CZĘŚĆ 4
Po przeczytaniu wiadomości nie spojrzałem na Elenę.
Spojrzałem na Gonzala.
— Jedziesz ze mną.
— Nie jestem twoim kierowcą.
— Nie. Jesteś człowiekiem, który wie, gdzie Rafael trzyma dokumenty.
Jego twarz zdradziła go szybciej niż słowa.
Marta chwyciła mnie za rękaw, kiedy ruszyłem do wyjścia. Materiał koszuli zahaczył o metalowy narożnik lady.
— To może być pułapka.
— Wiem.
— Nie jedź sam.
— Nie jadę.
Gonzalo przez kilka sekund patrzył na Elenę. Ona stała nieruchomo, z mokrą chusteczką zaciśniętą w dłoni.
— Powiedz mu — rzucił do niej. — Powiedz, że to był twój pomysł.
Elena zamknęła oczy.
— Jedźcie.
Nabrzeże po dziewiętnastej pachniało mokrym drewnem, olejem napędowym i rybami. Magazyny ciągnęły się wzdłuż rzeki, a żółte lampy na słupach drżały na wietrze.
Zostawiłem samochód za ciężarówką i ruszyłem pieszo. Prawa noga bolała coraz mocniej. Gonzalo szedł za mną, trzymając ramię przy ciele.
— Jeśli to Rafael, nie rób nic głupiego — powiedział.
— Ty udzielasz mi rad dotyczących rozsądku?
— Nie wiesz, z kim masz do czynienia.
— Wiem. Z człowiekiem, który podpisał dokument za mnie.
— Rafael nie robi nic za darmo.
— Ty też nie.
Przy drzwiach magazynu znalazłem małą kamerę skierowaną na wejście. Była nowa, ale kabel prowadził do starej skrzynki elektrycznej. Zapamiętałem jej kąt i numer na obudowie.
Gonzalo nacisnął klamkę.
W środku stał Rafael Ibáñez. Miał na sobie płaszcz z jasnej wełny i trzymał teczkę pod pachą. Obok niego znajdowała się metalowa kaseta.
— Marcos — powiedział. — Nadal poruszasz się jak człowiek, który spodziewa się ataku.
— A ty nadal mówisz jak człowiek, który myli pewność siebie z inteligencją.
Rafael uśmiechnął się bez cienia rozbawienia.
— Dom nie był wart tej awantury.
— Dla ciebie nie. Dla mnie był miejscem, za które płaciłem po każdej operacji i po każdej rehabilitacji.
— Elena potrzebowała pieniędzy.
— Elena potrzebowała kogoś, kto powie jej prawdę, a nie obietnic.
Gonzalo zrobił krok naprzód.
— Oddaj dokument.
Rafael spojrzał na niego.
— Ty również podpisałeś zobowiązanie. Klub należy do banku, nie do ciebie. Kredyt został zaciągnięty na podstawie udziałów, których nigdy nie posiadałeś.
Gonzalo zbladł.
— Mówiłeś, że wszystko jest zabezpieczone.
— Było, dopóki twój wspólnik nie zaczął panikować.
— Elena nie jest moją wspólniczką.
— W umowie jest inaczej.
Wyjąłem telefon i położyłem go na skrzyni. Nie nagrywałem rozmowy. Położyłem go tylko tak, żeby ekran odbijał obraz z kamery nad drzwiami.
Rafael zerknął na urządzenie.
— Sprytne.
— Pracowałem z ludźmi, którzy potrafili zniknąć z pola widzenia w biały dzień. Ty zostawiłeś kamerę w miejscu, gdzie odbija się od telefonu.
Z jego uśmiechu została cienka kreska.
— Nie masz pojęcia, co podpisałeś sześć lat temu.
— Właśnie dlatego tu jestem.
Rafael otworzył teczkę. Wyjął umowę i położył ją na metalowej beczce. Papier był pożółkły na brzegach, ale podpis wyglądał świeżo.
— Twoja żona przekazała pełne prawo do nieruchomości. Tutaj jest twój podpis, tutaj świadek i tutaj potwierdzenie notarialne.
— Nie byłem wtedy w kraju.
— Byłeś.
— Nie. Przez trzy miesiące przebywałem w ośrodku rehabilitacyjnym w Portugalii.
Rafael zamilkł.
Gonzalo spojrzał na mnie.
— Skąd masz dowód?
Wyjąłem z płóciennej torby cienką kopertę. Nie była szara ani ozdobna. Miała pomarańczową pieczęć wojskowego archiwum i zagięty róg, który nosiłem przy sobie od rana.
— Z akt medycznych. Data przyjęcia, odciski palców, podpis lekarza i mój paszport. W dniu podpisania tej umowy leżałem pod narkozą po rekonstrukcji stawu.
Rafael cofnął dłoń.
— To niczego nie dowodzi.
— Dowodzi więcej, niż myślisz. Poprosiłem również o kopię rejestru wejść do kliniki. Jest tam mój odcisk palca z rana i wieczora. Nie mogłem podpisać umowy w Madrycie, skoro tego samego dnia byłem po drugiej stronie oceanu.
Gonzalo zaczął oddychać ciężej.
— Rafael, mówiłeś, że dokument jest czysty.
— Zamknij się.
— Powiedziałeś, że tylko muszę wygrać walkę albo namówić go do zrzeczenia.
— Powiedziałem, żebyś nie improwizował.
— To ty kazałeś Elenie przelać pieniądze na klub!
— Bo bez tych pieniędzy nie miałbyś czego trenować!
Ich kłótnia rozlała się po pustym magazynie. Każde zdanie odsłaniało następną warstwę planu.
