CZĘŚĆ 4
— Gdzie dokładnie? — zapytałam, ściskając telefon tak mocno, że paznokcie wbiły mi się w skórę.
— Przy ulicy Kolejowej, za dawną pralnią. Ale proszę nie przyjeżdżać sama.
W tle rozległ się metaliczny trzask.
— Pani Marto?
— Anna, proszę mnie słuchać. Richard nie zostawił pani tylko dokumentów. Zostawił coś, czego Helena szuka od dwudziestu lat.
Połączenie urwało się.
Przez chwilę słyszałam wyłącznie własny oddech. Emily stała obok mnie, trzymając drewnianą wieżę z szachownicy. Miała bladą twarz, ale nie płakała.
— Mamo, musimy iść po tę panią.
— Nie możesz tam jechać.
— Richard zawsze mówił, że nie zostawia się figury, kiedy można ją uratować.
Prawie się uśmiechnęłam. Prawie.
Stefan wyjął z kieszeni kluczyki.
— Pojadę z wami. Znam magazyn.
— A pan Wolski?
— Zostanie tutaj i zabezpieczy dokumenty — powiedział Stefan. — Jeśli coś nam się stanie, wyśle je do wszystkich osób wskazanych w testamencie.
— Nie chcę, żebyście wysyłali je później. Chcę, żeby prawda wyszła teraz.
Wolski popatrzył na mnie długo.
— W takim razie podpisze pani pełnomocnictwo dla fundacji.
— Podpiszę wszystko, co ochroni Emily i te dzieci.
Droga do starej pralni zajęła jedenaście minut. Miasto było mokre po krótkiej ulewie, a wycieraczki przesuwały się po szybie z irytującym, jednostajnym skrzypieniem.
Stefan prowadził zbyt szybko.
— Co dokładnie Helena mogła znaleźć? — zapytałam.
— Księgę.
— Jaką księgę?
— Papierowy rejestr. Nazwiska dzieci, daty, kwoty. Richard ukrył go przed laty, kiedy Helena zrozumiała, że ktoś ją obserwuje.
— Dlaczego nie przekazał go wcześniej?
— Bo brakowało podpisu Marty. Bez niego Helena mogłaby twierdzić, że wszystko sfabrykowano.
— A Marta ma ten podpis?
Stefan spojrzał na mnie w lusterku.
— Ma coś więcej. Wie, gdzie była pani matka w dniu, kiedy odebrano panią z porodówki.
Magazyn znajdował się za zardzewiałą bramą. W środku paliła się jedna żółta lampa. Drzwi były uchylone.
— Zostań w samochodzie z Emily — powiedział Stefan.
— Nie.
— Anna, tam może być niebezpiecznie.
— Całe życie ktoś mówił mi, gdzie mam stać. Wejdę z panem.
Weszliśmy.
Zapach kurzu mieszał się z wonią fioletowych perfum. Serce zaczęło mi walić.
— Marta? — zawołałam.
Z głębi magazynu dobiegło stłumione jęknięcie.
Znaleźliśmy ją przy metalowej szafie. Miała rozcięte czoło i związane ręce, ale była przytomna. Nad nią stała kobieta w jasnym płaszczu. W dłoni trzymała mały nóż.
Rozpoznałam ją z fotografii znalezionej w gabinecie. To była córka Heleny, Beata.
— Nie podchodź — syknęła.
Stefan uniósł ręce.
— Beato, odłóż nóż.
— Mój syn czeka na przeszczep. Richard obiecał zapłacić za leczenie, a potem zapisał wszystko jakiejś fundacji.
— Richard nie odebrał ci pieniędzy — odpowiedziałam. — On próbował powstrzymać cię przed zabraniem pieniędzy dzieciom.
— Nic o mnie nie wiesz!
— Wiem, że twoja matka brała pieniądze za cudze dzieci. Wiem, że dziś rano próbowałaś dostać się do Emily. I wiem, że jeśli ją skrzywdzisz, nie dostaniesz tego, czego szukasz.
Beata parsknęła gorzkim śmiechem.
— Nie rozumiesz. Bez tych pieniędzy mój syn umrze.
Marta podniosła głowę.
— Beata, Richard już załatwił leczenie twojego syna. Klinika czeka na niego od wczoraj.
Kobieta zamarła.
— Kłamiesz.
— Nie — powiedziałem? Nie, poprawiłam się natychmiast, bo mówiłam jako kobieta: — Nie kłamie. Richard wpłacił zaliczkę z własnego konta. W testamencie zabezpieczył leczenie dziecka, ale pod warunkiem, że przestaniesz wykonywać polecenia Heleny.
Beata opuściła nóż.
— Moja matka powiedziała, że Richard zostawił nas bez niczego.
— Twoja matka chciała przejąć fundację — powiedział Stefan. — Wykorzystała twojego syna, żeby zmusić cię do kradzieży księgi.
Beata spojrzała na Martę.
— Gdzie ona jest?
Marta wskazała metalową szafę.
— Za trzecią półką. Richard kazał mi czekać na Annę.
