CZĘŚĆ 4
Swietłana wróciła po kilku minutach bez Larisy.
— Uciekła na dół — powiedziała. — Zostawiła telefon.
Mój telefon wciąż leżał na stole. Mężczyzna z banku czekał na odpowiedź.
— Przyjadę — powiedziałam.
— Nie może pani sama chodzić.
— Nie będę sama.
Swietłana spojrzała na mnie i od razu zrozumiała.
— Zadzwonię po taksówkę z podjazdem.
— Najpierw do szpitala. Chcę porozmawiać z Andrzejem.
— Lekarz zabronił mu się męczyć.
— Przez dwanaście lat męczyliśmy się osobno. Dzisiaj nie będę czekać.
W szpitalu pachniało środkami dezynfekcyjnymi i mokrymi płaszczami. Andrzej leżał blady, z bandażem na czole i kroplówką przy łóżku.
Kiedy mnie zobaczył, próbował się podnieść.
— Nie ruszaj się — powiedziałam.
— To ty zawsze mówiłaś, żebym nie leżał bezczynnie.
Uśmiechnął się słabo. Położyłam dłoń na jego dłoni.
Była zimna.
— Dlaczego nie przyjechałeś? — spytałam.
— Przyjeżdżałem do miasta trzy razy. Larisa mówiła, że nie chcesz mnie widzieć.
— A listy?
Zamknął oczy.
— Pisałem co miesiąc. Swietłana wysyłała je poleconym. Potem wszystkie wracały jako nieodebrane.
— Nie widziałam żadnego.
— Wiem.
— Dlaczego nie zadzwoniłeś i nie zapytałeś wprost?
— Bo za każdym razem, gdy dzwoniłem, mówiłaś: „Wszystko dobrze, synku”. Myślałem, że naprawdę nie chcesz mnie słyszeć.
Poczułam wstyd, ale nie za siebie. Za te krótkie odpowiedzi, które uważałam za dumę, a które dla niego były zamkniętymi drzwiami.
Swietłana stała przy oknie.
— Powiedz jej wszystko — powiedziała.
Andrzej skinął głową.
— Kiedy dowiedziałem się, co robi Larisa, chciałem przyjechać z prawnikiem. Wtedy miałem wypadek. Nie zdążyłem.
— A mieszkanie?
— Należy do ciebie. Przez te lata opłacałem podatek i rachunki. Chciałem, żebyś mogła przyjechać do nas, gdy tylko zechcesz.
— Do was?
— Do mnie i Swietłany. Mamy mały dom za miastem. Ona od dawna mówiła, że powinnaś tam zamieszkać.
Spojrzałam na Swietłanę. W jej oczach nie było triumfu. Było zmęczenie.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
— Bo nie chciałam przyjeżdżać z oskarżeniami. Myślałam, że jeśli zobaczy pani, że naprawdę chcę pomóc, sama mnie pani zapyta.
— Byłam niesprawiedliwa.
— Była pani zraniona.
— To nie to samo.
— Dla człowieka, który cierpi, często tak.
W banku czekał prawnik Andrzeja i kierownik oddziału. Larisa siedziała przy stoliku, z rękami splecionymi na kolanach. Przed nią leżały formularze przelewu.
— Mamo, nie podpisuj niczego — powiedziała natychmiast.
— To ty przyszłaś po pieniądze.
— Chciałam tylko pożyczyć.
— Całość?
— Musiałam spłacić długi.
Prawnik położył przede mną plik dokumentów.
— Od pięciu lat z pani konta znikały stałe kwoty. Pani córka miała pełnomocnictwo do opłacania rachunków, ale przelewała pieniądze na własne konto.
— To były drobne sumy — wyszeptała Larisa.
— Łącznie ponad trzysta tysięcy rubli — odparł.
Poczułam, że krzesło twardnieje pod moim ciałem.
— Dlaczego nigdy mi nie powiedziałaś?
— Bo wiedziałam, że wybierzesz Andrzeja.
— Nie wybierałam jego przeciwko tobie.
— Zawsze wybierałaś jego.
Prawnik podłączył mały głośnik do telefonu. W bankowej sali zabrzmiał głos Larisy, nagrany wcześniej w mojej kuchni.
— Jeśli matka dowie się, że Andrzej chce sprzedać mieszkanie, wyrzuci nas wszystkich. Muszę mieć czas.
Larisa słuchała własnych słów z pochyloną głową.
— Wyłącz to — powiedziała.
— To nie ja mówię — dodała po chwili.
Prawnik zatrzymał nagranie.
— Pani mówi. Pani głos został potwierdzony przez biegłego.
Larisa patrzyła na głośnik, jakby nagle zobaczyła w nim obcego człowieka.
— Ja naprawdę tak powiedziałam?
Nikt jej nie odpowiedział.
Złożyłam oświadczenie o cofnięciu pełnomocnictwa i zażądałam blokady rachunku. Nie czułam satysfakcji. Tylko ogromne zmęczenie.
Larisa podpisała dokumenty drżącą ręką.
— Mamo, jeśli to zrobisz, dzieci nie będą miały gdzie mieszkać.
— Powinnaś była pomyśleć o tym, zanim otworzyłaś mój list.
— Bałam się.
— Ja też się bałam. Tylko nie użyłam twojego strachu przeciwko tobie.
Prawnik poinformował ją, że sprawa zostanie zgłoszona, jeśli nie zwróci pieniędzy. Larisa rozpłakała się na korytarzu, ale nie podeszłam do niej.
