CZĘŚĆ 4 — Wróciłam do Chicago z bliźniętami, których mój były mąż nigdy nie widział — lecz gdy wysiadł z auta, jego twarz nagle pobladła

CZĘŚĆ 4

Adrian odsunął telefon od ucha.

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.

Potem podał aparat Marcusowi.

— Namierz połączenie.

— Już próbuję.

— Nie — powiedziałam.

Adrian spojrzał na mnie.

— Co?

— Pojadę z tobą.

— Nie ma mowy.

— Carlo chce, żebym została tutaj. Chce, żebyś przyjechał sam, wściekły i przewidywalny. Jeśli pojedziesz bez mnie, zrobisz dokładnie to, czego oczekuje.

— To nie jest gra.

— Wiem. Dlatego nie będę siedzieć w pokoju i czekać, aż ktoś zdecyduje, czy moje dzieci mają żyć.

Adrian podszedł bliżej.

— Evelyn, jeśli coś ci się stanie…

— Już mi się stało. Sześć lat temu.

Te słowa zatrzymały go mocniej niż krzyk.

Marta wskazała na skórzaną torbę leżącą pod biurkiem.

— Vanessa zostawiła tam jeszcze coś.

W środku znajdowała się mała metalowa kasetka. Nie było w niej nagrania ani broni. Tylko klucz z mosiężną zawieszką w kształcie kotwicy i książeczka rachunkowa z popękanymi rogami.

Marta przełożyła kilka stron.

— Carlo prowadził pieniądze przez stare restauracje Adriana. Każdy przelew podpisywał inicjałem, ale tutaj jest coś ważniejszego.

Na ostatniej stronie widniał spis nazwisk. Przy każdym znajdowała się suma i data.

Przy nazwisku Marco Bellini zapisano: „dług za przysługę”.

Przy nazwisku Carlo Moretti: „udziały po śmierci Adriana”.

Adrian przeczytał wpis jeszcze raz.

— On planował mnie zabić.

— Planował przejąć wszystko — powiedziała Marta. — Firmy, kluby, rodzinę. Ale Vanessa znalazła dowód, że przez lata płacił ludziom za podsycanie wojny z Bellinimi. Chciał, żebyś był zajęty wrogiem, którego sam stworzył.

W korytarzu rozległy się kroki.

Marcus uchylił drzwi i wrócił po chwili.

— Dwóch ludzi uciekło tylnym wyjściem. Zostawili samochód z fałszywymi tablicami.

Adrian podniósł wzrok.

— Dzieci jedziemy zawieźć do domu Marthy. Ochrona zostaje z nimi.

— Nie rozdzielę się z nimi — powiedziałam.

— Nie możesz zabrać ich do klubu.

Noah nagle odezwał się z fotela przy ścianie.

— Mamo, ten pan dzwonił już wcześniej.

Wszyscy odwróciliśmy się do niego.

— Jaki pan? — spytałam.

Chłopiec wskazał na okno.

— Ten z kapeluszem. W Cambridge stał przy płocie. Zawsze udawał, że czyta gazetę.

Adrian przykucnął.

— Jesteś pewien?

— Miał laskę z błyszczącą rączką.

Marta pobladła.

— To człowiek Carla. Nazywa się Stefan Wrona.

— Co robił pod naszym domem? — spytałam.

— Pilnował, czy dzieci są zdrowe — odpowiedziała Marta. — Carlo nie chciał ich skrzywdzić od razu. Chciał mieć pewność, że będą wystarczająco ważne, żeby zmusić Adriana do posłuszeństwa.

Poczułam mdłości.

Adrian zacisnął dłonie.

— Zabieramy dzieci do Marthy. Teraz.

Noah nie ruszył się.

— Czy ty też wrócisz?

Adrian popatrzył na niego długo.

— Tak.

— Obiecujesz?

— Obiecuję.

To była pierwsza obietnica, jaką złożył swojemu synowi.

