, a pozwoliłaś swojej matce szorować podłogę.
Łzy spłynęły jej po policzkach.
Nie poczułam satysfakcji. Tylko zmęczenie.
O 23:40 dom był już pusty. Nowe zamki połyskiwały w świetle lampy, a system alarmowy miał zapisane tylko moje nazwisko i numer Nory. Jej karta wróciła do portfela. Jej rzeczy przeniosłyśmy z małego pokoju przy garażu do głównej sypialni.
Rano pojechałyśmy do banku. Nora podpisała nowe pełnomocnictwo, tym razem przy niezależnym urzędniku i bez Juliana stojącego nad jej ramieniem. Bank zablokował próbę obciążenia nieruchomości. Księgowy firmy rozwiązał współpracę z Julianem, a niedoszły kupiec wycofał się z umowy i zażądał zwrotu pieniędzy.
Najtrudniejsza rozmowa odbyła się jednak nie w banku, tylko przy kuchennym stole.
— Chcę, żebyś przejęła rachunki — powiedziała Nora. — Ale nie chcę już, żebyś wszystko robiła za mnie.
— Wiem.
— I chcę, żebyś przestała mówić, że kupiłaś ten dom dla mnie. Kupiłaś go, bo chciałaś, żebym miała wybór.
Spojrzałam na nią.
— Masz rację.
Nora sięgnęła po mój ceramiczny brelok w kształcie kaktusa, który leżał przy rachunkach.
— Pamiętasz, co powiedziałam, kiedy ci go dałam?
— Że klucze mogą należeć do wielu osób, ale tylko właściciel wie, po co otwiera dany dom.
Uśmiechnęła się słabo.
Potem zawiesiła brelok przy swoim komplecie kluczy i odłożyła kartę bankową do własnego portfela.
Za oknem ekipa ogrodnicza usuwała z patio ciężkie wiadro po detergentach. Nora podeszła do drzwi tarasowych, a ja podałam jej szczotkę do rąk.
Nie po to, żeby sprzątała.
Żeby mogła ją wyrzucić.
Mama uniosła szczotkę, spojrzała na mnie i cisnęła ją do kontenera.
— Evelyn — powiedziała. — Zamówmy dziś stół do tej kuchni. Taki, przy którym nikt nie będzie musiał prosić o pozwolenie, żeby usiąść.
Przegapiłeś początek?