Otworzyłam szafę. Za półką znalazłam płócienny worek. W środku była czarna księga o popękanym grzbiecie. Na pierwszej stronie widniało nazwisko Heleny, a pod nim dziesiątki dat i kwot.
Marta wyciągnęła z kieszeni złożony dokument.
— To kopia mojego zeznania. Podpisałam je dwadzieścia lat temu, ale Helena zmusiła mnie do wycofania. Richard odnalazł oryginał w archiwum dawnej kliniki.
— Jest tam coś o mojej matce? — zapytałam.
Marta skinęła głową.
— Była w szpitalu przez trzy tygodnie. Miała ciężkie powikłania po porodzie. Helena powiedziała jej, że pani nie żyje. Potem przekazała ją do innej placówki.
Całe życie wierzyłam, że matka mnie nie chciała. Że byłam dzieckiem, którego nikt nie wybrał.
A ona mnie szukała.
— Gdzie ona jest? — zapytałam.
Marta ścisnęła dokument.
— Richard odnalazł ją sześć miesięcy temu. Nie chciał pani mówić, dopóki nie będzie pewien, że jest bezpieczna.
Stefan odwrócił się gwałtownie.
— Pani Marto, musi pani powiedzieć jej całą prawdę.
— Jej matka żyje — odpowiedziała Marta. — Ale nie wie, że Richard umarł. I nie wie, że Anna dowiedziała się o wszystkim.
Poczułam, że w piersi otwiera się rana, o której istnieniu nie miałam pojęcia.
Wróciliśmy do posiadłości przed północą. Emily spała na tylnym siedzeniu, obejmując drewnianą wieżę. Beata pojechała do kliniki z dokumentami, które potwierdzały opłacenie leczenia syna. Zanim wyszła, oddała mi klucz do szafy Heleny.
— Nie wiem, jak naprawić to, co zrobiła moja matka — powiedziała.
— Nie możesz tego naprawić za nią.
— Ale mogę zeznawać.
— W takim razie zacznij od prawdy.
Pan Wolski czekał na nas przy stole. Przed nim leżał testament i nowy dokument.
— Richard przepisał fundację na panią — powiedział. — Nie jako majątek. Jako obowiązek. Dom również nie należy do pani prywatnie. Został przekazany fundacji, ale ma pani prawo mieszkać tu z Emily do końca życia.
— Dlaczego tak to urządził?
— Bo bał się, że gdyby oddał pani wszystko, Helena wykorzystałaby panią tak samo jak kiedyś innych. Chciał, żeby pieniądze służyły temu, co naprawdę było dla pani ważne.
Spojrzałam na szachownicę w salonie. Jedna figura leżała przewrócona.
— A jeśli nie chcę prowadzić fundacji?
— Wtedy powoła pani kogoś innego. Ale Richard zostawił jeszcze jeden warunek.
Prawnik podał mi ostatnią kartkę.
„Nie próbuj być dla wszystkich tym, kim ja powinienem był być dla ciebie. Wystarczy, że pewnego dnia pozwolisz komuś powiedzieć ci, że cię szukał.”
Marta podała mi adres.
Następnego ranka pojechałam tam razem z Emily. Dom był mały, stał przy torach, a na parapecie suszyły się zioła. Zapukałam.
Kobieta, która otworzyła, miała moje oczy.
Nie powiedziała nic. Dotknęła dłonią framugi, jakby musiała oprzeć się o coś stałego.
— Czy pani jest Marią Nowak? — zapytałam.
Jej usta zadrżały.
— Tak.
Emily ścisnęła moją rękę.
— Mamo, to ona?
Nie potrafiłam odpowiedzieć. Podałam Marii kopię dokumentu z kliniki i fotografię Richarda, którą znalazłam w jego gabinecie.
Maria przycisnęła zdjęcie do piersi.
— On obiecał, że cię odnajdzie — wyszeptała.
— Odnalazł mnie.
— Czy był dobry?
Pomyślałam o jego dłoniach, które drżały, kiedy przesuwał figury po szachownicy. O nocach przy gorączce Emily. O tym, że ukrył przede mną prawdę, bo bał się, że poczuję się kolejną rzeczą, którą ktoś sobie kupił.
— Był człowiekiem — powiedziałam. — Popełnił błędy. Ale próbował je naprawić.
Maria spojrzała na Emily.
— Czy mogę ją poznać?
Emily wysunęła się zza mojego ramienia i podała jej drewnianą wieżę.
— Richard mówił, że wieża chroni króla. Ale czasami sama potrzebuje ochrony.
Maria wzięła figurę w obie dłonie.
A ja po raz pierwszy zobaczyłam, że nie jestem już samotnym pionkiem na cudzej planszy. Nie dlatego, że odziedziczyłam dom. Dom był tylko adresem.
Dlatego, że przy tym stole brakowało już tylko jednej figury, a Maria właśnie położyła ją między nami.
— Zaczniemy od partii? — zapytała Emily.
Maria spojrzała na mnie przez łzy.
— Od partii — odpowiedziałam. — Ale tym razem gramy po tej samej stronie.
Przegapiłeś początek?