Po raz pierwszy nie próbowałam ratować jej przed konsekwencjami jej własnych decyzji.
W domu czekała na mnie pusta sypialnia.
Swietłana usunęła swoje rzeczy, zanim wróciłyśmy ze szpitala. Na kanapie została tylko złożona narzuta, a na stole termos z kompotem.
Wzięłam go do rąk.
Przypomniałam sobie, jak pierwszego dnia powiedziałam, że nie piję kompotu. Swietłana mimo to stawiała go obok mnie codziennie.
W drewnianej skrzynce nadal leżał miedziany naparstek w kształcie żołędzia. Obok niego ułożyłam list Andrzeja.
Nie wyrzuciłam go.
Nie dlatego, że chciałam cierpieć. Dlatego, że prawda też potrzebuje miejsca.
Minęły trzy tygodnie.
Andrzej przeszedł drugą operację i zaczął chodzić o kulach. Swietłana woziła mnie na rehabilitację, a ja po raz pierwszy od lat pozwalałam jej prowadzić samochód bez komentowania każdej dziury w drodze.
— Ta poręcz w łazience naprawdę była potrzebna — przyznałam pewnego ranka.
— Wiedziałam.
— Nie uśmiechaj się tak szeroko.
— Nie umiem inaczej.
Andrzej przyjechał do mnie po dwóch miesiącach. Wszedł powoli po schodach i zatrzymał się przy drzwiach.
— Mamo, mogę wejść?
— To nadal twój dom.
— Myślałem, że już nie.
— Ja też tak myślałam.
Przytuliłam go ostrożnie. Pachniał szpitalem, wełnianym szalikiem i tym samym mydłem, którego używał jako dziecko.
Usiedliśmy w kuchni. Swietłana kroiła chleb, a Andrzej patrzył na stare zdjęcia.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi, że byłaś zła? — spytał.
— Bo bałam się, że jeśli powiem, będziesz musiał wybierać.
— Zawsze wybierałem ciebie.
— Nie. Przez dwanaście lat wybierałeś ciszę.
— A ty ją przyjęłaś.
Skinęłam głową.
— Oboje byliśmy dumni. Larisa tylko wykorzystała to, co już między nami istniało.
Andrzej długo milczał.
— Nadal ją kochasz?
— Jest moją córką.
— To nie odpowiedź.
— W moim wieku czasem to jedyna odpowiedź, jaką mam.
Nie odwiedzałam Larisy przez kilka tygodni. Prawnik prowadził rozmowy o zwrocie pieniędzy. Musiała sprzedać samochód i wynająć mniejsze mieszkanie. Nie cieszyłam się z tego.
Pewnego listopadowego popołudnia przyszedł od niej list.
Tym razem koperta była zamknięta.
Na pierwszej stronie napisała: „Mamo, nie proszę cię o przebaczenie. Proszę tylko, żebyś kiedyś pozwoliła mi powiedzieć, czego się bałam”.
Odłożyłam list na nocny stolik.
Następnego dnia zadzwoniłam.
— Możesz przyjść w sobotę — powiedziałam.
— Naprawdę?
— Na godzinę.
— Mamo, ja…
— Nie obiecuję, że wszystko będzie jak dawniej.
— Wiem.
— I nie podpiszę już żadnego dokumentu bez prawnika.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Rozumiem.
— To dobrze.
W sobotę Larisa przyszła bez makijażu, z papierową torbą i oczami opuchniętymi od płaczu. Postawiła na stole ciasto.
— Z kapustą — powiedziała.
Spróbowałam kawałek.
— Za dużo pieprzu.
Po raz pierwszy od wielu miesięcy zaśmiała się cicho.
Nie wybaczyłam jej tego dnia.
Ale pozwoliłam jej usiąść.
Zimą przeniosłam się na kilka miesięcy do domu Andrzeja i Swietłany. Miałam własny pokój z oknem wychodzącym na ogród. Każdego ranka widziałam sople zwisające z dachu i ślady lisa na śniegu.
Swietłana zostawiała mi przy łóżku herbatę z malinami.
Ja poprawiałam jej kołnierz przed wyjściem.
Andrzej naprawił starą komodę, którą zabrałam z mojego mieszkania. W jednej z szuflad znalazłam drewnianą skrzynkę.
Miedziany naparstek leżał na samym wierzchu.
Przyszyłam nim guzik do płaszcza Swietłany. Palce nie były już tak sprawne jak dawniej, ale ścieg wyszedł równy.
— Zostaw go sobie — powiedziałam, oddając jej płaszcz.
— Nie mogę.
— Możesz. Teraz to nie jest pamiątka po fabryce. To pamiątka po tym, że człowiek może pomylić się o dwanaście lat i mimo wszystko zdążyć wrócić.
Swietłana przycisnęła naparstek do dłoni.
— A jeśli pani jeszcze kiedyś zwątpi?
— Wtedy zapytam, zamiast zgadywać.
Za oknem zaczął padać pierwszy śnieg.
Andrzej stał przy piecu, Larisa rozmawiała z córką przez telefon, a ja siedziałam przy stole i słuchałam ich głosów. Nie były idealne. Nie były nawet spokojne.
Ale były prawdziwe.
Wieczorem wyjęłam z szuflady ostatni list, ten rozcięty nożem. Wygładziłam go i włożyłam do nowej koperty.
Na przodzie napisałam: „Nie otwierać samotnie”.
Potem położyłam go obok miedzianego naparstka.
Tym razem drzwi nie były zamknięte.













