CZĘŚĆ 4
— To oznacza, że ktoś podszył się pod twoją matkę. I ta osoba wciąż ma dostęp do dokumentów firmy…
Marta nie dokończyła zdania, bo przed domem zahamował samochód.
Światła reflektorów przesunęły się po suficie kuchni.
Anna poderwała się z krzesła.
— On nas znalazł.
— Nie ruszaj się — powiedziałem.
Podszedłem do okna, ale nie odsunąłem firanki. Samochód był czarny, niski i bez przedniej tablicy. Z jego tylnego siedzenia wysiadła kobieta w długim płaszczu.
Nie Zachar.
Marta spojrzała na nią przez szczelinę między zasłonami i upuściła dokumenty na podłogę.
— To Lena.
— Jego asystentka? — zapytałem.
— Tak.
Kobieta nie podeszła do drzwi. Zatrzymała się przy furtce i wyjęła telefon. Mój aparat zawibrował sekundę później.
Nieznany numer.
— Nie odbieraj — szepnęła Anna.
— Właśnie dlatego odbiorę.
— Panie Montgomery — powiedziała Lena. — Muszę z panem porozmawiać. Sama.
— Proszę wejść.
— Nie mogę. Zachar obserwuje mój telefon.
— Skąd mam wiedzieć, że to nie pułapka?
— Nie może pan wiedzieć. Ale jeśli mi pan nie uwierzy, jutro rano Anna będzie zadłużona na siedem milionów, a ja będę oskarżona o sfałszowanie jej podpisu.
Anna podeszła do mnie.
— Zapytaj ją o moją matkę.
— Co pani robiła w płaszczu mojej zmarłej żony przed kancelarią?
Lena milczała tak długo, że słyszałem przez telefon jej nierówny oddech.
— Nie był to płaszcz pańskiej żony. Należał do matki Anny. Pożyczyłam go na polecenie Zachara.
— Dlaczego?
— Żeby notariusz pomyślał, że Anna przyjechała z kimś z rodziny. Zachar powiedział, że chodzi o zwykłe pełnomocnictwo. Nie wiedziałam, że podpis będzie sfałszowany.
Marta zacisnęła szczękę.
— Kłamiesz. Wiedziałaś, że ćwiczyliśmy podpis.
— Wiedziałam, że miałam go przepisać. Nie wiedziałam, do czego go użyje.
Anna stanęła przy stole.
— A teraz czego chcesz?
— Chcę przestać się bać. Mam oryginalną księgę z poleceniami. Wszystkie. Również tę, w której Zachar kazał mi podrobić podpis. Jeśli mi zapewnicie ochronę, oddam ją.
Nie mogłem jej obiecać rzeczy, których nie kontrolowałem. Mogłem jednak powiedzieć prawdę.
— Wejdź. Nie dotykaj niczego. Dokumenty zostaną zamknięte w sejfie, a jutro trafią do notariusza i banku.
Lena weszła po kilku minutach. Była blada, a w dłoniach ściskała brązową kopertę z odciśniętym śladem po zszywaczu.
— Zachar zabrał mój paszport — powiedziała. — Powiedział, że jeśli odejdę, zniszczy moją rodzinę. Przez dwa lata wykonywałam jego polecenia.
— Dlaczego teraz? — spytałem.
Lena spojrzała na Annę.
— Bo dziś rano kazał mi przygotować dokumenty do sprzedaży tego domu. Powiedział, że pani będzie spała w samochodzie, jeśli trzeba, ale on nie straci firmy.
Anna dotknęła oparcia krzesła.
— On naprawdę zamierzał mnie wyrzucić z własnego domu.
— Nie tylko ciebie — odpowiedziała Lena. — Firma miała zostać przepisana na podstawionego właściciela. Zachar chciał wyjechać za granicę z pieniędzmi inwestorów.
Marta otworzyła szeroko oczy.
— Dlatego wczoraj wypłacono kredyt.
Lena skinęła głową.
— Dziś o północy miał zniknąć.
W teczce znalazła się kopia planu przelewu, lista kont i podpis Zachara pod instrukcją dla banku. Nie była to już tylko sprawa przemocy. To był plan ucieczki, w którym Anna miała zostać pozbawiona domu, nazwiska i pieniędzy.
O pierwszej w nocy pojechaliśmy do kancelarii notarialnej, której właściciel znał Martę. Nie było tam żadnych kamer ani dramatycznych przemówień. Były za to lampy jarzeniowe, ekspres do kawy i człowiek, który przez długie minuty porównywał podpisy.
— Ten dokument nie został podpisany przez panią Albrecht — powiedział w końcu do Anny. — Potwierdzam to na piśmie.
Anna patrzyła na kartkę, jakby nie rozumiała, że kilka zdań może oddać jej życie.
