CZĘŚĆ 4 — Zemdlałam na progu domu, a gdy zapytałam o Władimira, Galina nagle spuściła wzrok

CZĘŚĆ 4

— Z kobietą, która zna prawdę o jego pierwszym małżeństwie — powtórzył rowerzysta.

Przez moment nikt się nie poruszył.

Nawet ogień w lampie zdawał się zamarły.

— Pierwszym? — zapytałam.

Rowerzysta przełknął ślinę.

— Tak powiedział. Że jeśli ta kobieta przemówi, straci wszystko, co próbował tu zdobyć.

Waria osunęła się na ławę.

— On nie był żonaty — wyszeptała.

Arseniusz spojrzał na nią surowo.

— Był. W dokumentach okręgowych widnieje małżeństwo zawarte przed jego przyjazdem tutaj. Żona mieszkała w innym powiecie.

Siergiej odwrócił się do niego gwałtownie.

— Skąd to wiesz?

— Z tej samej księgi, w której znalazłem rachunki. Władimir podał fałszywy stan cywilny, żeby dostać stanowisko agronoma. Gdyby wyszło to na jaw, nie dostałby pracy, a jego wuj straciłby dostęp do magazynów.

Nagle cała układanka wskoczyła na swoje miejsce.

Władimir nie przyjechał do naszego kołchozu tylko po to, by uwodzić dziewczyny.

Przyjechał po ziarno, pieniądze i nazwisko, które mogło mu otworzyć drogę do miejskiego urzędu.

A ja byłam dla niego najłatwiejszym podpisem.

— Musimy jechać do miasta — powiedziałam.

— Ty zostajesz — odpowiedział Arseniusz. — Jesteś osłabiona.

— Jeśli on dotrze do tej kobiety, spali dokumenty.

Pawlik już zakładał buty.

— Jadę z tobą.

— Masz czternaście lat.

— A ty jesteś w ciąży i mimo to chcesz jechać. Nie będę gorszy.

Zofia podała mi gruby wełniany szal.

— Pojadę z wami. Waria zostaje tutaj.

Waria podniosła twarz.

— Chcę naprawić to, co zrobiłam.

— Najpierw powiesz prawdę na zebraniu — odpowiedziałam.

— Powiem.

Nie wierzyłam jej jeszcze, ale widziałam, że jej ręce drżą tak mocno, iż nie mogła zapiąć płaszcza.

Do miasta dotarliśmy późnym wieczorem ciężarówką młynarza. Izba porodowa mieściła się w budynku po dawnej szkole. Na korytarzu pachniało karbolem i gotowaną kapustą. Pielęgniarka w białym fartuchu zagrodziła nam drogę.

— Kogo szukacie?

— Kobiety, która przyszła dziś z Władimirem Michajłowem — powiedział Arseniusz.

Pielęgniarka spojrzała na mnie, potem na mój brzuch.

— Ona jest na sali. Nazywa się Nadieżda.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Trzej bogaci klienci odmówili zapłaty za kolację, a kiedy właściciel stanął za nimi, jeden z nich nagle zbladł

— Czy Władimir tu był?

— Był. Pokłócił się z nią i uciekł, kiedy zobaczył, że przyjechali ludzie z okręgu.

— Co powiedziała Nadieżda? — zapytałam.

Pielęgniarka zawahała się.

— Że Władimir nie ma żony. Ma syna.

Poczułam, jak ziemia usuwa mi się spod stóp.

Weszliśmy do sali. Na łóżku siedziała drobna kobieta z niemowlęciem przy piersi. Miała twarz zmęczoną, ale spokojną. Kiedy mnie zobaczyła, od razu zrozumiała, kim jestem.

— To ty jesteś Ludmiła? — spytała.

— Tak.

— On powiedział, że jesteś łatwowierną dziewczyną, którą można zostawić bez słowa.

Pawlik zacisnął pięści.

— Kłamca.

Nadieżda skinęła głową.

— Wiem. Mnie też tak zostawił. Przed trzema laty obiecał, że wróci po narodzinach syna. Nie wrócił. Potem dowiedziałam się, że wszędzie przedstawiał się jako kawaler.

— Dlaczego milczałaś? — zapytałam.

Kobieta spojrzała na dziecko.

— Bałam się, że zabierze mi syna. Miał znajomości i pieczęcie. Ale dziś przyszedł, bo chciał, żebym podpisała oświadczenie, że nie jesteśmy małżeństwem. Obiecał mi pieniądze.

— Podpisałaś?

Nadieżda wyjęła spod poduszki złożony dokument.

— Nie. Zabrałam mu za to jego listy.

Rozłożyła je na łóżku. Były tam wiadomości do Władimira od jego wuja, rachunki za sprzedane ziarno i list, w którym pisał o mnie: „Jeśli będzie problem, oskarżymy ją o kradzież. Nikt nie uwierzy sierocie”.

Poczułam pieczenie w gardle, ale tym razem nie ze wstydu.

— Pójdziesz z nami na zebranie? — zapytałam.

Nadieżda popatrzyła na śpiącego syna.

— Pójdę.

Następnego ranka sala zarządu okręgowego była pełna. Przy długim stole siedzieli urzędnicy, a za nimi mieszkańcy naszego kołchozu. Władimira nie było. Jego wuj próbował przekonać wszystkich, że dokumenty są fałszywe.