Nie wiedziałam, czy mu wierzyć, ale Noah podał mu rękę.

Adrian ujął ją ostrożnie, jakby trzymał coś bezcennego i kruchego.

O dwudziestej trzeciej dziesięć dotarliśmy do opuszczonego klubu przy nabrzeżu. Budynek należał kiedyś do Adriana. Teraz farba odpadała z cegieł, a w oknach wisiały porwane zasłony. W powietrzu czułam zapach rdzy, oleju i starego dymu.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  CZĘŚĆ 4 — Były mąż zaprosił mnie na świąteczną kolację, licząc na moje upokorzenie, lecz gdy zobaczył dzieci, jego narzeczona przestała się uśmiechać

Marcus chciał wejść pierwszy.

— Zostajesz w samochodzie — powiedział Adrian.

— Nie.

— Evelyn.

— Znasz już moje zdanie.

Przez chwilę patrzył na mnie z gniewem, ale potem podał mi mosiężny klucz.

— Jeśli zobaczysz drzwi z kotwicą, otwórz je. Nie wcześniej.

Weszliśmy bocznym wejściem. Na ścianach wisiały wyblakłe fotografie dawnego klubu. Na jednej z nich miałam dwadzieścia sześć lat i śmiałam się, trzymając kieliszek. Adrian stał obok mnie, jeszcze bez blizny przy brwi.

Kiedyś wierzyłam, że to zdjęcie pokazuje początek naszego życia.

Teraz wyglądało jak dowód zbrodni.

Z głównej sali dobiegł kobiecy jęk.

— Vanessa! — krzyknął Adrian.

— Podejdź sam — odpowiedział Carlo.

Wyszliśmy zza filaru.

Vanessa siedziała na krześle przy barze. Miała rozciętą wargę, ręce związane z przodu i płaszcz zabrudzony błotem. Obok niej stał Carlo Moretti, elegancki jak na kolację. W jednej dłoni trzymał pistolet, w drugiej szklankę wody.

— Wujku — powiedział Adrian.

— Wreszcie.

— Puść ją.

Carlo zaśmiał się cicho.

— Nadal wydajesz rozkazy, choć połowa twojego imperium jest już moja.

Vanessa spojrzała na mnie.

— Przepraszam.

— Za co? — spytałam.

— Za to, że uwierzyłam, że mogę cię ocalić, niszcząc twoje małżeństwo.

Adrian nie odrywał wzroku od Carla.

— To ty kazałeś jej do mnie dzwonić?

— Kazałem jej przypomnieć ci, że jesteś odpowiedzialny za tych, których kochasz.

— A rozwód?

— Byłeś miękki. Evelyn miała na ciebie wpływ. Potrzebowałem, żebyś stał się człowiekiem, którego można kontrolować.

Carlo wskazał broń w moją stronę.

— Bez niej byłeś posłuszny. Z dziećmi będzie jeszcze łatwiej.

Adrian zrobił krok.

— Nie dotykaj ich.

— Nie muszę. Wystarczy, że wszyscy uwierzą, iż uciekłaś z miasta i zostawiłaś je pod moją opieką.

Vanessa podniosła głowę.

— Carlo, dokumenty są już poza twoim zasięgiem.

— Dokumenty można spalić.

— Kopie są w trzech miejscach — powiedziała Marta z wejścia.

Nie zauważyłam, kiedy przyjechała z Marcusem. Trzymała brązową teczkę wysoko, a za nią stało dwóch dawnych wspólników Adriana. Mężczyźni, którzy przez lata wykonywali rozkazy Carla, patrzyli teraz na niego z twarzami pozbawionymi lojalności.

Carlo sięgnął po telefon.

— Wszyscy myślicie, że macie wybór?

— Tak — odpowiedział Marcus. — Bo twoje konta są już zamrożone przez ludzi, którym płaciłeś.

Carlo spojrzał na Adriana.

