CZĘŚĆ 4
— Ile? — zapytałam.
Sergiej nie odpowiedział od razu.
Stał przy oknie gabinetu lekarki, z telefonem przy uchu i mokrym światłem odbijającym się od jego twarzy. Marina siedziała nieruchomo, a jej biała torba z wypaloną kotwicą leżała na podłodze obok krzesła.
— Pieniądze z polisy Ireny — powiedział w końcu. — I świadczenie, które miałaś otrzymywać do pełnoletności.
Poczułam, jak coś zimnego przesuwa się po moim kręgosłupie.
— Jak to możliwe?
— Irena miała polisę na życie — wyjaśniła lekarka. — Beneficjentem była córka. Dokumenty wskazują, że świadczenia odbierała osoba podająca się za opiekuna prawnego.
Spojrzałam na Marinę.
— Pani?
Kobieta zacisnęła usta.
— Nie rozumiesz, ile kosztowało mnie utrzymanie tego wszystkiego.
— Czego? Kłamstwa czy mojego życia?
Jej telefon zaczął dzwonić. Raz. Drugi. Trzeci. Na ekranie pojawiło się imię adwokata, ale Marina nie odebrała.
Sergiej odebrał za nią, kiedy telefon zadzwonił po raz czwarty.
— Panie mecenasie — powiedział. — Tak, jest tutaj. Nie, nie wrócimy dziś do domu.
Słuchał przez chwilę, a potem odsunął telefon od ucha.
— Mówi, że powinniśmy niczego nie podpisywać i natychmiast wrócić do Sopotu.
— Wrócimy — powiedziałam. — Ale nie do domu Mariny.
Marina gwałtownie wstała.
— To także mój dom!
— Wiem.
— Sergiej, powiedz jej, że przesadza.
Sergiej spojrzał na żonę długo.
— Nie mogę już tego powiedzieć.
To był moment, w którym po raz pierwszy próbowała odzyskać kontrolę inaczej niż krzykiem. Zaczęła płakać, najpierw cicho, potem gwałtownie. Mówiła, że była młoda, że bała się samotności, że Irena ją upokorzyła, że Sergiej patrzył kiedyś na inną kobietę tak, jak powinien patrzeć tylko na żonę.
Słuchałam, ale nie pozwoliłam, żeby jej strach stał się moją winą.
W komisariacie przy ulicy Grunwaldzkiej przesłuchano nas tego samego wieczoru. Na korytarzu pachniało kawą z automatu i mokrymi płaszczami. Funkcjonariuszka zapytała mnie, czy podtrzymuję zgłoszenie dotyczące uderzenia.
— Tak — odpowiedziałam.
Marina odwróciła głowę.
Sergiej siedział obok, lecz nie próbował mnie przekonywać. To było ważne. Pierwszy raz nie prosił mnie, żebym oszczędziła kogoś, kto mnie skrzywdził.
Kiedy wróciliśmy do mieszkania, Marina zamknęła się w sypialni. Sergiej stanął w kuchni i nie wiedział, co zrobić z rękami. Na lodówce wisiał rachunek za gaz, a w zlewie leżały dwa kubki po herbacie.
— Chcesz usłyszeć nagranie? — spytał.
— Nie.
— Powinnaś.
— Wiem już wystarczająco dużo.
— Ja nie.
Następnego dnia spotkaliśmy się w kancelarii. Mecenas Borkowski, który przez lata reprezentował Marinę, przejrzał dokumenty i odsunął je od siebie.
— Nie będę jej dalej prowadził — powiedział. — Nie po tym, co zobaczyłem.
Marina poderwała się z krzesła.
— Zapłaciłam panu za ochronę!
— Za poradę, nie za fałszowanie historii.
Sergiej włączył nagranie z plaży.
Usłyszałam własny głos, potem krzyk Mariny, a na końcu jej słowa, wypowiedziane spokojnie, bez żadnych emocji:
— Jeśli Sergiej ją rozpozna, wszystko stracę.
W pokoju zrobiło się duszno.
Marina słuchała tego zdania z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała. Kiedy nagranie się skończyło, spojrzała na telefon tak, jakby należał do obcej osoby.
— To nie brzmi jak ja — powiedziała.
— Ale to ty — odparł Sergiej.
Wtedy do kancelarii wszedł policjant z drugą kopertą. Tym razem nie była granatowa. Była zwyczajna, biała, z odręcznie napisanym adresem.
— Znaleziono ją w skrytce bankowej — powiedział. — Została zdeponowana przez Irenę trzy tygodnie przed śmiercią.
Marina osunęła się na krzesło.
Sergiej wyciągnął rękę.
Koperta była zaadresowana do mnie…
Przegapiłeś początek?