— Ta dziewczyna chce zemścić się na uczciwym pracowniku — krzyczał.

— Uczciwy pracownik nie sprzedaje ziarna z głodowego magazynu — odpowiedział Arseniusz.

Zofia podała list.

— To pismo Władimira do jego wuja.

Waria wstała. Twarz miała mokrą od łez.

— Mój wuj wiedział o wszystkim. Władimir obiecał mi ślub, ale powiedział, że Ludmiła musi zniknąć z domu, bo jej ziemia przejdzie wtedy pod zarząd kołchozu. Ja mu pomogłam. Namawiałam wuja, żeby podpisał dokumenty.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Wpadłam przez okno do baru mafijnego szefa, a gdy zobaczył moją twarz, jego uśmiech nagle zniknął

Na sali rozległ się szmer.

Siergiej chciał wyjść, lecz dwóch członków zarządu zastąpiło mu drogę.

— Zostajesz — powiedział jeden z nich.

— Ja niczego nie ukradłem.

— Ale zatwierdziłeś każde wydanie.

Wtedy do sali weszła Nadieżda. Trzymała dziecko zawinięte w koc, a w drugiej ręce dokument z pieczęcią.

— A ja mam dowód, że Władimir oszukiwał nie tylko tutaj — powiedziała.

Wuj Warii zaklął.

Nadieżda podała papier przewodniczącemu zebrania. Był to akt, z którego wynikało, że wuj sprzedał część magazynu, używając pieniędzy przeznaczonych na zakup nasion. Władimir podpisał się jako świadek.

Waria zakryła twarz.

— On zniszczył nas wszystkich — powiedziała.

— Nie — odpowiedziałam cicho. — Zniszczyły nas jego kłamstwa. Ale to my pozwoliliśmy mu mówić za długo.

Przewodniczący zarządu spojrzał na mnie.

— Ludmiło, twój podpis na wykazie jest podrobiony. Dom i działka pozostają przy tobie. Nikt nie ma prawa cię stamtąd wyrzucić.

Pawlik wypuścił powietrze, które chyba wstrzymywał od kilku dni.

— A dziecko? — spytał.

Nadieżda podniosła wzrok.

— Dziecko Ludmiły jest jego. Władimir sam mi powiedział, że tak było. Bał się tylko, że jeśli się przyzna, straci posadę i możliwość ślubu z Warią.

Waria spojrzała na mnie.

— Przepraszam.

Nie powiedziałam, że jej wybaczam. Nie byłam jeszcze gotowa. Ale podeszłam do niej i położyłam na stole mosiężną zawieszkę po mamie.

— Moja matka nosiła to, kiedy wyjeżdżała na wojnę. Zostało mi po niej, bo nie miałam niczego więcej. Władimir chciał zabrać mój dom, moje nazwisko i dziecko, zanim jeszcze się urodziło. Nie pozwolę, żeby jego kłamstwa odebrały mi również serce.

Waria spojrzała na zawieszkę.

— Co zrobisz?

— Wychowam swoje dziecko. Pawlik zostanie ze mną. A ty powiesz prawdę również ludziom w kołchozie.

— Powiem.

I powiedziała.

Tego samego dnia Władimira zatrzymano na dworcu w sąsiednim mieście, kiedy próbował zdobyć nowy bilet. Nie wrócił już do naszego pola ani do suszarni. Jego wuj stracił magazyn, Siergiej stanowisko, a Waria musiała sama odbudować zaufanie, które sprzedała za obietnicę ślubu.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Przyjechali razem na pogrzeb mojej siostrzenicy, a kiedy zobaczyłam ich bagaże, mój mąż nagle zbladł

Nadieżda została w mieście. Zarząd przydzielił jej pokój i pracę przy kuchni. Nie chciała pieniędzy od Władimira. Chciała tylko, żeby jej syn znał prawdę o swoim ojcu.

Pawlik długo nie mówił o tamtej kartce z napisem „Dziecko nie jest moje”. Pewnego wieczoru wyjął ją z kieszeni i wrzucił do pieca.

— Po co ją zachowałeś? — spytałam.

— Żeby pamiętać, jak wygląda cudze tchórzostwo.

— A teraz?

Chłopiec popatrzył na mój brzuch, a potem na mosiężną zawieszkę, którą przypięłam do paska fartucha.

— Teraz nie jest nam już potrzebna.

— Co?

— Pamięć o tym, że byliśmy sami.

Przycisnął dłoń do mojego ramienia.

Wtedy dziecko poruszyło się pod moim sercem.

Pawlik odskoczył, jakby dotknął rozgrzanej blachy.

— Poczułeś? — zapytałam.

— To ono?

— Tak.

Uśmiechnął się nieśmiało.

— W takim razie będzie wiedziało, że ma wujka, który widzi wszystko.

A mosiężna zawieszka po mamie zabrzęczała przy moim fartuchu, kiedy po raz pierwszy poczułam, że pod tym dachem nie mieszkają już tylko dwoje sierot, lecz rodzina, której nikt nie zdołał wyrzucić z własnego życia.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Zemdlałam na progu domu, a gdy zapytałam o Władimira, Galina nagle spuściła wzrok
CZĘŚĆ 4 — Brat wyrzucił mnie z rodzinnego domku i nagrał moje upokorzenie, lecz gdy przyjechali zarządcy, jego uśmiech nagle zniknął