Elena nie wymyśliła wszystkiego sama. Rafael znalazł pożyczkodawcę, Gonzalo miał zdobyć zrzeczenie, a ona miała przekazać pieniądze i odejść z domu, zanim zorientuję się, że hipoteka istnieje.
Wtedy wydarzyło się coś, czego nie przewidział żaden z nich.
Gonzalo podszedł do metalowej kasety i kopnął ją z całej siły. Zamek puścił. W środku znajdowały się kopie dokumentów, pieczęć starej kancelarii i trzy karty pamięci.
— Co to jest? — spytałem.
Rafael rzucił się w jego stronę.
Gonzalo chwycił go za płaszcz, ale zranione ramię nie wytrzymało. Obaj uderzyli o beczkę, a umowa spadła na podłogę.
Podniosłem ją.
Na ostatniej stronie znajdowała się dodatkowa klauzula, której nie było w kopii przekazanej bankowi. W razie nieważności podpisu cały kredyt przechodził na osobę, która przedstawiła dokument jako prawdziwy.
Na dole widniało nazwisko Rafaela.
Nie Eleny.
Rafael zrozumiał, że jego własna pułapka zamknęła się wokół niego.
— Nie możesz tego wykorzystać — syknął.
— Nie muszę. Wystarczy, że oddam dokument bankowi i prawdziwemu notariuszowi.
— Bank przejmie klub — powiedział Gonzalo.
— Klub już nie jest twój.
Usiadł ciężko na beczce. Patrzył na swoje dłonie, jakby nagle nie należały do niego.
— Wszystko miało być moje — powiedział.
— Nie. Miało być cudze. To różnica.
Wróciliśmy do kancelarii przed dziewiątą rano. Elena czekała w środku. Nie miała makijażu, a na nadgarstku widniał czerwony ślad po ciasno zaciśniętej bransoletce.
Marta ułożyła przed nią dokumenty.
— Podpis jest fałszywy. Kredyt został zawarty bez zgody właściciela. Przelew można cofnąć, ale środki zniknęły z rachunku klubu.
Elena spojrzała na mnie.
— Chcę ci wszystko oddać.
— Nie masz już czego oddawać. Dom nadal jest wspólny.
— Sprzedamy go?
— Tak.
Jej twarz drgnęła.
— Po tym wszystkim nadal chcesz mi dać połowę?
— To nie prezent. To moja część. Nie będę podobny do ciebie ani do nich.
— A co ze mną?
— Wynajmiesz mieszkanie. Zaczniesz spłacać swój dług. Nie będę cię ratował, ale też nie będę cię niszczył.
Łzy spłynęły jej po policzkach.
— Kochałeś mnie jeszcze, kiedy to robiłam?
Pytanie było tak ciche, że przez chwilę słyszałem tylko zegar na ścianie.
— Kochałem kobietę, która prosiła mnie, żebym wrócił żywy i zwyczajny. Ona nie istnieje od dawna.
Elena spuściła wzrok.
Gonzalo nie odzyskał pieniędzy. Bank przejął klub, ponieważ pożyczka została zawarta na podstawie jego udziału w oszustwie. Rafael stracił kancelarię po tym, jak Marta przekazała pełny rejestr właściwym osobom. Nie musiałem za nimi biegać. Każdy z nich zostawił własny ślad.
Sprzedaż domu zajęła kilka tygodni, ale nie musiałem czekać na cud. Otrzymałem swoją część, spłaciłem koszty leczenia i zachowałem jeden przedmiot z dawnego życia.
Nie fotografię.
Nie obrączkę.
Metalową łyżkę do butów z wygrawerowanym numerem.
W dniu przekazania kluczy Elena przyszła po ostatnie pudło. Stała na środku pustego salonu, trzymając w ręku pęknięty kubek, z którego kiedyś piła poranną kawę.
— Marcos — powiedziała. — Czy naprawdę nigdy nie chciałeś mi powiedzieć, kim byłeś wcześniej?
— Chciałem, żebyś znała mnie takim, jakim byłem przy tobie.
— A kim jesteś teraz?
Spojrzałem na prawą nogę, potem na formularz sprzedaży leżący na stole.
— Człowiekiem, który nie musi już udowadniać, że potrafi odejść.
Podpisałem ostatnią stronę i przesunąłem ją w jej stronę. Elena położyła obok mój dawny klucz do domu.
Nie zabrałem go.
Zabrałem tylko metalową łyżkę, a kiedy wyszedłem z kancelarii, Marta podała mi kopertę z pomarańczową pieczęcią.
— Zachowałam kopię akt — powiedziała. — Na wypadek, gdyby ktoś jeszcze próbował podpisać coś za pana.
— Tym razem podpiszę sam.
Wieczorem w klubie, który nie należał już do Gonzala, zdjęto z szyldu słowo „Tytan”. Na jego miejscu została goła, jasna plama po literach.
Gonzalo stał pod ścianą i patrzył, jak wynoszą maty.
— Co teraz zrobisz? — zapytał.
— Jutro jadę do ośrodka weteranów. Potrzebują rzeczoznawcy do wyceny szkód po pożarze.
— A jeśli poproszą cię o prowadzenie treningu?
Uśmiechnąłem się lekko.
— Wtedy każę wszystkim najpierw nauczyć się, kiedy przestać walczyć.
Odwróciłem się i ruszyłem przez pustą salę. Przy wyjściu zobaczyłem na podłodze małą metalową tabliczkę z dawnego szyldu. Podniosłem ją, obróciłem w dłoni i przeczytałem wytarte słowo: „uderzenie”.
Potem odłożyłem ją do pudełka z cudzymi rzeczami, a z kieszeni wyjąłem łyżkę do butów. Pomarańczowa pieczęć na kopercie odbiła się w jej polerowanym metalu jak mały płomień.
Przegapiłeś początek?













