CZĘŚĆ 4
Strzał odbił się od kamiennych ścian i zgasł gdzieś przy schodach.
Vincent zachwiał się, ale nie upadł.
— Do gabinetu — rozkazał Leo.
— Nie — powiedziałam. — Do pokoju z numerem siedemnaście.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
— Skąd wiesz, gdzie jest?
— Mój ojciec miał zwyczaj numerować skrytki w księgach. Nigdy nie używał numeru bez powodu.
Leo wskazał korytarz.
— Prowadź.
Pobiegliśmy w stronę starego skrzydła posiadłości. Vincent szedł za nami, opierając się o laskę. Marta trzymała kopertę pod fartuchem, a Brent został z dwoma lekarzami przy ścianie, pilnowany przez strażnika.
Za nami rozległy się kolejne strzały.
W starym skrzydle pachniało woskiem, mokrym kamieniem i kurzem. Na końcu korytarza znajdowały się drzwi, których nigdy wcześniej nie widziałam otwartych.
Nad klamką wisiała mosiężna tabliczka.
Siedemnaście.
Włożyłam klucz do zamka.
Pasował.
W środku nie było pieniędzy ani broni. Stały tam trzy metalowe szafy, stół kreślarski i rząd pudeł z opisami w charakterze pisma mojego ojca.
Dotknęłam pierwszego.
„Dla Olivii, jeśli Costa wreszcie zrozumie”.
Nie mogłam oddychać.
— Co to znaczy? — zapytał Vincent.
— Nie wiem.
Otworzyłam pudełko.
W środku leżały kopie przelewów, listy nazwisk, zdjęcia i mały notes oprawiony w zielone płótno. Na pierwszej stronie Jimmy napisał datę sprzed trzech lat.
„Nie ufaj temu, kto mówi, że twój dług jest wieczny.”
Leo spojrzał na Vincenta.
— Ty wiedziałeś o tej skrytce?
— Nie.
— To niemożliwe.
— Jimmy ukrywał przede mną więcej, niż sądziłem.
Kolejny wystrzał roztrzaskał szybę w korytarzu.
Teresa weszła do starego skrzydła z dwoma uzbrojonymi mężczyznami. Miała na sobie kremowy płaszcz, a jej włosy były spięte srebrną klamrą. Wyglądała jak kobieta, która przyszła na przyjęcie, nie jak ktoś, kto przed chwilą przebił się przez ochronę.
— Vincent — zawołała. — Wciąż potrafisz sprawiać kłopoty.
Leo stanął przed nami.
— Odłóż broń, Teresa.
— Ty naprawdę myślisz, że to jeszcze twój dom?
Vincent wyszedł z pokoju.
— Mój dom był tam, gdzie Jimmy Hayes musiał umrzeć, żebyś mogła kraść pieniądze.
Teresa uśmiechnęła się cienko.
— Twój księgowy był tchórzem.
— Nie — powiedziałam. — Był świadkiem.
Wyjęłam z notesu pojedynczą kartkę. Na niej widniały nazwiska, daty i opis spotkania Teresy z Brentem. Przy ostatniej linijce ojciec napisał: „Jeśli coś mi się stanie, Olivia ma dostać prawdę, nie zemstę”.
Teresa uniosła broń.
— Oddaj kartkę.
— Najpierw powiedz, dlaczego zapłaciłaś Brentowi czterdzieści tysięcy dolarów.
— Twój ojciec chciał zniszczyć rodzinę.
— Nie rodzinę. Ciebie.
Teresa wystrzeliła.
Leo rzucił się na Vincenta. Kula uderzyła w metalową szafę, a odłamki rozsypały się po podłodze. Marta krzyknęła. Ja chwyciłam ciężką lampę i uderzyłam nią w rękę jednego z napastników. Broń spadła na deski.
Drugi mężczyzna ruszył na mnie, ale Vincent podstawił mu laskę pod kolana. Upadł z głuchym jękiem.
Leo obezwładnił Teresę i wyrwał jej pistolet.
Przez chwilę wszyscy stali nieruchomo.
Potem Vincent podszedł do swojej kuzynki.
— Dlaczego?
Teresa spojrzała na mnie.
— Bo Jimmy miał dokumenty, które mogły odebrać ci władzę. A ty nigdy nie słuchałeś, kiedy prosiłam o miejsce przy stole.
— Więc próbowałaś zabić mnie podczas leczenia.
— Próbowałam przejąć to, co i tak miało być moje.
— Nie było twoje — powiedział Vincent. — Ani przez jeden dzień.
Za drzwiami rozległy się syreny. Leo wcześniej zawiadomił służby, kiedy zrozumiał, że na terenie posiadłości działa uzbrojona grupa. Nie było pościgu ani kolejnych tajemniczych telefonów. Tym razem wszystkie dowody znajdowały się w jednym pokoju.