Następnego ranka bank wstrzymał przelew. Wpis dotyczący zabezpieczenia został zablokowany, a notariusz zawiadomił właściwe instytucje o fałszerstwie. Nie potrzebowałem, żeby Zachar został natychmiast zamknięty. Potrzebowałem, żeby nie mógł już dosięgnąć Anny pieniędzmi ani dokumentami.
Nie zdążył uciec.
Znaleziono go na prywatnym lotnisku, z walizką pełną gotówki i paszportami wystawionymi na inne nazwiska. Kiedy zadzwoniono do mnie z wiadomością, Anna siedziała przy stole i czytała oświadczenie banku.
— Co teraz? — zapytała.
— Teraz wybierzesz, co chcesz zrobić z domem.
— Myślisz, że powinnam tam wrócić?
— Nie musisz.
— Ale chcę zobaczyć ten salon bez niego.
Pojechałyśmy? Nie. Pojechaliśmy razem następnego popołudnia: Anna, Marta i ja. Rezydencja była otwarta, bo Zachar nie zdążył zamknąć jej przed wyjazdem. W środku nadal stał przewrócony fotel, a na podłodze leżała metalowa klamra od jego paska.
Anna zatrzymała się w salonie.
— Tu zawsze mówił, że jestem nikim bez niego.
— Nie byłaś nikim — powiedziałem.
— Wiem. Tylko długo musiałam to usłyszeć od innych, zanim uwierzyłam sama.
Marta podała jej brązową kopertę.
— To powinno należeć do ciebie.
Anna nie otworzyła jej od razu. Podeszła do kominka, zdjęła ze ściany wielki obraz i za nim znalazła mały sejf. Znała szyfr.
— Skąd? — spytałem.
— Data urodzin mojej matki. To był pierwszy kod, którego użył. Potem zmienił go na dzień naszego ślubu.
Wprowadziła pierwszy kod.
Zamek kliknął.
W środku leżały jej akty urodzenia, dokumenty domu i mała koperta z fotografią. Na zdjęciu Anna miała siedemnaście lat. Obok niej stał Zachar, jeszcze bez eleganckiego garnituru, za to z tym samym uśmiechem, który dziś wydawał się pusty.
Na odwrocie widniało jedno zdanie napisane ręką jej matki: „Jeśli kiedyś powie ci, że nic bez niego nie znaczysz, przypomnij sobie, jak sama zbudowałaś ten dom”.
Anna usiadła na podłodze.
— Mama wiedziała?
— Wiedziała, że dom pochodzi od babci i że Zachar nigdy nie powinien mieć nad nim władzy — odpowiedziała Marta. — Ale nie wiedziała, jak daleko się posunie.
Anna ścisnęła fotografię.
— Cały czas myślałam, że oddałam mu wszystko dobrowolnie.
— Oddałaś mu zaufanie — powiedziałem. — To nie to samo co zgoda.
Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Potem Anna wstała i podeszła do fortepianu. Na jego pokrywie leżał klucz, ten sam, który w Wielkanoc włożyła w moją dłoń.
— Tato, zabierz go.
— Po co?
— Chcę, żebyś miał dostęp do tego miejsca. Nie po to, żeby mnie pilnować. Po to, żebym pamiętała, że kiedy powiedziałam „zabierz mnie”, naprawdę przyjechałeś.
Nie wziąłem klucza od razu.
— Ten dom nadal jest twój.
— Wiem. Dlatego chcę sama zdecydować, kto może tu wejść.
Marta uśmiechnęła się pierwszy raz od naszego spotkania.
— A co z firmą? — zapytała.
Anna spojrzała na stos dokumentów.
— Sprzedam udziały, spłacę pracowników i zamknę wszystko, co nosi jego nazwisko.
— Możesz zacząć od nowa — powiedziałem.
— Nie chcę zaczynać od nowa. Chcę odzyskać to, co było moje, zanim wmówił mi, że nie istnieje.
Tego wieczoru, przy stole w jego rezydencji, Anna podpisała dokumenty unieważniające pełnomocnictwo. Nie drżała jej ręka.
Kiedy skończyła, odsunęła kartkę i położyła obok niej kartonik z listą, który zabrała z domu.
Na jego odwrocie dopisała nowy punkt.
„Pamiętać, że pierwsze imię na liście wciąż odbiera telefon”.
A potem podniosła wzrok i powiedziała:
— Tato, tym razem to ja chcę ugotować świąteczną kolację.
Wstała, wyjęła z szuflady nóż do krojenia chleba i położyła go na desce dokładnie tam, gdzie wcześniej leżały dokumenty Zachara.
Na ostrzu odbiło się światło lampy.
— I niech on już nigdy nie decyduje, co znajduje się na naszym stole.
Przegapiłeś początek?