— Zrobiłeś to?

— Nie. Zrobili to twoi wspólnicy, kiedy zobaczyli, że planujesz usunąć mnie i przejąć udziały.

Carlo roześmiał się, ale śmiech zakończył się kaszlem.

— Myślisz, że zostaniesz królem po tym wszystkim?

Adrian odłożył broń na podłogę.

— Nie chcę już być królem.

To był nieoczekiwany ruch. Carlo przez moment patrzył na niego z niedowierzaniem.

Adrian podniósł ręce.

— Puść Vanessę. Wszystkie udziały, które kontroluje rodzina Morettich, przejdą na zarząd niezależny od nas. Nie dostaniesz niczego.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Pułkownik wyrzucił mnie z gali i rozerwał zaproszenie, lecz po ogłoszeniu nazwiska nagle przestał się uśmiechać

— Oszalałeś.

— Możliwe. Ale ty nie będziesz już mógł używać mojego nazwiska.

Carlo odwrócił głowę w stronę Vanessy.

— To przez nią.

— Nie — powiedziałam. — Przez ciebie.

Jego palec drgnął na spuście.

Adrian rzucił się w bok w tej samej chwili. Marcus uderzył w rękę Carla, a broń wystrzeliła w sufit. Huk przeszył salę. Vanessa przewróciła krzesło, spadając na podłogę.

Pobiegłam do niej.

— Możesz oddychać?

— Tak.

— Gdzie jesteś ranna?

— Tylko warga.

Adrian i Marcus obezwładnili Carla bez kolejnego strzału. Carlo nie trafił do więzienia tej nocy. Trafił do pustego domu strzeżonego przez ludzi, którzy czekali na decyzję swoich prawników i wierzycieli. Jego konta zostały przejęte przez zarząd, który powstał jeszcze przed świtem. Nie miał już rodziny, pieniędzy ani ludzi gotowych umrzeć za jego rozkazy.

Adrian przyklęknął przy Vanessie.

— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?

Vanessa otarła krew z ust.

— Bo bałam się, że go zabijesz. A wtedy stałbyś się dokładnie tym, kim chciał cię uczynić.

Adrian spojrzał na mnie.

— A ty?

— Ja bałam się, że znowu wybierzesz ją.

Vanessa spuściła wzrok.

— Nie powinnaś była wracać tutaj sama.

— Nie wróciłam sama. Wróciłam z dziećmi.

Adrian przez chwilę nic nie mówił. Potem wyjął z kieszeni swój telefon.

— Jutro zrobimy testy. Bez nacisku, bez ludzi Morettich, bez tajemnic.

— Nie jutro.

— Kiedy?

— Kiedy Noah i Lily będą gotowi.

— Dobrze.

— I jeśli okaże się, że jesteś ich ojcem, nie dostaniesz prawa do nich tylko dlatego, że masz pieniądze i ochronę.

— Wiem.

— Będziesz musiał nauczyć się być ojcem.

Adrian skinął głową.

— Nauczysz mnie?

To pytanie zabolało bardziej niż przeprosiny. Nie dlatego, że było piękne. Dlatego, że pierwszy raz prosił mnie o coś, czego nie mógł sobie kupić.

— Nie wiem — odpowiedziałam. — Ale możesz zacząć od dotrzymania obietnicy złożonej Noah.

O świcie spotkaliśmy się przed domem Marthy. Dzieci spały na tylnym siedzeniu samochodu. Lily trzymała różowego królika pod brodą, a Noah miał zaciśniętą dłoń na pasku plecaka.

Adrian nie próbował ich budzić.

Zamiast tego położył na masce samochodu dokumenty rozwiązujące rodzinny zarząd Morettich oraz klucze do starego klubu.

— Sprzedam wszystko, co było związane z brudnymi interesami — powiedział. — Zostawię tylko restauracje prowadzone legalnie. Pieniądze z pozostałych firm pójdą na fundusz dla ludzi, których Carlo skrzywdził.