Brent został zatrzymany razem z Teresą. Zeznał przeciwko niej, zanim zdążyła zrzucić na niego całą winę. Przyznał, że to on zmienił kartę leczenia Vincenta i przygotował kombinację leków. Przyznał też, że Jimmy nie odebrał sobie życia z własnej woli. Teresa zapłaciła człowiekowi, który upozorował samobójstwo, a potem wykorzystała dług, żeby zamknąć mnie w posiadłości jako zakładniczkę bez krat.
Najtrudniej było jednak nie to usłyszeć.
Najtrudniej było zobaczyć, że Vincent wiedział o części tej historii i przez dwa lata pozwalał mi żyć w kłamstwie.
Jeszcze tego samego dnia wezwał mnie do biblioteki. Miał na sobie luźną koszulę, a pod żebrami świeży opatrunek. Na biurku leżały dokumenty.
— To jest akt własności domu, w którym mieszkałaś z ojcem — powiedział.
— Nie chcę domu.
— Wiem. Dlatego jest tam również świadectwo twojego długu.
Podał mi drugą teczkę.
— Dług został spłacony tej nocy, kiedy Jimmy zginął. Przez Teresę. Nigdy nie byłaś mi nic winna.
Patrzyłam na kartki, ale litery rozpływały mi się przed oczami.
— Przez dwa lata pozwalałeś mi sprzątać po twoich ludziach.
— Bałem się, że jeśli cię wypuszczę, Teresa znajdzie cię pierwsza.
— To nie była ochrona.
— Wiem.
To słowo nie naprawiało niczego. Ale po raz pierwszy nie próbował się usprawiedliwić.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy?
Vincent odwrócił wzrok.
— Bo nie umiałem ochronić człowieka, którego nie mogłem kontrolować. A ty od początku nie dawałaś się kontrolować.
Prawie się uśmiechnęłam.
— Wyrzucisz mnie?
— Nie. Jeśli chcesz zostać, dostaniesz laboratorium i możliwość dokończenia studiów. Jeśli chcesz odejść, dostaniesz pieniądze i ochronę do końca życia.
— A co ty dostaniesz?
Vincent spojrzał na otwarte pudełko z notatkami mojego ojca.
— Prawdę, na którą zasłużyłem.
Nie wybaczyłam mu wtedy. Nie można wybaczyć dwóch lat jednym zdaniem.
Ale nie pozwoliłam też, żeby jego winy przykryły winę Teresy albo odebrały mi przyszłość, której mój ojciec próbował dla mnie bronić.
Marta wróciła do pokoju z małą metalową kasetą znalezioną pod deską w skrytce numer siedemnaście.
— To było przyklejone od spodu — powiedziała.
W środku znajdowała się legitymacja studencka mojego ojca z czasów, kiedy sam studiował chemię, oraz krótki list.
„Olivia, jeśli czytasz te słowa, pamiętaj, że wiedza nie służy do ratowania dobrych ludzi. Służy do tego, by rozpoznać chwilę, w której ktoś próbuje odebrać życie drugiemu człowiekowi. Wtedy nie odwracaj wzroku.”
Złożyłam list i wsunęłam go do kieszeni.
Tydzień później w posiadłości nie było już dwunastu lekarzy ani uzbrojonych krewnych. Został tylko Vincent, nadal wracający do sił, Leo pilnujący każdego wejścia i Marta, która zaczęła nazywać mnie panią doktor, choć wciąż nie miałam dyplomu.
W laboratorium na parterze czekały nowe podręczniki i mikroskop. Na biurku znalazłam kartkę podpisaną przez Vincenta.
„Nie będę już decydował za ciebie.”
Podarłam ją na pół.
Nie dlatego, że mu nie wierzyłam.
Dlatego, że decyzja należała do mnie i nie potrzebowała jego obietnicy.
Wieczorem Vincent przyszedł do laboratorium. Stał przy drzwiach, nie przekraczając progu.
— Olivia.
— Tak?
— Jutro jadę zeznawać o Teresie i Brencie.
— Wiem.
— Chcę, żebyś była tam ze mną.
Podniosłam wzrok znad notatek.
— Nie jako świadek twojej historii.
— Jako świadek swojej.
Długo patrzyłam na człowieka, który zbudował fortecę, żeby nikt nie mógł go zranić, a potem prawie umarł od błędu ukrytego w trzech przezroczystych przewodach.
— Przyjdę — powiedziałam. — Ale potem wracam tutaj. Mam egzamin z toksykologii.
Vincent skinął głową.
— Oczywiście.
Kiedy wyszedł, otworzyłam podręcznik na rozdziale o zaburzeniach rytmu serca. Obok niego położyłam mosiężny klucz z numerem siedemnaście.
Nie był już kluczem do cudzej tajemnicy.
Był dowodem, że mój ojciec zostawił mi coś cenniejszego niż pieniądze: możliwość nazwania trucizny, zanim dotrze do serca.
Przegapiłeś początek?