— A ty?

— Znajdę pracę, której nie da się odziedziczyć po strachu.

Prawie się uśmiechnęłam.

— To może potrwać.

— Wiem.

Noah obudził się i wysiadł z samochodu. Przez chwilę stał naprzeciwko Adriana, obserwując go z powagą.

— Obiecałeś, że wrócisz.

— Wróciłem.

— Pamiętasz, co mówiłeś?

— Że będę czekał, jeśli twoja mama nie pozwoli mi podejść.

Noah pomyślał, po czym wyciągnął z plecaka małą kartkę. Narysował na niej cztery postacie: siebie, Lily, mnie i Adriana. Nad głowami narysował krzywe koło, które miało być słońcem.

PRZECZYTAJ TAKŻE:  Teść przypalił mi brzuch papierosem, a mąż przytrzymał mnie przy noworocznym stole — wtedy jego twarz nagle pobladła

— Możesz być tutaj — powiedział, wskazując puste miejsce obok nas. — Ale nie możesz znikać.

Adrian wziął kartkę obiema rękami.

— Nie zniknę.

Lily podeszła do niego z różowym królikiem.

— Możesz mu przyszyć ucho?

Adrian spojrzał na zabawkę, potem na mnie.

— Nie umiem szyć.

— To się nauczysz — powiedziała.

Usiadł na krawężniku w drogim garniturze, z igłą i różową nitką, którą Marta znalazła w domu. Jego palce, przyzwyczajone do ciężaru broni i podpisywania milionowych umów, niezgrabnie próbowały połączyć materiał.

Vanessa stała kilka metrów dalej, z torbą przewieszoną przez ramię.

— Dokąd pojedziesz? — spytałam.

— Do mojego brata. Muszę mu powiedzieć prawdę, zanim zrobi to ktoś inny.

— Dziękuję za list.

— Nie dziękuj mi. Przez lata milczałam.

— Ale w końcu przemówiłaś.

Vanessa spojrzała na Adriana, który właśnie ukłuł się w palec.

— Nie dla niego. Dla dzieci.

Przyjęłam to skinieniem głowy.

Tego ranka nie wybaczyłam Adrianowi. Nie wróciłam do jego domu. Nie założyłam obrączki i nie pozwoliłam, by jedno szczere spojrzenie wymazało sześć lat samotności.

Ale pozwoliłam mu zostać.

Nie jako bossowi.

Nie jako byłemu mężowi.

Jako mężczyźnie siedzącemu na zimnym krawężniku, który po raz pierwszy trzymał igłę, bo mała dziewczynka podała mu zabawkę i kazała naprawić coś, co kiedyś ktoś rozerwał.

Gdy Adrian przyszył krzywo oderwane ucho, Lily obejrzała królika z każdej strony.

— Teraz może wrócić do domu — oznajmiła.

Adrian spojrzał na mnie, a ja zobaczyłam w jego dłoniach różową zabawkę, na kartce Noaha cztery nierówne postacie i Chicago za plecami.

— Mamo — powiedział Noah — czy tata może dziś zjeść z nami śniadanie?

Adrian wstrzymał oddech.

Podałam mu kubek kawy kupiony na stacji, nadal gorący i zbyt słodki.

— Może — powiedziałam. — Ale sam wybierze naleśniki.

Adrian uśmiechnął się pierwszy raz od sześciu lat.

— Biorę te spalone.

Lily uniosła różowego królika i poprawiła mu krzywe ucho.

— To dobrze — powiedziała. — Spalone rzeczy też można naprawić.

Rate article
CZĘŚĆ 4 — Wróciłam do Chicago z bliźniętami, których mój były mąż nigdy nie widział — lecz gdy wysiadł z auta, jego twarz nagle pobladła
Moja siostra rzuciła gorącą patelnią w twarz mojej córki, a kiedy sięgnęłam po telefon, matka nagle pobladła